PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 29 września 2016

Waleczny Bartek,Nowi zesłańcy,Przerośnięci na wylot,10 złotych na wolność i Zamach państwowy



Waleczny Bartek

Jako kinomaniak i patriota nie mogę się do­czekać hollywoodzkiej megaprodukcji, która zrodziła się w głowie prezesa Polski i ma opo­wiedzieć PiS-owską wersję historii naszego kraju. Rąb­ka tajemnicy uchylił za oceanem minister Błaszczak, informując, że na szczycie listy życzeń Łorsoł Pikczers są Tom Cruise i Mel Gibson.
   Uważam, że można by złapać dwie amerykańskie sro­ki za jeden arcypolski ogon i zatrudnić wspomnianych aktorów do ról braci Kaczyńskich. Cruise i Gibson są nienachalnego wzrostu i podobni. Przeciętny widz nie jest szczególarzem, sam byłem świadkiem, jak na wroc­ławskim rynku Borysowi Szycowi rozentuzjazmowane panie gratulowały roli papieża, a Jacka Kuronia chwalo­no za sugestywną grę w „Misiu”.
   Kłopot w tym, że nie są to już aktorzy poruszający młodych, więc obstawiałbym Chrisa Hemswortha. Daje radę jako Thor, więc zasłużył, by zagrać współczesnego, przemawiającego do młodych polskiego bohatera. A któż piękniej symbolizuje patriotyczną sztafetę pokoleń, mo­ralne piękno dobrej zmiany, niż Bartłomiej Misiewicz?
   Chętnie podpowiem kilka pomysłów scenariuszo­wych. Akcja mogłaby się zaczynać na początku lat 90., gdy rodzice małego Bartusia oglądają telewizję, w której pojawia się Antoni Macierewicz, i wtedy ich synek wypo­wiada pierwsze słowa: „Wielka Polska katolicka”. Akurat małego Bartusia może zagrać polskie dziecko, zaoszczę­dzi się na budżecie, ale gdy przeniesiemy akcję do patrio­tycznej apteki w Łomiankach, wtedy żadnych kosztów już nie szkoda i za ladą pojawia się Chris. Cierpi, bo w pobliżu apteki znajduje się biuro poselskie Platformy i ludzie stamtąd często zachodzą do Bartka/Chrisa.

środa, 28 września 2016

Sowa i nieprzyjaciele



Złośliwi mówią, że w dziesiątą rocznicę rozwiązania WSI na Kremlu znów strzelą szampany. Jaki jest ostateczny bilans tej decyzji?

Wojskowe Służby Infor­macyjne zlikwidowa­no 30 września 2006 r. i było to przedstawiane jako niesłychany sukces. Przypomnijmy że w tym czasie trwały wojna w Afganistanie i działania wojsko­we w Iraku z udziałem polskich żołnierzy. Kontrwywiad i wywiad wojskowy z dnia na dzień przestały istnieć, co oznaczało, że polski kontyngent służący za granicą w najbardziej niebezpiecznych rejonach nagle stracił słuch i wzrok. Podczas misji w Iraku zginęło 22 naszych wojskowych, a w Afganistanie 44, z czego większość w okresie po likwidacji WSI. Krytycy de­cyzji o rozwiązaniu tej służby specjalnej uważają, że części ofiar można było unik­nąć, gdyby WSI nadal prowadziły działania kontrwywiadowcze.
   W miejsce tej jednostki natychmiast powołano Służbę Kontrwywiadu Wojsko­wego (SKW) i Służbę Wywiadu Wojskowe­go (SWW), ale przyszli tam nowi ludzie, często cywile, którzy na dobrą sprawę nie mieli pojęcia, jak pracuje wojskowa służba specjalna. Zatrudniano głównie zaufanych Antoniego Macierewicza, wywodzących się z prawicowego środowiska „Głosu”, harcerzy z ZHR, osoby z kręgów politycz­nych ZChN, Ruchu dla Rzeczpospolitej czy Ruchu Odbudowy Polski. Sam Macie­rewicz najpierw kierował likwidacją WSI, a potem został pierwszym szefem SKW. Sprawiał wrażenie człowieka, który ma poczucie sukcesu.
   Ministrem obrony narodowej i przeło­żonym Macierewicza był wtedy Radosław Sikorski, który dość szybko skonfliktował się z szefem SKW. W styczniu 2007 r. zwró­cił się do premiera Jarosława Kaczyńskiego o odwołanie Macierewicza z funkcji. Jako powody podał m.in. pozbawienie polskich żołnierzy ochrony kontrwywiadowczej i amatorski poziom raportów oraz analiz tworzonych przez SKW. Macierewicz jed­nak pozostał na swoim stołku, a do dymisji podał się Sikorski, wkrótce odszedł z obozu PiS i wstąpił do Platformy Obywatelskiej.

   Hasło „Likwidacja"
   O tym, że coś z wojskowymi służba­mi specjalnymi trzeba zrobić, mówiono przynajmniej od połowy lat 90. Nie bez racji zwracano uwagę, że po przemianach 1989 r. WSI nie przeszły weryfikacji. Po pro­stu połączono wojskowy kontrwywiad z czasów PRL, czyli Wojskową Służbę We­wnętrzną, z Zarządem II Sztabu General­nego WP czyli wywiadem, w jedną służbę początkowo pod nazwą Zarząd II Wywiadu i Kontrwywiadu SGWP Przemianowano ją na Wojskowe Służby Informacyjne 22 lipca 1991 r., dokładnie w 47. rocznicę Manife­stu PKWN, co niektórzy uznali za wyraźny sygnał, że WSI będą kontynuować linię lu­dowego Wojska Polskiego. W służbie po­zostali oficerowie z czasów PRL, chociaż zmniejszono o ok. 38 proc. stan osobowy.
   WSI w tamtym czasie uważano za insty­tucję wyjątkowo hermetyczną i odporną na cywilne próby kontroli. Ten stan rzeczy wynikał z braku odpowiedniej ustawy. Uchwalono ją dopiero w 2003 r. W WSI pracowało ok. 1,2 tys. osób oficjalnie zajmujących się - przy pomocy technik operacyjnych - ochroną tajemnic wojsko­wych i zdobywaniem informacji o innych armiach.
   Prowadzono też działalność nieoficjal­ną, jak w latach 1992-96, kiedy najpierw państwowa firma Cenrex nadzorowa­na przez WSI, a potem prywatna spół­ka powiązana z WSI sprzedawały broń do państw objętych embargiem. Na zyski z tych transakcji liczyło dowództwo WSI. Swego czasu „Rzeczpospolita” opubliko­wała notatkę służbową podpisaną przez ówczesnego szefa WSI płk. Konstantego Malejczyka, w której szacował spodzie­waną prowizję od sprzedaży broni do Su­danu na 150-200 tys. dol. Malejczyk pisał, że te pieniądze „otrzymałaby nasza firma”.
   Podejmowano nieudane próby reorga­nizacji WSI. Miały zostać zastąpione przez tzw. rozpoznanie wojskowe, czyli P-2, i podlegać bezpośrednio Sztabowi Gene­ralnemu, a były minister spraw wewnętrz­nych, minister koordynator ds. służb specjalnych i szef UOP (a potem ABW) za rządów SLD Zbigniew Siemiątkowski optował za włączeniem wojskowych służb specjalnych do ich cywilnych odpowiedni­ków. Ale WSI się obroniło.
   Dopiero za rządów AWS w latach 1997-2001 tzw. wojskowi przeszli solidny lifting. Szefem WSI został gen. Tadeusz Rusak, wcześniej szef delegatury UOP w Krakowie. Po wpadce trzech oficerów WSI, którym zarzucono szpiegostwo na rzecz Rosji, zarządził przeprowadzenie weryfikacji wśród kadry tej służby. Biuro Spraw Wewnętrznych WSI sprawdziło oficerów, którzy kończyli szkoły wywia­du w ZSRR. Operacji nadano kryptonim „Gwiazda”, toczyła się w ciszy. Jej efektem była fala odejść do cywila i na emerytury. Za gen. Rusaka znacznie odmłodzono ka­dry WSI, zatrudniając nowych pracowni­ków. Brano ich m.in. z UOP
   Antoni Macierewicz i środowiska z nim związane już w latach 90. optowały za li­kwidacją WSI i stworzeniem nowej służby. Podobne głosy płynęły od niektórych osób, które później współtworzyły Platformę Obywatelską, np. od Konstantego Mio­dowicza. Lech i Jarosław Kaczyńscy mieli wtedy inny plan. Nie chcieli likwidować wojskowego wywiadu i kontrwywiadu, ale podporządkować go ośrodkowi prezy­denckiemu, czyli Biuru Bezpieczeństwa Narodowego, na którego czele za kaden­cji Lecha Wałęsy stał początkowo Lech Kaczyński. Zapraszano niektórych ofice­rów WSI do siedziby BBN i prowadzono z nimi rozmowy. Działo się to bez wiedzy ministra obrony narodowej. Dopiero kiedy powstało Prawo i Sprawiedliwość, Jarosław Kaczyński stał się zwolennikiem rozwiąza­nia WSI. Do wyborów w 2005 r. zarówno jego partia, jak i PO szły z hasłem likwida­cji wojskowych służb. W maju 2006 r. Sejm uchwalił rozwiązanie WSI, a głosowały za tym w całości kluby PiS i PO. Jedynym posłem Platformy, który głosował przeciw, był wówczas Bronisław Komorowski.

wtorek, 27 września 2016

Pisoklatura



Prezes Kaczyński nie po raz pierwszy zarządził walkę z „układem" i nie po raz pierwszy okazało się, że to „układ" z logo PiS. Choć prezes wskazał winnych, to trudno oczekiwać poprawy, skoro sam ten układ hoduje.
        
Oddajmy na chwilę głos szefowi PiS: „Zagro­żenie, które jest przed nami: możemy się po­tknąć o własne nogi. Najwyższy czas kończyć »bankietowanie« i świętowanie po zwycię­stwie. Jesteśmy pod szczególnym nadzorem. Musimy być jak żona Cezara”. To słowa Jaro­sława Kaczyńskiego z wyjazdowego posie­dzenia klubu PiS w Jachrance pod Warszawą. Prezes mobilizował partię kilkanaście godzin po tym, gdy Beata Szydło zapowiedziała rekonstrukcję rządu i ogłosiła, że „czas złotych chłopców w spółkach Skarbu Państwa się skończył”. Sło­wa, które trudno interpretować inaczej niż przyznanie, że „dobra zmiana” w kadrach okazała się zmianą złą. Jeden z byłych po­słów PiS określił rzecz dosadnie: „zrobił im się gnój”.
   Jak duży, pokazuje historia z państwowej spółki EuRo-Pol Gaz, która zarządza gazociągiem jamalskim. Jej władze dzieliły niedawno 2 mln zł w ramach nagrody za zysk z 2015 r. Po kilkaset tysięcy złotych-co ujawniła „Rzeczpospolita” - tra­fiło do prezesów i członków rady nadzorczej. Zupełnie zrozu­miałe, gdyby nie to, że prezesi zostali powołani na początku tego roku, a członkowie rady przepracowali w 2015 r. ledwie kilka dni. Ich poprzednicy, którzy wypracowali zysk fir­my, nie dostali złotówki. Ta historia wywoła poruszenie na samym szczycie Prawa i Sprawiedliwości, stając się kolejnym argumentem za rozprawą z odpowiedzial­nymi za błędy i wypaczenia. Gdy sprawa dotarła do samego prezesa, nagrodzeni zdecydowali się oddać pieniądze na cele charytatywne.

poniedziałek, 26 września 2016

Mistrz i Małgorzata




Znajomi posłanki Małgorzaty Wassermann mówią, że szuka ona zemsty za śmierć ojca, który zginął w katastrofie smoleńskiej. Czy znajdzie ją w komisji ds. Amber Gold?

Anna Szulc

Miła, rzeczowa, z gło­wą pełną paragra­fów, wyróżnia się na tle podstarzałych PiS-owskich nie­uków - posłanka opozycji wylicza za­lety przewodniczącej nowej sejmowej komisji śledczej ds. Amber Gold. Ko­misji, która przynajmniej w teorii po­wstała, by zbadać mechanizm jednego z największych oszustw ostatnich lat.
- Świetnie żongluje przepisami i praw­dą. 98 procent prawdy, dwa procent kłamstwa. Groźna, fanatyczna - dodaje ta sama posłanka.
   - Potrafi być nieprzyjemna, chwilami wręcz dyktatorska. Generalnie świet­ny z niej materiał na nowe działo wy­mierzone w Donalda Tuska - zauważa Krzysztof Brejza, członek komisji ds. Amber Gold, poseł PO.

SYMPATYCZNA BLONDYNKA
Małgorzata Wassermann ma 38 lat, skończyła prawo i prowadzi kance­larię adwokacką. O tym, żeby skończyć prawo, marzyła od czwartej klasy szkoły podstawowej. Marzyła też o tym, by zo­stać kosmetyczką. Ale gdy zdawała ma­turę, studiów z kosmetologii nie było. Została więc obrońcą.
   Wśród krakowskich adwokatów po­pularna jest taka historia: gdy Mał­gorzata była jeszcze aplikantką, do jednego ze znanych miejscowych praw­ników wparował Zbigniew Wasser­mann, wówczas minister koordynator służb specjalnych w rządzie PiS. - Dla­czego prześladujesz moją córkę? Nie chcesz jej dopuścić do zawodu! Chcesz ją zniszczyć! - zagrzmiał. Adwokat wy­bałuszył oczy. Po pierwsze Małgorzatę Wassermann ledwo znał. Po drugie nie żywił wobec aplikantki żadnych - ani złych, ani dobrych - zamiarów.
   - Naprawdę był zdziwiony, że można mieć aż taką paranoję - opowiada rela­cjonujący tę historię profesor Jan Widacki, wiceminister spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Małgorzatę Wassermann osobiście po­znał dziewięć lat temu. Reprezentowa­ła ojca w procesie o naruszenie dóbr osobistych. Widacki wytoczył go Wassermannowi po tym, jak polityk prawi­cy podczas komisji śledczej ds. Orlenu, na oczach telewidzów zarzucił mu, że miał powiązania z gangsterem „Baraniną”.
   - Sympatyczna, grzeczna, trzymają­ca nerwy na wodzy - wspomina dzisiej­szą posłankę profesor Widacki. To przy udziale Małgorzaty podpisał ugodę, w której Zbigniew Wassserman przy­znał, że sugerowanie Widackiemu po­wiązań z gangsterem nie ma pokrycia w faktach.
   Po katastrofie smoleńskiej był pe­łen podziwu, że potrafi publicznie opa­nować emocje. Tak mu się wydawało do czasu, gdy zaczęła angażować się w wyjaśnienie przyczyn wypadku, brać udział w konferencjach smoleńskich, na których eksperci Antoniego Macie­rewicza stawiali tezy o zamachu. Na II Konferencji Smoleńskiej w 2013 roku ze szczegółami opowiedziała o doku­mentacji medycznej sfałszowanej jej zdaniem przez Rosjan po śmierci ojca. Zdecydowała się ekshumować jego zwłoki dwa lata wcześniej. Do dziś jest zwolenniczką ekshumacji wszystkich ofiar. - Nie otwarto żołądka i jelit na ca­łej długości, a w protokole opisano je szczegółowo. Choć nie nacięto, to opi­sano powierzchnię, przekrój i wagę prostaty. Śledzionę i serce zamiast w jamie brzusznej zaszyto w nodze - wyliczała w 2013 roku. Sugerowa­ła też, że służby specjalne Rosji po ka­tastrofie śledziły ją, a nawet próbowały zwerbować.

niedziela, 25 września 2016

Na celowniku PiS



PiS rozpoczęło polowanie na Adama Hofmana. A przecież jeszcze niedawno były rzecznik ustawiał z ministrem skarbu zarządy spółek i chodził do Jarosława Kaczyńskiego

Michał Krzymowski

Minister skarbu Dawid Jackiewicz zniknął z rządu z dnia na dzień. Równie niespodziewanie zatrzas­nęły się drzwi do najważniejszego gabinetu w siedzibie PiS, Partia od­cięła się od Adama Hofmana - nagle, bez ostrzeżenia.


OSTATNIE SPOTKANIE Z PREZESEM
Decyzja o dymisji Dawida Jackiewicza zapada na Nowo­grodzkiej jeszcze w sierpniu. W tym czasie minister skar­bu opowiada w wywiadach, że na początku przyszłego roku jego resort ulegnie likwidacji, a państwowe spółki zostaną przeka­zane agencji rządowej podległej szefowej rządu Beacie Szydło lub państwowemu holdingowi pod wicepremierem Mateuszem Morawieckim.
   Minister nie wie, która z opcji zwycię­ży, bo od kilku tygodni nie może się do­stać do Jarosława Kaczyńskiego. Jeszcze niczego nie podejrzewa.
   Dla Jackiewicza przyszłość państwo­wych spółek jest kwestią palącą. Minister nie sprawuje mandatu poselskiego, więc po likwidacji resortu będzie musiał szu­kać pracy. Teoretycznie ma trzy opcje: może stanąć na czele agencji, zostać sze­fem holdingu lub objąć prezesurę w któ­rejś z dużych spółek skarbu państwa, na przykład w dolnośląskim KGHM.
   - Dla Jackiewicza najkorzystniejszy był wariant trzeci, czyli duże pieniądze i spokojna praca blisko rodziny. Jednak to, co było dobre dla niego, dla Adama Hofmana oznaczałoby abdykację protek­tora i koniec wpływów w państwowych spółkach - opowiada ważny polityk PiS.
   Od losów Jackiewicza zależy przy­szłość byłego rzecznika PiS, ale też kilku prezesów spółek. Na jednym wózku z mi­nistrem jadą: Robert Pietryszyn z Loto­su, Krzysztof Skóra z KGHM, Remigiusz Nowakowski z Tauronu, Mariusz Bober z Azotów i Łukasz Łazarewicz z Totalizatora, do tego kilkunastu członków za­rządów i rad nadzorczych. Hofman nalega więc, by Jackiewicz podjął walkę o stanowisko szefa agencji mającej skupić pań­stwowe firmy.
   Sęk w tym, że minister podchodzi do sprawy honorowo, nie chce kierować agencją podległą Morawieckiemu, z którym od kilku miesięcy jest w sporze. A to oznacza, że rozgrywka toczy się o stanowisko szefa instytucji nadzorowanej przez panią pre­mier. Decyzję o takim umocowaniu agencji musiałby podjąć Jarosław Kaczyński.
   Początek września, kilka dni przed Forum Ekonomicznym w Krynicy. Adam Hofman jedzie na Nowogrodzką, gdzie zosta­je przyjęty przez Jarosława Kaczyńskiego. Jest zbity z tropu. Po powrocie z siedziby PiS przyzna znajomemu, że rozmo­wa potoczyła się niepomyślnie, a wokół niego oraz Jackiewi­cza dzieje się „coś złego”. Będzie to jego ostatnie spotkanie z prezesem.

czwartek, 22 września 2016

Patriota Roku,Polska - państwo prywatne,Kabaretyzacja,Czarne firanki i Paragraf 22



Patriota Roku

Dobry wieczór państwu! Serdecznie witam na gali „Patriota Roku!”. Przypomnę, że w po­szczególnych kategoriach wręczymy nagrodę Podniesionych Kolan oraz miejsce w radzie nadzorczej spółki skarbu państwa z dziesiątki największych. Zgod­nie z regulaminem konkursu zatwierdzonym przez Sejm dzisiaj o czwartej nad ranem laureaci, by zasiąść w wy­branej przez siebie radzie, muszą się wykazać dyplo­mem ukończenia szkoły podstawowej, a w przypadku udowodnionego prześladowania przez reżim Tuska wy­starczy fakultatywne uczestnictwo w zajęciach przed­szkolnych. Zwieńczeniem wieczoru będzie ogłoszenie zwycięzcy Grand Prix, który otrzyma nagrodę Kastet Ojczyzny wraz z obowiązującym do końca tej kadencji Sejmu immunitetem na wszelkie czyny patriotyczne.
   Zaczynamy od kategorii kultura. Podniesione Kolana wędrują do prezesa Polskiej Agencji Prasowej za próbę zlikwidowania konkursu im. Ryszarda Kapuścińskiego! Próbę jak na razie nieudaną z powodu wściekłego wrza­sku określonych kół. Kapituła doceniła próbę odcięcia polskiej młodzieży od złogów spuścizny tego średnio utalentowanego, a bardzo niebezpiecznego komunisty. Kapituła zaznacza heroizm wystawienia się na kryty­kę wiadomych ośrodków w pewnych państwach. Kraje te nie radzą sobie ze swymi problemami, a chcą pouczać Polskę, która miała demokrację kilkaset lat przed Ame­rykanami oraz chrześcijaństwo przed Chrystusem. Ka­pituła sugeruje też wycofanie z bibliotek, zwłaszcza szkolnych, utworów Miłosza Czesława, Konwickiego Tadeusza, Mrożka Sławomira, Gombrowicza Witolda czy Kołakowskiego Leszka na początek.
   Kolejna kategoria: media. Tu, jak wszyscy wiemy, do samego końca trwała szlachetna rywalizacja między re­dakcją „Wiadomości” TVP i tymi sympatykami Legii Warszawa, którzy wywiesili na stadionie patriotyczny transparent postulujący wieszanie dziennikarzy wspie­rających tak zwaną opozycję. Emocje wprost nie do znie­sienia! Cóż mamy w kopercie? I tak! Tak! Głos mi się łamie ze wzruszenia, Podniesione Kolana wędrują do soli tej ziemi, wzoru dla młodych pokoleń Rzeczypospolitej: patriotycznych środowisk kibicowskich. Cóż za radość! Prosiłbym tylko o zgaszenie rac, bo się tu poddusimy nie­co. Klimatyzację zakładali za Tuska, nic dziwnego, że nie wyrabia. W uzasadnieniu kapituła podkreśla trudność w wyborze zwycięzcy w tej kategorii, gdyż ma świado­mość, że redaktorzy oraz prezenterzy „Wiadomości” TVP
dokładali i dokładaj ą wszelkich starań, by wprowadzić zupełnie nowe, a często niesłusznie zapomniane w na­szej stronie świata standardy dziennikarstwa. Jednak, jak podkreśla kapituła, patriotyzm środowisk kibicow­skich to nie tylko najzacniejsze nawet słowa, lecz także chęć narodowotwórczego czynu, i stąd taka decyzja.

środa, 21 września 2016

Komisja ściganych



Pięć lat temu wyjaśniła katastrofę smoleńską, dziś stała się jednym z głównych wrogów PiS. W wojsku i instytucjach państwowych od miesięcy trwa polowanie na komisję Millera. Teraz wchodzi w nową fazę.

To będzie długa wojna z użyciem wszystkich chwytów Po pół roku przygotowań podkomisja MON, powołana przez szefa resortu Antoniego Macierewicza do po­nownego wyjaśnienia katastrofy smoleń­skiej, miała pokazać, „jak organizowano fałszerstwo”. Jednak salwa składała się ze strzałów samobójczych. Weźmy te, któ­re miały być najbardziej sensacyjne. Ucię­te sekundy nagrań z czarnych skrzynek? Oczywiście, ale komisja Millera w swym raporcie dokładnie wyjaśniła, dlaczego musiała „przekleić” ostatnie 1,5 sekundy nagrania z radzieckiej skrzynki fabrycz­nej do ścieżki ze skrzynki zamontowanej w tupolewie podczas jego eksploatacji w Polsce. I nie ma w tym nic dziwnego, bo polska skrzynka działała w ten sposób, że najpierw nagrywała krótki fragment do tzw. bufora pamięci, szyfrowała go, a potem zgrywała go do pamięci urządze­nia. Bez zasilania, którego zabrakło w sa­molocie po zderzeniach z ziemią, zgry­wanie zostało przerwane i 1,5 sekundy N danych zniknęło bezpowrotnie w buforze skrzynki. W tupolewie doszło do awarii silnika, radiowysokościomierzy i generatora? Owszem, ale znów- po zderzeniu z brzozą, 3 gdy samolot był już poważnie uszkodzony. Zresztą radiowysokościomierze wcale nie e były uszkodzone - po prostu ze względu na silne przechylenie wyszły poza zakres dopuszczalnej pracy.
   I wreszcie koronny dowód „manipula­cji”, czyli nagrane w ramach dokumento­wania prac komisji słowa Jerzego Millera: „Nasze ustalenia zostaną zderzone z usta­leniami rosyjskimi, (...) i jeżeli te dwa ra­porty będą różne, to będzie do tego cała teoria spiskowa zbudowana w społeczeń­stwie (...). Komisja i sam minister Macie­rewicz nie zwrócili jednak uwagi na inny fragment tej wypowiedzi, z którego jasno wynikało, o co chodziło Millerowi - by ko­misje polska i rosyjska pracowały na pod­stawie tej samej metody. Dziś Jerzy Miller mówi POLITYCE: - Od początku pracy naszej komisji spotykaliśmy się z atakami Antoniego Macierewicza. Nie mając żad­nych przesłanek, przedstawiał najbardziej absurdalne, domniemane przyczyny wy­padku w Smoleńsku. Żadna z jego hipotez, przedstawianych przez niego jako fakty, a nie domniemania, nie wytrzymała pró­by czasu. Dlatego pokrywał swoje błędy ko­lejnymi „pomysłami”. I tak jest do dzisiaj. Nie interesują go przyczyny wypadku. Chce z tego tragicznego wydarzenia zbudować legendę o zamachu na prezydenta Polski.
   Widać, że Antoni Macierewicz gra o dwa cele - odbierając wiarygodność komisji Millera, chce w oczach opinii publicznej podważyć prawdziwość jej ustaleń. Rów­nocześnie zamyka usta jej byłym człon­kom, którzy bronili wyników jej pracy. W tym celu powołał podkomisję, choć zgodnie z polskimi, ale i międzynarodo­wymi zasadami katastrofę lotniczą samo­lotu państwowego może badać jedynie całkowicie niezależna komisja, złożona z ekspertów wyspecjalizowanych w ba­daniu wypadków lotniczych i znawców konstrukcji samolotu. Tą komisją powin­na być Komisja Badania Wypadków Lotni­czych Lotnictwa Państwowego (KBWL LP) funkcjonująca w strukturach Inspektoratu MON do spraw Bezpieczeństwa Lotów.
   Artykuł 140 ustawy Prawo lotnicze mówi wyraźnie, że w skład komisji lotnictwa pań­stwowego „powinni wchodzić specjaliści z zakresu: szkolenia lotniczego, techniki lotniczej, nawigacji, ruchu lotniczego, ra­townictwa lotniczego, meteorologii, łącz­ności, prawa lotniczego oraz medycyny”, a za specjalistów uważane są „osoby posia­dające odpowiednie wykształcenie wyższe oraz udokumentowaną minimum pięcio­letnią praktykę w danej dziedzinie”. Żaden z członków podkomisji Macierewicza nie spełnia tych wymogów.
   Macierewicz musi zdawać sobie sprawę, że jego „eksperci” nie są w stanie napisać raportu, który położony obok dokumentu Millera przeważyłby szalę. Nie mają do tego odpowiednich kompetencji. Dlatego pod­komisja będzie działać inaczej - na kolej­nych konferencjach będzie ogłaszać kolej­ne „rewelacje” i „dowody”. W zależności od tego, co wpadnie jej w ręce, podsuwać różne teorie spiskowe - a to o rozpadzie w powietrzu, to znowu o wybuchach, przejęciu kontroli nad samolotem czy podstępie rosyjskich kontrolerów spro­wadzających na śmierć. Raczej nie będzie jednej zwartej, spójnej wersji katastrofy-za- machu, a tylko różne wersje do wyboru, co kogo bardziej przekona.

wtorek, 20 września 2016

Spiski w PiS



Co się dzieje z PiS po niespełna roku u władzy? Ze słów Jarosława Kaczyńskiego wynika, że sytuacja jest niepokojąca.

Na posiedzeniu rady politycznej działacze usłyszeli od prezesa, że Platforma miała po roku wyższe notowania, że PiS zdobył większość w Sejmie dzięki szczęściu i że wo­kół partii kręci się wiele osób, które myślą tylko o sobie i o tym, jak zarobić dzięki zna­jomościom z politykami u władzy Że w par­tii - jak relacjonowała „Gazeta Wyborcza”
„są różne spiski”, a on wie, „kto z kim”. Ka­czyński kolejny też raz - choć nie wprost - ponaglił Beatę Szy­dło, by wreszcie oddała Mateuszowi Morawieckiemu władzę nad gospodarką. Prezes PiS powtarza to publicznie od kwiet­nia, wciąż bez widocznych rezultatów. Być może w najbliższych tygodniach się to zmieni. Wśród stronników Morawieckiego kiełkuje pomysł, by niedecyzyjną Radę Rozwoju zastąpić Komi­tetem Ekonomicznym Rady Ministrów, którego szefem z realną władzą zostałby minister rozwoju.
   Zabawnym, choć zapewne nie dla wszystkich, przykładem, jak władca PiS steruje krajem, są losy odwołanego w zeszłym tygodniu członka zarządu PKP Jarosława Kołodziejczyka. Został zdymisjonowany za brak współpracy przy rządowym projekcie Mieszkanie plus. - Dzisiejsza decyzja jest niezbędna do usprawnienia i przyspieszenia realizacji jednego z najważ­niejszych programów rządu - tłumaczył minister infrastruktu­ry Andrzej Adamczyk. Ale był tylko wykonawcą - spóźnionym - woli Kaczyńskiego, który parę dni wcześniej na posiedzeniu rady politycznej zżymał się, dlaczego zarząd PKP nie został jeszcze odwołany.
   Kluczowe w wystąpieniu prezesa na radzie politycznej było jednak uderzenie w Dawida Jackiewicza, będące zapowiedzią jego dymisji. Los ministra skarbu został przypieczętowany przed kilkoma tygodniami. Gdy na Forum Ekonomicznym w Krynicy rozmawialiśmy z jednym z polityków i rzuciliśmy że chcemy zrobić wywiad z ministrem Jackiewiczem, nasz roz­mówca odparł: - Z Jackiewiczem? To musicie się spieszyć.
   To do Jackiewicza odnosiły się słowa Kaczyńskiego o lu­dziach kręcących się wokół partii, zjawisku, które „trzeba wypalić gorącym żelazem”. Podobno na biurku Kaczyńskiego znalazł się raport o powiązaniach Adama Hofmana, byłego rzecznika partii, z firmami piarowymi i lobbingowymi zwią­zanymi z poprzednią władzą. A Hofman to jeden z najbliższych przyjaciół Jackiewicza.
   Odejście ministra Szydło ogłosiła „na miękko”. Minister od­szedł, powiada premier, bo wykonał zadanie likwidacji resor­tu. Techniczne sprawy załatwi już coraz mocniejszy w rządzie Henryk Kowalczyk. Ale to tylko zasłona dymna; likwidację re­sortu miał od A do Z przeprowadzić Jackiewicz. A następnie albo objąć inny resort, albo wejść do ważnej spółki.
   Dziś jego przyszłość rysuje się ponuro. W piątek do boju ru­szyło CBA: agenci mają skontrolować kluczowe spółki Skarbu Państwa pod kątem umów o doradztwo, marketing czy usługi prawnicze z lat 2015-16. A więc już za „dobrej zmiany”. Do­wiedzieliśmy się, że firma zaprzyjaźniona biznesowo i towa­rzysko z Adamem Hofmanem - R4S - którą założyli Michał Wiórkiewicz (asystent byłych premierów Marcinkiewicza i Kaczyńskiego) i były rzecznik policji Mariusz Sokołowski, or­ganizowała szkolenia z wystąpień publicznych dla członków zarządu dla Grupy Azoty. Kilka dni przed wyborami KGHM też podpisała z R4S umowę na doradztwo, obowiązywała ona do końca zeszłego roku. Nasi rozmówcy spodziewają się czystki w zarządach.

poniedziałek, 19 września 2016

Jaki wszechmogący



Jestem człowiekiem zadaniowym. Dostaję zadanie i je wykonuję mówi o sobie. W Opolu opowiadają, że Patryk Jaki, może wszystko. Trochę się tylko dziwią, czemu wyrzyna u siebie PiS-owców

 Wojciech Cieśla

Lubi pojechać po bandzie. A to rzuci coś o islamskiej zarazie, a to że przy Okrą­głym Stole przywódcę po­dzielono Polskę, Albo że KOD to kawiorowe protesty beneficjen­tów poprzedniego układu.
   Ciemna marynarka z dobrze dobraną poszetką, czarujący uśmiech. Tak, cza­sem powie się parę słów za dużo, ale kto nie popełnia błędów? - Pan pracuje, pi­sząc, ja pracuję tak i czasem popełniam błędy - mówi minister, obrazowo kła­piąc prawą dłonią jak ustami. - Ale żeby kogoś zapalić, trzeba samemu płonąć. Wierzę, że w Polsce może być lepiej.
   O tym, gdzie buchnie płomień 31-letniego Patryka Jakiego, rok temu zde­cydowała partia: został wiceministrem sprawiedliwości, choć nie jest praw­nikiem, tylko absolwentem logisty­ki. W pierwszym odruchu odmówił. Usłyszał, że w ministerstwie potrzeba właśnie takich. Takich, co nie będą się martwić, że gdy minie „dobra zmiana”, będą musieli spojrzeć w oczy kolegom z korporacji.

niedziela, 18 września 2016

Człowiek z aronii



Przyszedł z ulicy, miał w oczach żar. Dziś ma medal od ministra, limuzynę i radę nadzorczą. Może załatwić pracę w państwowej spółce i odwołać wojskowego dowódcę. Oto bohater naszych czasów: Bartłomiej Misiewicz.

Michał Krzymowski

Gdy do miasta wjeżdża czarne bmw na ma­zowieckiej rejestracji, w Bełchatowie za­czyna się poruszenie. Ściągają posłowie, samorządowcy i prezesi państwowych spółek. To przyjechał Bartłomiej Misie­wicz - limuzyną Żandarmerii Wojsko­wej i z własnym oficerem ochrony. Gdzie indziej ktoś mógłby pomyśleć, że to tylko 26-letni rzecznik prasowy MON i szef gabinetu politycznego ministra. Ale nie w Bełchatowie. Tu wszyscy wiedzą, że Misiewicz jest prawą ręką Antoniego Macierewicza. Ma jego pełnomocnictwa, pro­wadzi negocjacje, daje pracę. I nie protestuje, gdy działacze ty­tułują go ministrem.
   W letnie popołudnie 30 sierpnia Misie­wicz przyjeżdża do Bełchatowa z konkret­nym zadaniem. Ma znaleźć nową większość w radzie powiatu, dzięki której PiS obsadzi stanowisko wicestarosty. Ściąga do siedzi­by powiatu radnych Platformy i proponuje im koalicję. Stawia jeden warunek. Muszą rozwiązać swój klub i przystąpić do koali­cji jako niezrzeszeni, bo Jarosław Kaczyń­ski zabrania wchodzenia w oficjalne układy z Platformą. - Zapewnimy wam zatrudnie­nie - zachęca.
   Czy to pusta obietnica? Raczej nie, bo w spotkaniu towarzyszy mu Sławomir Za­wada, prezes państwowej spółki PGE GiEK, największego pracodawcy w okolicy. Gdy Misiewicz obiecuje radnym pracę, prezes Zawada, zresztą także partyjny, milczy.
   Biuro prasowe GiEK w e-mailu przesła­nym do „Newsweeka” przyznaje, że prezes Zawada uczestni­czył w spotkaniu z Misiewiczem. Ale, jak zapewnia, tematem rozmowy były „kondycja gospodarcza i problemy regionu”. Ko­alicyjne targi? Posady dla radnych? Insynuacja.
   Sam Misiewicz odpisuje w podobny sposób. Nie zaprzecza, że mówił o zatrudnieniu dla radnych, ale twierdzi, że nie ofero­wał go w zamian za przystąpienie do koalicji.
   Uczestnik spotkania: - Sugestia Misiewicza była oczywi­sta dla wszystkich. Głosy w radzie w zamian za pracę. Zawadę ściągnęli tylko po to, żeby to uwiarygodnić. Przy rozmowie był jeszcze poseł PiS Dariusz Kubiak, ale rej wiódł Misiewicz. Z ca­łej trójki to on był tam najważniejszy.

czwartek, 15 września 2016

Niech żyje kicz!,Śmietanka smoleńska,Parada prowokatorów,Bohater naszych czasów i Koniec wakacji!



Niech żyje kicz!

Niektórzy ludzie umierają z nudów. Niektóre narody popełniają samobójstwo, usiłując zabić nudę.
   Wielu z Państwa jest pewnie zaintrygowanych, patrząc na swoje dzieci bez przerwy sięgające po smartfona, choćby w trakcie obiadu. Nasze dzieci nie są w stanie ścierpieć kilkudziesięciu sekund nudy. Niestety, nie tylko one. Pro­dukowanie leków na nudę było kiedyś domeną show-biznesu. Teraz - także polityki.
    „Pragmatyczny styl Angeli Merkel nie sprawdza się zbyt dobrze w czasach, gdy wyborcy cenią sobie emocje” - czy­tam w „Guardianie”. Rzeczywiście dziś potrzebne są efekty specjalne. Zbyt wyrafinowane wypowiedzi gubią polityków. Jedno zdanie, proste, nieskomplikowane, to jest to. Komu­nikat musi być krótki, koniecznie emocjonalny. Nie tylko Merkel ma problem. O Hillary Clinton mówi się, że jest naj­lepiej przygotowanym kandydatem do sprawowania funkcji prezydenta. Niestety, by ją sprawować, trzeba wygrać wybo­ry, a w tym celu należy sprzedawać emocje. Clinton ma z tym problemy. Trump żadnych. On sam jest emocją i komiwoja­żerem emocji. Plecie trzy po trzy, łże bez oporów, napuszcza ludzi na wydumanych wrogów. W ten sposób już skasował wszystkich rozgarniętych rywali w Partii Republikańskiej. Być może tą metodą skasuje też panią Clinton, a potem całą Amerykę. Dla Ameryki byłaby to wiadomość tragiczna, ale ile zabawy mieliby po drodze Amerykanie.
   David Cameron nie jest już premierem Wielkiej Brytanii, bo zwolennicy Brexitu lepiej sprzedawali i nakręcali emocje. Musieli wygrać. Włoska polityka przez niemal dwie dekady zdominowana była przez absolutnego pajaca. Berlusconi żad­nego z włoskich problemów nie rozwiązał, ale Włosi go ko­chali, to nieustające bunga-bunga. We Francji wybory też za chwilę zamienią się w reality show. Poważnym kandydatem jest były premier Alain Juppe, ale nie wszystkim podoba się jego „pragmatyczny styl”. Górą będą zapewne pan Sarkozy i pani Le Pen. Ci umieją znaleźć wroga, podburzyć tłum, na­kręcić emocje. Niestety tylko w tym sensie „w tęczę Francji orzeł biały”.
   Wydarzenia w Polsce doskonale wpisują się w ogólnoświa­towy trend. Myli się, kto sądzi, że największym talentem Ja­rosława Kaczyńskiego jest umiejętność wykreowania wizji i realizacji politycznego planu. Wizja jest w swej istocie pro­stacka, charakterystyczna dla przywódców autorytarnych - szukanie i piętnowanie wrogów, prymitywny nacjonalizm, promocja etatyzmu, walka z niezależnymi instytucjami, ideo­logizacja życia publicznego, idealizacja narodu w jego bez­grzesznej wersji i historii w ujęciu z czytanki dla dzieci. Nic nowego, wszystko jest w repertuarze Putin ów, Erdoganów i Orbanów, aplikowane tylko w różnym natężeniu. Prawdzi­wy talent Kaczyńskiego nie polega na umiejętności wykreo­wania jakiejś wizji, ale na zaprzęgnięciu do polityki skrajnych emocji, które rozbudza i podsyca z wprawą Mefistofelesa. Wskazać palcem, opluć, zafundować elektrowstrząsy niemra­wej opozycji i zahipnotyzowanej publice. Dzieje się! Jeśli opo­zycja jest dziś bezradna w starciu z PiS, to nie ze względu na niemożliwość przelicytowania hasła 500+, ale ze względu na niezdolność uprawiania polityki w wersji EMOCJE MAX.

środa, 14 września 2016

Język siecze



Prof. dr hab. Michał Głowiński, teoretyk literatury, o wypaczaniu sensu słów, dzieleniu mową i politycznych celach, którym ma to służyć

KATARZYNA CZARNECKA: -„W Polsce prowadzimy teraz nie spór polityczny czy prawny, lecz walkę (...) przeciwko powrotowi do czasów PRL - powiedział prof. Andrzej Zoll podczas Nadzwyczajnego Kongresu Sędziów, który odbył się 3 września. To, z czym mamy do czynienia – stwierdził - to pełzający zamach na porządek konstytucyjny. W jakim stopniu zwrot do czasów słusznie minionych wiąże się także z zamachem na język?
MICHAŁ GŁOWIŃSKI: - W ogromnym. Władza ewidentnie, w sposób, na który nie znajdziemy precedensu w ostatnich 27 latach, wykorzystuje go w celach pro­pagandowych. I korzysta z licznych sposo­bów manipulowania językiem, charakte­rystycznych dla mowy publicznej w epoce między 1944-45 r. a zmianą ustrojową, z apogeum w okresie stalinowskim.

Na czym to wykorzystanie polega?
Przede wszystkim na zniekształcaniu znaczeń słów. Najnowszym przykładem jest „prowokacja”. Premier Beata Szy­dło stwierdziła, że tym właśnie był udział przedstawicieli Komitetu Obrony Demo­kracji w pogrzebie Inki i Zagończyka. We­dług Słownika wyrazów obcych PWN: „Pro­wokacja to: 1. Podstępne działanie mające na celu nakłonienie kogoś do określonego postępowania, zwykle zgubnego w skut­kach dla tej osoby i osób z nią związanych. 2. Podstępna działalność tajnych agentów w jakiejś organizacji”. Żadna z tych defini­cji nie przylega do sytuacji, w której zostało to słowo użyte. Kodowcy nie działali prze­cież przeciwko komukolwiek i nikomu nie chcieli zaszkodzić. A już na pewno nie byli agentami obcego wywiadu.

 „Przejawem szczególnie wyrazistym skostnienia i sztampowości [języka oficjalnej propagandy] jest posługiwanie się słowami wytrychami. Takim właśnie słowem jest »prowokacja«. (...) Mówiąc o niej nie trzeba komunikować, w jakim celu została ona dokonana - pisał pan 19 maja 1977 r. Co tym razem się pod tym określeniem kryje?
Sens jest taki: grupa Mateusza Kijow­skiego nie była na tę uroczystość zaproszo­na. Ale przecież w demokratycznym kraju na państwowe manifestacje przyjść może każdy. Gdyby powiedzmy w czyimś ogród­ku przydomowym obchodzono imieniny cioci Kloci i nagle przyszliby jacyś zupełnie nieznani osobnicy, to co innego.

Ja bym to nazwała wtargnięciem.
Nawet użycie słowa „prowokacja” - nie­zupełnie prawidłowo i na wyrost - miałoby tu jakiś sens. Dlatego, że taki przydomowy ogródek jest prywatną własnością, a ci nie­znajomi mogliby w swoim przyjściu mieć jakiś cel. Zatem jeśli pani premier mówi o prowokacji w przypadku publicznej, państwowej uroczystości, jest to swego ro­dzaju autodemaskacja. Ujawnia, że traktu­je Polskę jako własność swojej formacji po­litycznej: państwo jest naszym ogródkiem.

wtorek, 13 września 2016

Prawdy „Smoleńska"



O najważniejszych nieprawdach, półprawdach i manipulacjach filmu Antoniego Krauze na temat przyczyn i przebiegu katastrofy smoleńskiej mówi Maciej Lasek.

MACIEJ LASEK: - Szukałem pozytywów w tym filmie, dobrych stron.
GRZEGORZ RZECZKOWSKI: -1?
Są w nim momenty które mnie wzruszyły które chwytają za serce. To archiwalne zdjęcia z pierw­szych dni po katastrofie. Powinniśmy o tych chwi­lach pamiętać, bo żałoba wszystkich wtedy zjedno­czyła. Na krótko, ale jednak zjednoczyła.

Potem nastąpił podział i „Smoleńsk" ten podział jeśli nie pogłębia, to na pewno wzmacnia. Fabuła od początku układa się w dość logiczny ciąg zdarzeń - bez wątpliwości zamach był.
Nie zgadzam się, że film jest skonstruowany w logiczny sposób.

W jednej z pierwszych scen widzimy rosyjskiego lła-76 i słyszymy komunikat pilota: „Zrzut zakończyłem". Zaś w jednej z ostatnich - najpierw wybuch na skrzydle tupolewa, potem w kadłubie, a w końcu kulę ognia pędzącą przez kabinę pasażerów. Wszystko bardzo sugestywne.
W końcowych scenach możemy zobaczyć i usłyszeć trzy wybu­chy - pierwszy na skrzydle, drugi również i trzeci w kadłubie. Ale w pierwszej scenie, jeszcze przed napisami początkowymi, sły­chać najpierw pracujące silniki, potem huk, znów odgłos silników i w końcu uderzenie o ziemię. Czyli o dwa wybuchy za mało. Co ciekawe, to powielenie tej samej niekon­sekwencji, którą prezentowały osoby współpracujące z zespołem parlamentarnym Antoniego Macierewi­cza. Każdy, kto śledził ich wypowiedzi i publikacje, pamięta, że oni sami nie wiedzieli, ile eksplozji było. Podawali różne liczby na zasadzie - jak czegoś nie po­trafili wytłumaczyć, dodawali kolejny wybuch.
I jeszcze jedna rzecz. W pierwszej scenie widzimy o. załogę Jaka-40, która słyszy ten narastający dźwięk silników tupolewa, potem huk brzmiący jak wy­buch itd. Tyle że ta sekwencja zdarzeń nie zgadza się z tym, co zeznali w prokuraturze członkowie załogi jaka. Powie­dzieli, że niczego takiego nie słyszeli. Dowódca, porucznik Artur Wosztyl przyznał, że słyszał jedynie głuche uderzenia, a potem odgłos zderzenia z ziemią. I nastała cisza.

Ten oficer był konsultantem „Smoleńska".
Tak jak i dowódca eskadry tupolewów w nieistniejącym już 36. specpułku, który obsługiwał lot do Smoleńska.

Ma postawione zarzuty prokuratorskie za niewłaściwy dobór załogi i jej nieodpowiednie przygotowanie do lotu. No dobrze, ale co z wybuchami? W film wmontowano archiwalne nagrania z konferencji prokuratorów wojskowych. Z ich wypowiedzi można wywnioskować, że nie dało się wykluczyć obecności materiałów wybuchowych na szczątkach tupolewa.
Ta część filmu to dość zręczna manipulacja. Są wypowiedzi prokuratora, które nie rozstrzygają sprawy ale później nie ma ani słowa o tym, że wyniki badań pirotechników z Centralnego Labo­ratorium Kryminalistycznego, opublikowane zresztą przez proku­raturę, kategorycznie wykluczyły wybuch na pokładzie samolotu.

poniedziałek, 12 września 2016

Obywatele dla PiS i Zabrać waszym dać naszym



Obywatele dla PiS

Władza zadba o społeczeństwo obywatelskie jak o własne dziecko. Otoczy czułą opieką państwa, wychowa w słusznym duchu, uchroni przed obcym wpływem. Trudno o lepszą polityczną inwestycję

Rafał Kalukin

Soros... I nic więcej już nie trze­ba dodawać. Prawicowa głowa wytrenowana w teoriach spi­skowych wie swoje. „Żydowski bankier” - jak to zgrabnie ujął kilka miesięcy temu Paweł Kukiz, powta­rzając wyssane z palca plotki o 150 min zł przekazanych rzekomo na KOD.      Skąd się wzięła ta liczba? O tym za chwilę.
   Jeśli istnieje coś takiego jak między­narodówka populistyczna, to w roli wro­ga najlepiej cementuje ją właśnie George Soros - uratowany z Holokaustu wę­gierski Żyd, który sporą część miliardów dolarów zarobionych na spekulacjach giełdowych przeznaczył na propagowa­nie idei „społeczeństwa otwartego”. Ot­wartego, czyli wolnego od nacjonalizmu, ksenofobii, uprzedzeń rasowych - tego wszystkiego, czym populiści mobilizują wyborców.
   Nic więc dziwnego, że od lat wykorzy­stują Sorosa w swych propagandowych krucjatach. Nie tak dawno Putin oskar­żał go o finansowanie Majdanu. Orban od roku - o sprowadzanie uchodźców do Europy. Całkiem niedawno Trump o wspieranie Hillary Clinton. A dopiero co polska prawica - o związki z prezesem Trybunału Konstytucyjnego.
   Do tej pory Sorosem wymachiwały u nas raczej niszowe środowiska - trwale skażone paranoją bądź antysemityzmem. Jarosław Kaczyński nie sięgał po takie skojarzenia. Aż do 4 czerwca, gdy na zjeździe warszawskiego PiS wytoczył wojnę „koncepcjom pana Sorosa”. Rzecz jasna w imię „suwerenności” i „godności na­rodu”. I nikt do końca nie wie, czy to tyl­ko przypadek, że akurat dzień wcześniej w węgierskim parlamencie mniej więcej to samo deklarował Viktor Orban.

SOROS PO NORWESKU
Ten i ów w sektorze pozarządowym w Polsce już wtedy zwrócił uwagę na tę zbieżność. Jak głęboka może być węgierska inspiracja? Pytania powróciły dwa tygodnie temu, gdy „Gazeta Polska” i „Wiadomości” TVP zaatakowały Różę Rzeplińską ze Stowarzyszenia 61, zaj­mującego się gromadzeniem informacji o osobach pełniących funkcje publiczne. Zarzut: bierze kasę od Sorosa.
   Być może atak na córkę prezesa Trybu­nału Konstytucyjnego był tylko elemen­tem wojny z TK. Ale w artykule „Gazety Polskiej” pojawiły się wątki pozwalające podejrzewać, że może chodzić o coś wię­cej. W typowej dla tego pisma poetyce czyli insynuacyjnie i bez związku z fak­tami - powiązano bowiem Sorosa z pro­gramem „Obywatele dla demokracji”. A to już poważna sprawa, bo mowa o wiel­kim przedsięwzięciu, bez którego trudno sobie wyobrażać efektywną działalność organizacji non profit na polu demo­kracji, praw człowieka, kontroli władzy i wielu innych spraw, które w języku PiS podpadają pod kategorię „lewactwa”.
   Tyle że „Obywatele dla demokra­cji” z Sorosem nie mają nic wspól­nego. Pieniądze pochodzą z tzw. Europejskiego Obszaru Gospodarczego, czyli od rządów Norwegii (to najważniej­szy płatnik), Islandii i Liechtensteinu. To kraje nienależące do UE, lecz korzy­stające z dobrodziejstw unijnego rynku. W zamian zobowiązane są do prowadze­nia własnych, niezależnych od Komisji Europejskiej, funduszy pomocowych.           
   Skąd Soros na norweskim fiordzie? Ano stąd, że operatorem programu (który we­dle ustalonych kryteriów rozdziela pie­niądze na konkretne przedsięwzięcia) była do niedawna Fundacja Batorego. Blisko 30 lat temu ufundował ją właś­nie słynny multimiliarder. Finansował ją do początków nowego stulecia, kiedy to uznał, że polska demokracja ma się już dobrze i czas przenieść wsparcie do in­nych krajów. Być może postępy „dobrej zmiany” sprawią, że pieniądze Sorosa po­wrócą, lecz na razie to tylko spekulacje.
   Insynuacyjne powiązanie miliardera z „Obywatelami dla demokracji” miało tę dobrą stronę, że można było dociec źródeł powtarzanej plotki o „żydowskich” 150 min zł na Komitet Obrony Demokracji. Najwyraźniej ktoś przeliczył 37 min euro, które w ostatnich trzech latach wydano w ramach norweskiego programu. A to, że nawet złotówka nie pochodziła od So­rosa ani też nie zasiliła KOD, to już detal.

niedziela, 11 września 2016

Praca dla swoich



Idą wielotysięczną ławą. Wczoraj działali w powiatowych strukturach PiS i nosili teczki za posłami, dziś robią kariery w energetyce, przemyśle zbrojeniowym i dyplomacji. Od Pabianic po Los Angeles

Michał Krzymowski

Samych spółek z udziałem skarbu państwa jest 509, co daje ponad trzy tysiące posad w zarządach i ra­dach nadzorczych. Do tego dochodzą spółki córki i wnuczki, ze stanowiskami prezesów, doradców, dyrektorów, kierowników, naczelników A są jesz­cze agencje rolne z setkami miejsc pracy - od syne­kur w centralach po fuchy w powiatach. Podwoje uchylają też ministerstwa, urzędy centralne i wojewódzkie, a za granicą - ambasady, konsulaty, instytuty.
   Łącznie to tysiące posad. Ile dokładnie? Nikt nie wie, ale jedno jest pewne - oni już tam są. Oni, czyli działacze partii rządzącej, ich bliscy, przyjaciele, współpracownicy... Żeby spisać wszyst­kich, trzeba by małej encyklopedii; „Newsweek” przedstawia historie kilkorga z nich.

NIECH UJADAJĄ, ZA NAMI SZLAK BOJOWY
Violetta Mackiewicz-Sasiak, pielęgniarka w Domu Po­mocy Społecznej, od kilku lat kieruje kołem PiS w Redzie i Klubem „Gazety Polskiej” w Wejherowie.
W dorobku ma udział w powiatowym Ru­chu Kontroli Wyborów, współpracę z Soli­darnymi 2010 i nieudany start w wyborach parlamentarnych. Zaczęła działać, bo - jak twierdzi - nie mogła patrzeć na kłamstwa i manipulacje. Poza tym od zawsze była społecznikiem.
   W marcu 2016 roku uśmiecha się do niej szczęście - zostaje członkiem rady nad­zorczej firmy Energa Operator, jednej z 58 spółek córek kontrolowanej przez państwo gdańskiej Energi. Gdy lokalne media zaczynają drwić, że PiS posłało do energetyki pielęgniarkę ze średnim wykształceniem, pani Violetta bierze sprawy w swoje ręce i śle list do lokalnego portalu Nadmorski24.pl. Pi­sze od serca: „Dziesiątki spotkań, pikiet, koncertów, manifestacji, wystaw, zlotów patriotycznych, demonstracji, wyjazdy na Węgry i organizowanie ruchu kontroli wy­borów - to mój szlak bojowy walki o praw­dę, dobre imię Polski i sprawiedliwość społeczną (...). Dziwię się ludziom, którzy nie szanują zawodu pielęgniarki. No cóż, nie mam na te prześmiewcze komentarze wpływu. Będąc tyle lat w PiS, można się uodpornić na przemysł pogardy (...). Niech tam sobie ujadają, ich prawo. Co do profesjo­nalizmu w branży energetycznej, powiem tak. Wiedza jest po­trzebna, jest nabyta, ale żadnego pożytku z niej nie będzie, jeśli człowiek nie przestrzega elementarnych zasad uczciwości, hono­ru. Autorami wszystkich afer w Polsce są przecież ludzie z wyso­kimi kwalifikacjami. Z jednym tylko wyjątkiem, który mianowany został Mędrcem Europy. To polski prezydent o pseudonimie Bo­lek, z zawodu elektryk. (...) Jeśli elektryk może rządzić krajem, to pielęgniarka może być członkiem rady nadzorczej”.
   Mackiewicz-Sasiak zasiada w Enerdze i z pewnością nie czuje się tam osamotniona. Już pod koniec marca, czyli w niecałe pięć miesięcy po objęciu rządów przez PiS, trójmiejska „Gazeta Wy­borcza” informowała, że w spółkach kontrolowanych przez gru­pę pracuje 30 działaczy PiS. Później przestała liczyć.
Gdy pytam o te nominacje, świeżo upieczony menedżer w in­nej dużej spółce (posadę zdobył kilka miesięcy temu, podobnie jak Mackiewicz-Sasiak bez konkursu) syczy: - A komu mamy dawać pracę? Fachowcom z rynku? Wiem, że każdy by chciał przyjść na gotowe, ale to tak nie działa. Trzeba było cztery lata temu stać z nami w śniegu na Krakowskim Przedmieściu.

czwartek, 8 września 2016

Czy Polska ma prezydenta,Lekcja historii,Anglicy takiego nie mają i Mówią czy zrobią



Czy Polska ma prezydenta?

Prezydent Andrzej Duda sugerował kilka dni temu, że po 1989 r. Polską tylko „teoretycznie” nie rzą­dzili zdrajcy. Czas zapytać, czy Andrzej Duda pre­zydentem nie jest tylko teoretycznie.
   31 sierpnia. W polskich mediach newsem dnia jest informacja o tym, że prezydent Duda w swym wystąpieniu wspomniał o Lechu Wałęsie. Więcej nawet - w czasie mszy w gdańskim kościele św. Brygidy prezydent podał rękę byłemu liderowi Solidarności. Wiele te „newsy” mówią o sytuacji w dzisiej­szej Polsce. Oto do rangi wielkiego wydarzenia urasta fakt, że w rocznicę Sierpnia polski prezydent wspomina o człowieku, który na całym świecie jest tego Sierpnia i Solidarności sym­bolem. Oto sensacją jest fakt, że prezydent Polski podaje rękę swemu poprzednikowi, liderowi największego ruchu wol­nościowego w naszej historii. Polityka, owszem, bywa sztuką obniżania oczekiwań, by potem nieznacznym sukcesom nada­wać rangę triumfów. Gorzej, gdy polityka w swej pogłębiającej się marności obniża te oczekiwania aż tak, że wydarzeniem są najbardziej oczywiste odruchy, będące w normalnych kraj ach kwestią przyzwoitości i savoir-vivre’u.

Oczywiście dobrze, że prezydent nie zapomniał o Wa­łęsie w swym wystąpieniu i na mszy. Niestety, trudno było tego nie odebrać jako próby nadrabiania błędów, które sam Andrzej Duda w tym samym Gdańsku popełnił trzy dni wcześniej. Niegodne prezydenta były jego słowa o tym, że po 27 latach Polska odzyskuje godność. Uchybiające godno­ści urzędu i prawdzie były jego sugestie, że Polską po 1989 r. być może dalej rządzili zdrajcy. Środowe gesty były więc pró­bą autokorekty. Nie pierwszej. W marcu prezydent Duda za­fundował despekt milionom Polaków, sugerując, że sprzeciw wobec działań obecnej władzy to efekt ich pragnienia - „oj­czyznę dojną racz nam wrócić, Panie”. W ramach autokorekty miesiąc później, w rocznicę katastrofy smoleńskiej, Andrzej Duda zaapelował do rodaków o wzajemne wybaczenie. Spot­kało się to jednak z błyskawiczną reakcją prawdziwej głowy państwa, Jarosława Kaczyńskiego, który potraktował prezy­denta jak natrętnego petenta, podając mu rękę z - powiedz­my- niechęcią, a zaraz potem od słów głowy państwa ostro się odciął. Krótka piłka. I bolesna. O poprzednikach i oponentach Andrzej Duda potrafi się wypowiadać niezwykle ostro. Wobec prezesa Polski jest niezwykle pokorny.

środa, 7 września 2016

Operacja na pamięci



Rozmowa z prof. Tomaszem Maruszewskim, psychologiem, o tym, jak politycy, manipulując historią, mogą zmienić nawet osobiste wspomnienia człowieka

JOANNA CIEŚLA: - Wybiera się pan na film „Smoleńsk"?
PROF. TOMASZ MARUSZEWSKI: - Raczej nie. Trudno mi oglądać film o zdarze­niach, które były źródłem traumy dla wie­lu osób, dla mnie również. Tym bardziej że w podobnych przypadkach to, co ogląda­my na ekranie, zwykle ma luźny związek z rzeczywistością.

Filmowy scenariusz kreuje obraz tamtych zdarzeń zgodnie z wizją obozu rządzącego: katastrofa smoleńska to skutek zamachu. Czy człowiek - wiedząc przecież, że obraz jest fabułą - może uwierzyć w filmową wersję zdarzeń?
Z zasady czas oddziaływania dzieł fil­mowych na emocje jest dość krótki - oko­ło roku, potem to się wycisza. Większość przyszłych widzów filmu „Smoleńsk” pa­mięta zresztą, jak różne, wykluczające się wzajemnie, informacje pojawiały się bez­pośrednio po katastrofie, a potem w trakcie prac różnych komisji i zespołów.

Od pewnego czasu ta lawina doniesień słabnie, a przekaz władz ujednolica się.  
No właśnie. A w psychologii od lat 70. opisywany jest efekt dezinformacji, który polega na tym, że jeśli do człowieka docie­rają różne przekazy na temat tego same­go zdarzenia, to te późniejsze informacje bardzo często zakłócają to, co ktoś wiedział wcześniej. Wiemy jednak, że w jakimś stop­niu można temu zapobiegać. Jedna z mo­ich magistrantek na przełomie kwietnia i maja 2015 r. badała pamięć katastrofy smoleńskiej. Udało jej się potwierdzić hi­potezę, że gdy ludzie wiedzą, z jakiego źró­dła pochodzą posiadane przez nich infor­macje, to ten efekt dezinformacji słabnie. Stają się bardziej odporni na manipulacje, propagandę, błędy. Gdybyśmy umieli za­chęcić ludzi do tego, by zastanawiali się, skąd o czymś wiedzą, to najprawdopodob­niej odporność na różnego rodzaju opera­cje na pamięci byłaby większa.

Gdyby jednak zabieg dezinforma­cji się powiódł, to czy przeciętny odbiorca mediów mógłby zacząć myśleć: „Od początku wiedziałem, że to zamach" - choć pierwotnie wcale nie był o tym przekonany?
To bardzo prawdopodobne, zwłaszcza w przypadku tych, którzy sięgają tylko do jednego nurtu mediów. Działa rodzaj dodatniego sprzężenia zwrotnego. Ludzie wybierają media, które przekazują infor­macje zgodne z ich poglądami. Każdy kolejny przekaz utwierdza ich w tych opi­niach. Ten efekt jest wzmacniany przez fakt, że eksperci, jak Maciej Lasek, szef Komisji Badania Wypadków Lotniczych, w przestrzeni publicznej prawie już się nie pojawiają. To poważne wyzwanie.
   Elliot Aronson, znany psycholog spo­łeczny, opisuje przypadek Michaela Dukakisa, który był dość mocnym kandydatem w amerykańskich wyborach na prezydenta w 1988 r. Ale sztab George’a Busha wycią­gnął mu, że jako gubernator jednego ze sta­nów uwolnił warunkowo pewnego prze­stępcę. Ten przestępca następnie zgwałcił kobietę i pobił jej męża. Sam Bush zbyt wiele nawet o tym nie mówił, za to w jego spotach pokazywano zdjęcia drzwi obro­towych, przez które wchodzą i wychodzą przestępcy A Dukakis przedstawiał dane statystyczne, z których wynikało, że licz­ba przestępstw popełnianych przez ludzi na zwolnieniu warunkowym jest niższa niż liczba przestępstw popełnianych przez resztę obywateli. Oczywiście to było zupeł­nie nietrafione. Podobnie jest u nas. Dużo więcej wysiłku wymaga przyjęcie przekazu racjonalnego: „mamy takie i takie dowody, że katastrofa była wynikiem splotu wielu czynników”, niż uznanie, że ktoś knuł.

Myślenie spiskowe to cecha osobowości?
Nie, to tendencja do postrzegania i inter­pretowania świata. Prof. Krzysztof Korze­niowski, który badał paranoję polityczną, wskazuje, że ona od lat subtelnie się nasi­la. Polacy są coraz bardziej skłonni do po­szukiwania spisków. A myślenie spiskowe sprzyja zapamiętywaniu selektywnemu. Skoro uważamy, że „istnieją siły, które usiłują Polsce zaszkodzić”, to znacznie łatwiej przyjmiemy tezę, że różne zdarze­nia były wynikiem spisku. To jest widoczne na poziomie jednostkowym, ale coraz czę­ściej pojawia się w myśleniu grupowym, w dziwacznych formułach. Na przykład, że uchodźcy z Syrii zajmą kościoły. Prze­cież nawet te 7 tys. ludzi (gdyby do nas przyjechali) w takim dużym narodzie jak nasz nie jest w stanie „przejąć kościołów”.

Jaki więc powinien być „antyspiskowy" przekaz emocjonalny, który mógłby być skuteczną odpowiedzią?
To właśnie wyzwanie. Powinien być pro­sty, bez złożonych argumentów, ponieważ współczesne media sprawiają, że ludzie odwykli od refleksji.

wtorek, 6 września 2016

Prawda państwowa



Mitologia smoleńska stała się pod rządami PiS oficjalną ideologią, narzędziem wzmacniania władzy i politycznej zemsty. Wiele wskazuje na to, że zbliża się kulminacja.

Do księgi smoleńskiej dopisywane są właśnie kolejne rozdziały: długo wyczekiwany film „Smoleńsk”, planowane ekshumacje wszyst­kich ofiar katastrofy, kolejne pomniki i ta­blice, apele poległych na każdej wojskowej uroczystości, proces Tomasza Arabskiego czy tajemnicze dokumenty, które po ujawnieniu mają wywrócić naszą wiedzę na temat kata­strofy. Szef MON Antoni Macierewicz ostatnio ogłosił, że wresz­cie dysponuje „prawdziwymi dowodami” na temat przyczyn katastrofy To „nowe nagrania załogi tupolewa, które do tej pory nie były znane. Ale nie pochodzą one z pokład polskiego samolotu. Każdy będzie mógł ich wysłuchać” - powiedział „Rzeczpospolitej”. Wśród materiałów mających ujrzeć światło dzienne jeszcze we wrześniu są rzekomo też ta­kie, które były ukrywane przez komisję Millera. „Mamy wstrząsające wyznania członków tej komisji” - ogłosił - Macierewicz. Oczywiście nie może na razie powiedzieć, skąd pochodzą te dowody, nagrania i „wyznania”. Nie będzie to też „ostateczny materiał”, ale na pewno „rzuci bardzo istotne światło na przebieg i przyczyny katastrofy smoleńskiej”.

   Kto bardziej dociekliwy
   Szef MON ujawnił swoje rewelacje w momencie, gdy nie opadł jeszcze kurz po zamieszaniu wywołanym przez jego kolegę z rządu Witolda Waszczykowskiego. Szef pol­skiej dyplomacji niewiele wcześniej zapowiedział - rów­nież na wrzesień - prezentację innych dokumentów: no­tatek MSZ, z których ma wynikać, że Donald Tusk „grał przeciwko polskiemu prezydentowi na rzecz Rosji”. Były premier rzekomo wspierał Rosjan w ich planie rozdziele­nia wizyt swojej i Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Całość to kilkadziesiąt dokumentów, m.in. relacje z rozmów polskich dyplomatów, w tym ministra Radosława Sikorskie­go, z dyplomatami rosyjskimi. Na czym ta gra miałaby polegać i co nowego wnieść do powszechnej już wiedzy? Tego już Waszczykowski nie powiedział.
   Medialny wysyp smoleńskich rewelacji to od dawna zapowiadane przez PiS przyspieszenie w „wyjaśnianiu katastrofy smoleńskiej”. Jego cel to nie tyle wskazanie winnych, co skompromitowanie całej elity politycznej, która do niedawna rządziła Polską. Odebranie jej przed­stawicielom moralnej legitymacji nie tylko do rządzenia w przyszłości, ale do uczestniczenia w życiu publicznym jako tym, którzy „zabili prezydenta”, w dodatku spiskując z Rosją. PiS licytuje wysoko, ale ewentualny sukces w tej grze oznacza dla partii spokojne rządy na lata.
   Zapowiedziane materiały z resortu obrony i MSZ trafią do monowskiej podkomisji, która na polecenie Maciere­wicza ma raz jeszcze zbadać okoliczności feralnego lotu. W jej składzie są dobrze znani eksperci z dawnego zespo­łu sejmowego, z którego wypływały rewelacje z pękają­cymi parówkami i zgniecionymi puszkami po red bullu, podpierającymi tezę o zamachu. Przewodniczącym jest Wacław Berczyński, który już trzy lata temu stwierdził, że tupolew rozpadł się w powietrzu pod wpływem potęż­nego ciśnienia odrywającego skrzydło od kadłuba.
   Na razie podkomisja, która zasłynęła z tego, że nie znalazł się w jej składzie ani jeden ekspert od badania wypadków lotniczych, a jej prace tylko w tym roku będą kosztować podatników 3,5 mln zł, nie wykazała się nad­zwyczajnym tempem. Od posiedzenia inauguracyjnego 8 marca zebrała się raptem trzy razy, z czego jak na razie niewiele wynika. Po raz ostatni jej członkowie spotkali się 22 czerwca w Mińsku Mazowieckim „celem dokona­nia uzupełniających badań bliźniaczego egzemplarza samolotu Tu-154M”.
   Działa też specjalna grupa śledczych prowadząca po­stępowanie w sprawie wypadku tupolewa, kierowana przez zastępcę prokuratora generalnego Marka Pasionka. Wiele osób tłumaczy to jako efekt rywalizacji szefa MON ze Zbigniewem Ziobrą. Macierewicz nie chce się dzielić z nikim smoleńską sławą, a Ziobro także chciał­by się zasłużyć na tym polu i zapunktować w oczach prezesa Kaczyńskiego. Dlatego nie zostaje w tyle. Pro­kuratura przyznała właśnie, że przygotowuje się do eks­humacji i ponownego zbadania zwłok wszystkich ofiar, czemu już sprzeciwia się część rodzin. Operacja może ruszyć już w połowie października, czyli w pierwszym możliwym terminie przewidzianym przepisami sani­tarnymi. Powodem ma być to, że rzekomo niektóre ciała (m.in. prezydenta Kaczorowskiego) zostały zamienione, a oględziny wykonane w Moskwie były przeprowadzone błędnie, a w każdym razie „trzeba sprawdzić”, czy ciała po masakrze zostały właściwie poskładane. Nie wiadomo jednak, czy wśród ekshumowanych będzie para prezy­dencka. Zapytaliśmy o to prokuraturę, ale nie dostaliśmy odpowiedzi.
    „Niegodny jest ten, kto ośmieli się wątpić w Wasz talent i wiedzę, a przede wszystkim w Waszego ducha (...). Zada­liście kłam oszczerstwom i insynuacjom, jakie na Polskie Siły Powietrzne przez wiele lat spadały” - to fragment przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy, wygłoszonego podczas obchodów Święta Lotnictwa 27 sierpnia w Po­znaniu. Prezydent dodał jeszcze, że - w domyśle: po kata­strofie smoleńskiej - Siły Powietrzne były „szkalowane”.
   W ten sposób Andrzej Duda jednym ruchem nie tylko zdjął jakąkolwiek winę za błędy z lotników, którzy mieli wpływ na wydarzenia z 10 kwietnia 2010 r., ale zarazem potępił tych, którzy odważą się zaprzeczać pisowskiej narracji w sprawie Smoleńska, stawiając ich wśród „nie­godnych”. Trzy dni później prezes Kaczyński postawił sprawę jasno: jakiekolwiek wyjątki czy akty łaski nie będą w tej kwestii dopuszczalne. Po pogrzebie byłej senator PiS Anny Kurskiej, pytany przez dziennikarzy, czy możliwe jest sklejenie podzielonego Smoleńskiem społeczeństwa, stwierdził, że tylko wtedy, gdy „pewne wartości uznamy za wspólne”. Kaczyński nie do końca wytłumaczył, o jakie wartości chodzi, ale kontekst nie pozostawia wątpliwości.

poniedziałek, 5 września 2016

Kontrreforma edukacji



Mistrzowie marketingu zdołali zawrócić reformę oświaty. Teraz państwo Elbanowscy czekają na wypłatę 395 tys. zł. Na razie bez skutku

Wojciech Staszewski

Kiedy PiS wygrywa wybo­ry, Karolina i Tomasz Elbanowscy są pierwszymi gośćmi przyjętymi przez minister edukacji Annę Zalewską. A ustawa cofająca sześciolatki do zerówek to jedna z pierwszych kontr- reform PiS.
   W lutym MEN, szykując się do kolejnych zmian, zapowiada wielkie konsultacje społeczne. W budżecie kancelarii pre­miera jest na to zarezerwowane 7 min zł z UE. Konkurs wygrywa Federacja Inicja­tyw Oświatowych, wnioskuje o 2 min zł, podpisuje z ministerstwem list intencyj­ny. I nagle konkurs zostaje unieważniony.

SZKOŁA W JASYR
Od wiceprezes FIO Aliny Kozińskiej-Bałdygi nie usłyszy się jednak
złego słowa pod adresem minister­stwa. Federacja wystartowała w powtór­nym konkursie, tym razem wzięli w nim udział także Elbanowscy, konkurs wygra­li, a FIO wysłała do MEN i fundacji Elbanowskich e-mail z propozycją, że mogą pomóc w przeprowadzeniu konsultacji.
   Na kłamstwie przyłapała resort Iga Kazimierczyk z fundacji Przestrzeń dla Edu­kacji: - Zwróciliśmy się 9 marca w trybie informacji publicznej o przedstawienie harmonogramu konsultacji i dowiedzieli­śmy się, że harmonogramu jeszcze nie ma. A 25 lutego FIO otrzymała z ministerstwa informację, że resort zrywa współpracę, bo harmonogram konsultacji zapropono­wany przez FIO jest niespójny z harmo­nogramem MEN. Jak mógł być niespójny z harmonogramem, którego nie było?
   Nieoficjalnie mówi się, że powo­dem zerwania tamtej umowy był Facebook ówczesnej prezes FIO Elżbiety Tołwińskiej-Królikowskiej, na której prywatnym profilu pełno KOD-owskich treści. FIO zaś położyła uszy po sobie, zmieniła prezeskę i liczy, że będzie pod­wykonawcą konsultacji.
   Iga Kazimierczyk jest zdumiona, że do kancelarii premiera nie wpłynął na­wet wniosek - powinny go złożyć razem MEN i fundacja Elbanowskich - o podpi­sanie umowy i wypłatę pieniędzy. MEN nie odpowiada na pytania w tej sprawie. A Elbanowscy robią dobrą minę.
   Tomasz Elbanowski: - Wciąż czeka­my na formalną kontynuację działań ze strony kancelarii, podpisanie umowy itd. Środki, o które wnioskowaliśmy, nie są li­czone w milionach, jak podały niektó­re media. Środki, jakie możemy dostać, nie mogą przekroczyć sumy, którą dys­ponowała fundacja w ostatnim roku, czyli 395 tys. zł. O takiego rzędu kwoty wnio­skowaliśmy na kolejne trzy lata.
   Była szefowa MEN Joanna Kluzik-Rostkowska z PO komentuje: - Nowa minister zastawiła na siebie pułapkę. Po­wierzyć Elbanowskim takie konsultacje to jakby organizacji walczącej o całkowi­tą swobodę aborcji albo ojej całkowity za­kaz zlecić „obiektywny” raport. MEN, nie mając wpływu na konsultacje, będzie mu­siało uznać ich wynik. To oddanie polskiej szkoły Elbanowskim w jasyr.

niedziela, 4 września 2016

Fałszywi przyjaciele ludu



500+ czy obniżenie wieku emerytalnego to nie żadna społeczna reforma, tylko cyniczne kupowanie głosów. Ma ono osłonić partyjne uwłaszczanie ludzi Kaczyńskiego na skalę, jakiej nie widzieliśmy w III RP

Na każdą krytykę sztan­darowych projektów Prawa i Sprawiedliwo­ści - 500+ czy obniże­nia wieku emerytalnego - jako prostackiego i cynicznego popu­lizmu nominaci Kaczyńskiego z mediów i spółek skarbu państwa odpowiadają, że to wyraz pogardy dla ludu ze strony kla­sy średniej, która rzekomo jako jedyna była beneficjentem transformacji.

LEMING ZAPŁACI
W rzeczywistości każdy „liberal­ny leming” (jak nas z pogardą nazywa­ją rzekomi „przyjaciele ludu” z prawicy) - czyli przedsiębiorca, człowiek pra­cujący w wolnym zawodzie, pracownik budżetówki, który podnosił kwalifika­cje, ryzykował i ciężko harował - uczci­wie zapracował na każdą złotówkę. Nowe polskie mieszczaństwo nie skła­da się z „oligarchów”. Po roku 1989 nie uczestniczyło w kapitalizmie politycz­nym (ani lewicowym, ani prawicowym, ani SLD-owskim, ani PO-wiackim, ani PSL-owskim, ani PiS-owskim), ale po prostu ciężko pracowało na siebie i na kształcenie swoich dzieci. Uczciwie pła­ciło podatki, zapewniając państwu i spo­łeczeństwu wzrost dobrobytu.
   Zniszczenie polskiej klasy średniej po­przez obciążenie jej kosztami prawico­wego rozdawnictwa to prosty przepis na zniszczenie kraju. A przecież nikogo in­nego obciążyć kosztami populistycznego rozdawnictwa nie można; nikt inny ra­chunku za władzę PiS nie zapłaci. Oczy­wiście trzeba rozmawiać o uczciwym systemie podatkowym, umiarkowanej progresji, większej efektywności ścią­gania podatków. Ale to w ogóle nie jest rozmowa o tym - setki miliardów zło­tych ukrytych ponoć w zaległościach podatkowych czy w wielkich aferach go­spodarczych to PiS-owski odpowiednik „złotego pociągu”. Tyle że w przeciwień­stwie do mało szkodliwej wiary wałbrzy­skich tropicieli skarbów w mannę z nieba, „złoty pociąg” PiS oznacza naloty CBA na prywatne firmy, wszechwładzę urzę­dów skarbowych, arbitralne interpre­towanie coraz bardziej mętnego prawa podatkowego na niekorzyść podatników przez urzędników Szałamachy, Ziobry i Kamińskiego.
   500+ (podobnie jak obniżenie wieku emerytalnego) zostało przez Kaczyń­skiego cynicznie pomyślane jako sposób na kupowanie głosów. PiS-owskiemu marszałkowi Sejmu Markowi Kuchcińskiemu - który nie jest zbyt lotny, więc chwali się głośno tym, co sam Kaczyń­ski uważa za ukryte mechanizmy władzy - wymknęło się kiedyś szczere zdanie, że „dla ludzi ważniejsze jest 500 złotych na dziecko niż Trybunał Konstytucyjny”.
   Bohaterem najbardziej obrzydliwej sceny ostatnich miesięcy był minister Zbigniew Ziobro, wręczający przed ka­merami i mikrofonami prawicowych mediów 500 złotych niepełnospraw­nemu dziecku, którego matka płacząc, dziękowała za hojność daru. To najbar­dziej prymitywny populizm, a nie żadna sprawiedliwość społeczna, redystrybu­cja czy polityczna walka o równość ży­ciowych szans. W rzeczywistości cała nowa prawicowa elita - od dziennikarzy po polityków - owo 500+ czy obniżenie wieku emerytalnego traktuje jako poli­tyczną korupcję, która ma osłaniać ich osobiste uwłaszczenie.

czwartek, 1 września 2016

Nie tylko gospodarka, głupcze,Biuro sprostowań,Betonowe koryto i Prognoza na jesień



Nie tylko gospodarka, głupcze

Trzecią RP rządził księgowy. W którymś momen­cie musiał przegrać w starciu z wygłodniałym władzy bezczelnym populistą.
   Brytyjczycy są w stanie euforii. Dwadzieścia lat temu eki­pa Wielkiej Brytanii wypadła w Atlancie mniej więcej tak jak nasza w Rio, czyli biorąc pod uwagę wielkość i potencjał kraju - znacznie gorzej. Stworzono system, zwiększono na­kłady i po 20 latach Brytyjczycy w klasyfikacji medalowej wylądowali za Amerykanami. Zazdroszcząc im, pomyśla­łem, że w ostatnich latach wypadaliśmy jednak o wiele lepiej niż Brytyjczycy w dużo ważniejszej klasyfikacji - gospodar­czego wzrostu. Jak wiemy, nie uchroniło nas to jednak przed zwycięstwem demagogów i populistów.
   W Polsce trwa nie pełzająca, lecz sunąca całkiem żwawo rewolucja. W szkole, w pamięci, w kulturze, w stosunku do prawa, w mediach publicznych itd. Jeśli stała się możliwa i jeśli tak trudno ją powstrzymać, to w dużej mierze ze wzglę­du na zaniechania III RP. I niekoniecznie te w dziedzinie gospodarki i polityki społecznej. Przez 25 lat mieliśmy dyk­tat księgowego. Państwem, szczególnie w czasie nieznanego wcześniej eksperymentu przejścia od komunizmu do demo­kracji, nie da się jednak skutecznie rządzić za pomocą tabel­ki z Excela. Tak można nim co najwyżej zarządzać. I dlatego największe deficyty III RP widzę, mówiąc językiem marksowskim, nie w bazie, ale w nadbudowie, w tym wszystkim, co jest tkanką miękką życia państwa i narodu. Zadbaliśmy o portfele, zapominając o duszach. Byliśmy więc - to modna ostatnio formuła - rzeczywiście głupi, ale ową głupotę lokuję nie tam, gdzie większość.
   Przez lata chwaliliśmy się wielką liczbą nowych uczelni. Zapomnieliśmy tylko zadbać o ich jakość. Ostatnio chwalili­śmy się sprawnością, z jaką nasze dzieci rozwiązują testy, ale nie zapytaliśmy, czy wychowujemy prawdziwych obywateli. Cieszyliśmy się pluralizmem w mediach, ale nie zadbaliśmy o najważniejsze z nich, publiczne, z jakichś przedziwnych względów niezwykle silne w najważniejszych europejskich krajach. Do wyborczych, honorowych komitetów kandyda­tów i partii wciągano wybitnych ludzi kultury, ale samą kulturę traktowano per noga. Kłanialiśmy się nauczycielom, dając im goździki, a nawet podwyżki, ale nie daliśmy im narzędzi, by szkoła uczyła nowoczesnego patriotyzmu, obywatelskich postaw, funkcjonowania we wspólnocie i odpowiedzialności za innych. Gospodarka rosła, ale w tym samym czasie nasze intelektualne potrzeby karlały, bo zamiast sensu i myśli ser­wowano nam biesiady i noce kabaretowe.
   Czy nie jest intrygujące, że w czasie gdy liczba absolwen­tów wyższych uczelni błyskawicznie rosła, sprzedaż ksią­żek i poważnych gazet błyskawicznie malała? Platforma Obywatelska z owych zaniechań próbowała nawet czynić cnotę. Po co zawracać ludziom głowę ideą, skoro zajęci są grillowaniem? Po co kłopotać ich wizją, skoro zajęci są bo­gaceniem się. Kultura? Ci wszyscy artyści to przecież natrę­ci, a ile realnie mają głosów? Te wszystkie kongresy kultury i apele o upublicznienie telewizji - a co się będziemy na po­ważnie zajmować publicznymi mediami, wystarczy, że nam nie szkodzą? Ilu ludzi chodzi do teatrów? Nowy już lider PO mówi, że wybory wygrywa się w Końskich, a nie w Wilano­wie. Wygrywa się je i tu, i tu. Ale przede wszystkim wygry­wa się je pomysłem na Polskę, wizją, obietnicą wykraczającą poza oczywiście niezwykle ważny socjal.