PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 4 czerwca 2017

Kaczyński Tower



Kontrolowana przez PiS spółka chce zbudować 140-metrowy biurowiec na działce, o którą upomina się rodzina dawnego właściciela. Inwestycję pilotują sekretarka prezesa, jego kierowca i zaprzyjaźniona specjalistka od weków.

Michał Krzymowski

Kto nie zna miejskich planów, wzruszy ra­mionami. Niebieski budynek pomazany sprejem ze schodami przeciwpożarowymi i pustym parkingiem. Dookoła pofabryczne tereny, dziurawy asfalt. Ale w rzeczywisto­ści niewiele jest w Warszawie cenniejszych adresów niż róg Towarowej i Srebrnej. Okolica za kilka lat przemieni się w centrum biurowe stolicy, na­szpikowane wieżami, w których będzie pracować 30 tys. ludzi. Powstanie tu tyle biur, ile w sumie ma cała Łódź. Do tego nowa galeria handlowa, rozmiarami dorównująca stołecznej Arkadii. W ratuszu mówią o tym miejscu: „rejon ulicy Twardej”. O dział­ki biją się najwięksi gracze na warszawskim rynku nieruchomości - Skanska, Griffin Real Estate, Ghelamco, Penta, HB Reavis. Nic dziwnego - to centrum miasta, ze stacją metra, torami tramwajo­wymi i szybką koleją na lotnisko.
   Tu, w sercu kolejnego Mordoru (tak warszawiacy nazywają największą dziś dzielnicę biurową przy ul. Domaniew­skiej), kontrolowana przez Jarosława Kaczyńskiego spółka Srebrna chce po­stawić 140-metrową wieżę ze szkła. A in­westycji patronuje fundacja nieżyjącego prezydenta.

PANI JANECZKA, PANI BASIA
W Srebrnej od lat działają zaufani lu­dzie Kaczyńskiego. Do niedawna spół­ką kierował Kazimierz Kujda, od którego szef PiS w 2014 roku pożyczył 25 tys. zł.
Gdy partia doszła do władzy, Kujda został szefem podległego rządowi Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospo­darki Wodnej, a prezesurę w spółce obję­ła jego żona Małgorzata.
   W zarządzie zasiadają też kierowca i asystent Kaczyńskiego Jacek Cieślikowski oraz prawniczka Janina Goss. Goss jest postacią cienia, ale ma niebagatelną pozy­cję. W czasach pierwszej partii braci Kaczyńskich z lat 90., czyli Porozumienia Centrum, z prywatnych pieniędzy opłacała par­tyjny lokal i przez lata przyjaźniła się z mamą prezesa. Woziła jej kasztany na reumatyzm, robótki ręczne, marmolady i mieszan­ki ziół zebranych na łące koło domu. Kiedy Jadwiga Kaczyńska podupadła na zdrowiu, Jarosław zaciągnął u Goss 200 tysięcy zł pożyczki.
Goss nie zasiada we władzach partii, ale budzi postrach. Gdy w swoim futrze z norek pojawia się w siedzibie partii przy ul. No­wogrodzkiej, z drugi schodzą jej nawet ministrowie. W przeszło­ści zdarzało jej się wyzwać działacza czy spoliczkować młodego posła. Wobec Kaczyńskiego bywa stanowcza, ale odnosi się do niego z troską. Poprawia mu krawat, strząsa pyłki z marynarki, przywozi słoiki z konfiturami. Kaczyński często mówi, że Goss należy traktować z szacunkiem ze względu na jej zasługi, ale do jej pomysłów można podchodzić z umiarem, bo gdyby to pani Janeczka decydowała o kształcie PiS, to w partii zostałyby dwie osoby: ona i on.
   W Srebrnej działa jeszcze Barbara Skrzypek, sekretarka przed­stawiona w serialu „Ucho prezesa”. Ma dwa udziały w tej spół­ce, a jej syn Marcin - jeden. Gdy trzeba szybko działać, to ona bierze sprawy w swoje ręce. Kiedy w lutym zeszłego roku Kujda obejmuje posadę w NFOŚiGW, pani Basia szybko zwołuje zgro­madzenie wspólników. Pojawia się na nim w pojedynkę, ale za to w trzech rolach: jako wspólnik, reprezentant głównego udzia­łowca, którym jest Instytut Lecha Kaczyńskiego, i pełnomocnik syna. Najpierw wyznacza Kujdę na protokolanta, a potem odwo­łuje go z funkcji prezesa i powołuje na to stanowisko jego żonę. Wszystko zostaje w rodzinie, Srebrna może działać dalej.

SREBRNA ŻYŁA ZŁOTA
Dla PiS inwestycja na Srebrnej to drażliwy temat. Ludzie z Nowogrodz­kiej uwłaszczyli się na tym terenie na po­czątku lat 90., a dziś mogą zbić na nim gigantyczny majątek. - Mieć ziemię w re­jonie Twarde j to siedzieć na żyle złota. Po uzyskaniu pozwolenia na budowę wie­żowca działka będzie warta 120-130 mln zł - twierdzi przedsiębiorca z branży de­weloperskiej.
   Człowiek związany ze spółką: - Plany wobec tej działki snuliśmy od lat. Pomysł był prosty: zdobyć potrzebne pozwole­nia i zburzyć budynek, który dzisiaj tam stoi. Mając działkę gotową pod zabudo­wę, wystarczyłoby znaleźć inwestora, wnieść ziemię aportem i rozpocząć budo­wę. Tyle że przez lata buksowaliśmy. A to brakowało jakiegoś dokumentu, a to ktoś z Nowogrodzkiej zgłaszał konkurencyjną koncepcję. Skąd mieliśmy wziąć inwesto­ra? Chętni sami się do nas zgłaszali, tyle że za każdym razem rozmowy kończyły się na pierwszej kawie. Kierownictwo spółki było mało konkretne, odstraszało kontrahentów.
   Korowody w spółce kończą się w 2014 roku. Ludzie ze Srebrnej na początek składają wniosek o wykreślenie budynku z gminnej ewidencji zabytków. - Ewidencja to poziom niżej niż rejestr, coś w rodzaju przedpokoju. Jeśli jakaś budowla wydaje się ciekawa, ląduje właśnie tu. Z formalnego punktu widzenia taki wpis nie chroni przed wyburzeniem, ale dla właściciela jest problema­tyczny. Podczas rozbiórki protestują aktywiści miejscy, pojawia­ją się pytania z mediów - wyjaśnia warszawski samorządowiec.
   Latem 2015 roku, w trakcie kampanii parlamentarnej, sto­łeczny konserwator zabytków Piotr Brabander wykreśla Srebrną z ewidencji. Los budynku pieczętuje ekspertyza zamó­wiona przez spółkę, do której przychyla się konserwator. Mimo że obiekt pochodzi z przełomu XIX i XX wieku, to według opinii jego wartość historyczna jest zerowa. Autorem opracowania jest historyk sztuki prof. Jakub Lewicki, który po dojściu PiS do wła­dzy otrzyma posadę mazowieckiego konserwatora zabytków.
Z kolei Brabander zostanie zdymisjonowany przez prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz. - Zbyt łatwo godził się na burzenie zabytkowych budynków. Sprawę Srebrnej też można uznać za dyskusyjną - mówi urzędnik warszawskiego ratusza.
   W międzyczasie Srebrna występuje o dwa kolejne dokumen­ty: opinię środowiskową (do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Śro­dowiska) i warunki zabudowy (znów do ratusza). We wnioskach spółka ujawnia swoje zamiary. Chce postawić 36-piętrowy biu­rowiec (dla porównania nieodległy Marriott ma 40 kondyg­nacji), z podziemnym parkingiem na blisko 500 samochodów i częścią usługowo-handlową. Korzystną decyzję środowiskową spółka dostaje w marcu 2017 r., a na warunki zabudowy zwane wuzetką jeszcze czeka.
   Rozmówca z ratusza: - Mamy kłopot z tą wuzetką. 140 metrów w tym miejscu to bardzo dużo. Nasze założenie jest takie, że naj­wyższe wieżowce mają stać w okolicach Dworca Centralnego. Im dalej na zachód, tym budynki powinny być niższe. Na budy­nek 70-metrowy moglibyśmy się zgodzić. 140 metrów to trochę za dużo. Poza tym sama bryła też budzi zastrzeżenia. Wysokie budynki powinny być smukłe, a nie zwaliste.
   Ale z punktu widzenia Srebrnej im wieżowiec bar dziej pękaty, tym więcej będzie można na nim zarobić. Liczy się powierzchnia biurowa, a nie smukłość.

ZAMRAŻARKA KUJDY
Wątpliwości dotyczące projektu Srebrnej warszawski ra­tusz zaczyna sygnalizować na początku roku. W odpowiedzi do władz miasta docierają pogłoski, że mogą mieć kłopot z uzyska­niem 600 min zł unijnej dotacji na budowę spalarni śmieci. Dla Warszawy to fatalna wiadomość: brak dofinansowania oznacza konieczność zaciągnięcia komercyjnego kredytu, wyższe opłaty za odbiór śmieci i protesty mieszkańców.
   O przyznaniu dotacji decyduje NFOSiGW, którym kieruje były prezes Srebrnej Kazimierz Kuj da (dziś szefową spółki jest jego żona). Mija kilka tygodni i plotka się sprawdza: Fundusz od­kłada wniosek miasta do zamrażarki. Z powodów formalnych. „Ocena wniosku została wstrzymana na maksymalny okres 120 dni” - czytamy w odpowiedziach na pytania „Newsweeka .
   - Poczuliśmy się przyparci do muru. Tym bardziej że tymcza­sem do urzędu dotarł życzliwy z sugestią, że moglibyśmy po­traktować sprawę wuzetki jako transakcję wiązaną - twierdzi miejski urzędnik.
   W lutym stołeczny dodatek „Gazety Wyborczej wiąże sprawę Srebrnej z dotacją na spalarnię, nazywając to zapętlenie „nelso­nem warszawskim”. Kujda w e-mailu do „Newsweeka” twierdzi jednak, że łączenie wuzetki ze spalarnią jest niedopuszczalną insynuacją.

SPRYTNE UWŁASZCZENIE
W trzypiętrowym budynku przy Srebrnej 16 mieściły się przed wojną biura fabryki kotłów należącej do Towarzystwa Akcyjnego Zakładów Mechanicznych Bormann i Szwede. Dział­ka, na której stoi gmach, w 1943 roku została rozparcelowana na mniejsze kawałki i sprzedana. Dwa i pół roku później w wyniku dekretu Bieruta komunistyczne władze znacjonalizowały cały teren. Z czasem Srebrna 16 trafiła do partyjnego wydawnictwa RSW Prasa-Książka-Ruch.
   Po upadku komuny na mocy decyzji komisji likwidacyjnej RSW Porozumienie Centrum otrzymuje trzy budynki: gmach „Expressu Wieczornego” w Al. Jerozolimskich, znajdujący się na jego tyłach biurowiec przy ul. Nowogrodzkiej, w którym dziś mieści się siedziba PiS, i właśnie budynek na Srebrnej. „Piekiel­nie wstyd mi się dzisiaj do tego przyznać, ale sądziłem, że przy­działy (...) mają być za darmo” - przyzna po latach Kaczyński w książce „Porozumienie przeciw monowładzy”. Kiedy okaże się, że za obiekty trzeba zapłacić - choć tylko ułamek ich warto­ści rynkowej - jego ludzie obmyślają inżynierię finansową i uru­chamiają koneksje. Powstaje Fundacja Prasowa Solidarność, która bierze budynki w dzierżawę. A do gmachu w Alejach Je­rozolimskich wprowadza się państwowy bank BPH kierowany przez związanego z PZPR Janusza Quandta - prywatnie zaprzy­jaźnionego z prominentnym politykiem PC Maciejem Zalew­skim. Bank płaci za 13 lat z góry. I właśnie dzięki tym pieniądzom Fundacja może nabyć budynki. Oczywiście bez przetargu i za grosze. Pomaga w tym tzw. lex Glapiński, ustawa przygotowana przez Adama Glapińskiego, współzałożyciela PC i ówczesnego ministra, który dziś kieruje Narodowym Bankiem Polskim.
   Gdy Porozumienie Centrum idzie na dno, Fundacja przepo­czwarza się w czapę dla sieci spółek, które przejmują jej mają­tek. Tak powstaje Srebrna, dzisiejszy właściciel budynków przy Al. Jerozolimskich i Srebrnej (w tym drugim biurowcu siedzibę mają dziś m.in. europosłowie Prawa i Sprawiedliwości; za wyna­jem lokalu płaci europarlament). W chudych latach firma sta­je się przechowalnią dla bezrobotnych działaczy i ich rodzin. Po katastrofie w Smoleńsku Fundacja Prasowa - wciąż niezmien­nie kontrolowana przez szefa PiS - przeistacza się w Instytut Le­cha Kaczyńskiego.
   W praktyce jednak niewiele się zmienia. Należąca do Funda­cji, a potem Instytutu spółka Srebrna cały czas zarabia na biu­rowcach. I cały czas świadczy przysługi prezesowi PiS. Kilka lat temu „Newsweek” ujawnił, że Srebrna wynajęła dwa domy są­siadujące z żoliborską posesją Kaczyńskiego. W jednym z nich mieści się dziś prywatna izba pamięci nieżyjącego prezydenta.
   Tymczasem o działkę przy Srebrnej zaczynają się upominać dzieci dawnego współwłaściciela, który po wojnie padł ofiarą de­kretu Bieruta.
   - Nasz ojciec miał fabrykę papy na Twardej i kupił od zakła­du Bormann i Szwede teren przy Srebrnej - mówi jeden ze spad­kobierców, prosząc o anonimowość. - Walczymy o tę działkę od 15 lat. W resorcie infrastruktury i sądach, na razie, niestety, bez skutku.
   - Czy ktoś ze spółki Srebrna kontaktował się z państwem. Może proponowano spłatę kawałka działki, do której mają pań­stwo roszczenia?
   - Nie, cisza. Szkoda, bo politycy PiS deklarują się jako obrońcy pokrzywdzonych obywateli. A przecież my jesteśmy prawowi­tymi spadkobiercami, nie kupiliśmy od nikogo roszczeń. Nasze nazwiska można znaleźć w sądzie. Zresztą nie chodzi tu o żad­ne wielkie pieniądze, nasz udział w tej działce jest bardzo mały.
   Zapytaliśmy spółkę Srebrna, czy w związku z zamiarem budo­wy wieżowca jej władze rozważają spłatę spadkobierców współ­właściciela terenu, na którym planowana jest inwestycja. Nie dostaliśmy odpowiedzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz