PiS - konstytucja 2010.pdf

niedziela, 31 lipca 2016

Śledztwo specjalnej troski



Zbigniew Ziobro, jego matka i brat zrobili prawie wszystko, by udowodnić, że ich ojciec i mąż zmarł 10 lat temu przez błędy lekarzy. Nie udowodnili. Teraz syn, jako minister sprawiedliwości i prokurator generalny, zyskał nowe narzędzia.

Jest 22 czerwca 2006 r. Jerzy Ziobro - 71-letni le­karz z Krynicy - przyjeżdża do kliniki kardiologii Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Jego syn Zbigniew jest ministrem sprawiedliwości i pro­kuratorem generalnym w pierwszym rządzie PiS. Atmosfera jest napięta: politycy grożą lekarzom, że weźmie się ich „w kamasze”. Ojciec ministra jest dla krakowskich lekarzy pacjentem szczególnym. Biegają wo­kół niego, starają się.
   Choć z Krynicy na oddział kardiochirurgii w Nowym Sączu jedzie się najwyżej pół godziny, rodzina decyduje się jednak na Kraków. Nalegają na skierowanie do tej właśnie krakowskiej kliniki, bo mają tu znajomego lekarza.
   2 lipca, po północy, Jerzy Ziobro umiera. Co się wydarzyło przez te 10 dni? Pacjent choruje na serce. Lekarze przepro­wadzają koronarografię (badanie drożności tętnic w ser­cu). W trzech tętnicach stwierdzają zwężenia. Kardiolodzy mają do wyboru dwie drogi: stentowanie, czyli wszczepienie sprężyny rozszerzającej tętnicę, albo wszczepienie by-passów. Wybierają to pierwsze. W czasie tego pobytu w szpitalu chory miał cztery koronarografię i dwa zabiegi stentowania. Za drugim razem dochodzi do powikłań. Tuż przed północą wezwani na pomoc oskarżeni dziś lekarze, którzy mieli wtedy wolne, jeden z Rzeszowa, drugi zaraz po dyżurze, przyjeżdżają do krakowskiego szpitala. Zdążyli, jednak Jerzy Ziobro umie­ra w drodze z oddziału do pracowni hemodynamiki. Lekarze stwierdzają, że zamknięte przez skrzepy stenty doprowadziły do zawału.
   Miesiąc później brat ministra sprawiedliwości Witold Ziobro składa doniesienie do prokuratur na czterech lekarzy Zarzut: narażenie ojca na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Polityczna atmosfera wokół lekarzy gęstnieje. Siedem miesięcy po śmierci Jerzego Ziobry CBA zatrzymuje dr. Mirosława Gar­lickiego, pochodzącego z Krakowa kardiochirurga, który leczył w warszawskim szpitalu MSWiA (akcja ma kryptonim Mengele). Ziobro na słynnej konferencji wygłasza słowa: „Nikt nigdy nie będzie już pozbawiony życia przez tego pana”. Garlicki po sądo­wych bataliach doczekał się nakazanych publicznych przepro­sin od Ziobry. Rodzina Ziobrów, oskarżając krakowskich lekarzy o śmierć, nie zamierza nikogo przepraszać.

sobota, 30 lipca 2016

Grill pod gilotyną



W warszawskim ratuszu panika. Po korytarzach od tygodni krążą plotki, że na jesieni wkroczy do urzędu komisarz i zastąpi prezydent Gronkiewicz-Waltz oraz radę miasta

Renata Kim, Wojciech Cieśla

Warszawa, mod­ny lokal na Powi­ślu. - Grillowanie - mówi znany dzia­łacz samorządowy - to przypiekanie na ruszcie, podsma­żanie, żeby zmiękczyć. A ścinanie - dłoń działacza opada w powietrzu jak gilotyna - to krótkie zakończenie tematu przed podaniem na talerz. Nie wiem, którą op­cję wybierze PiS. Ale ten kucharz, cha, cha, lubi ostre narzędzia.

POPADAM W PARANOJĘ?
Rada Warszawy, jesień 2015 r., jed­na z ostatnich sesji przed wybora­mi. Już wiadomo, że PiS idzie po władzę. Do prezydialnego stołu podchodzi radny Maciej Wąsik, były wiceszef CBA (dziś sekretarz stanu w kancelarii premiera).
- Wyciągał palec i do ludzi z PO za sto­łem mówił: „Wkrótce po pana przyjdzie­my. Po pana też. Nad panem pomyślimy. Pan może spać spokojnie. Taki żarcik, bardzo w jego stylu - opowiada jeden z naszych rozmówców.
   - Maciej Wąsik prowadził batalię, żeby ujawnić wyciągi ze służbowych kart kre­dytowych urzędników ratusza. Zdzi­wił się, bo okazało się, że służbową kartą kredytową płaciliśmy wyłącznie za hote­le. Nie znalazł ośmiorniczek, restaura­cji, Sowy i Przyjaciół - dodaje Jarosław Jóźwiak, wiceprezydent Warszawy.
   Teraz ratusz od miesięcy żyje plotką, że na jesieni wkroczy do urzędu komi­sarz i zastąpi prezydent Gronkiewicz-Waltz oraz radę miasta. Że PiS tylko czeka, żeby skończył się szczyt NATO i z Polski wyjechał papież. Że jesienią przyjdzie CBA i kogoś zabierze. Że za częścią urzędników już chodzi CBA.
   - Kontrole były zawsze, ale nigdy tak intensywne w jednym czasie i tak bardzo nagłaśniane medialnie. Kiedyś były me­rytoryczne, a dzisiaj raczej chodzi o wy­wołanie wrażenia, że w ratuszu dochodzi do nieprawidłowości. Spodziewać się można wszystkiego, bo skoro złe są Try­bunał Konstytucyjny, Komisja Europej­ska, Komisja Wenecka, zły jest Barack Obama i cały świat, to dlaczego prezy­dent Warszawy ma być dobry? Trudno przewidzieć przyszłość, jeśli dziś usta­wy można zmieniać w jedną noc - mówi Jacek Wojciechowicz, pierwszy zastępca prezydenta Warszawy.
   Wiceprezydent Jóźwiak rzuca okiem na redakcyjny dyktafon: - Proszę na­grywać, i tak nas podsłuchują. Popadam w paranoję? Oni nie cofną się przed ni­czym. Ostatnio nasz rzecznik prasowy rozmawiał z panią prezydent, która była na urlopie. Skończyli, rozłączył się. Nag­le oddzwania do niego telefon pani pre­zydent, a on słyszy drugi raz tę samą rozmowę - opowiada.
   Uważa, że warszawski ratusz jest solą w oku działaczy PiS. - To ostatni bastion oporu przeciwko ich wszechwładzy. Sprzeciwia się pomnikowi smoleńskie­mu, źle liczy marsze KOD. Ci bardziej twardogłowi PiS-owcy chcieliby ten opór złamać. Żeby to zrobić, trzeba oczywiście stworzyć wrażenie, że wszyscy dookoła kradną, że ten ratusz to stajnia Augiasza. To jest ich stary scenariusz, już raz go przećwiczyli przy referendum w sprawie odwołania pani prezydent. Li­czą na to, że w takiej atmosferze ludzie zaczną donosić, przynosić różne doku­menty Nie mamy się czego obawiać, ale nerwowość jest. Kilku dyrektorów pyta­ło mnie, jak to będzie. Pytają nawet kie­rowcy. Ja odpowiadam prosto: nic się nie zmienia, pracujemy dalej.
   - Jest nerwówka. Nie wiadomo, co się zdarzy. Gdy pracownicy idą na spotka­nie i ktoś mówi, że zrobimy jakiś pro­jekt w przyszłym roku, odpowiadają: nie wiadomo, czy w przyszłym roku będzie­my tu pracować. Wszyscy czują, że coś się wydarzy - dodaje urzędniczka jedne­go z biur w ratuszu. - Nie mają niczego na sumieniu, ale na wszelki wypadek nie podejmują żadnych decyzji. Boją się, że ktoś przyjdzie i przyczepi się do jakiejś faktury. Dziś do rangi problemu ura­sta to, w jakiej firmie zamówić worki na śmieci, nie mówiąc już o ważniejszych sprawach. Urzędnicy boją się aresztowa­nia, mówią: co z tego, że mnie wypuszczą po kilku godzinach? Nic nie zrobiłem, ale wszyscy zobaczą w telewizji, jak mnie prowadzą w kajdankach.

BOMBA NIE DO ROZBROJENIA
- PiS-owcy odgrażali się zawsze, traktowaliśmy to jako coś normal­nego, zwykłe gadulstwo. Ale od kiedy za-częli rządzić naszym krajem, przeszli od słów do czynów. Przewodniczący klubu PiS w radzie Warszawy, Cezary Jurkie­wicz, straszy, że będą kontrole, po czym one są - mówi dr Michał Czaykowski, warszawski radny PO.
   Działacz warszawskiej PO: - CBA trałuje teraz urzędy marszałkowskie, coś ciekawego zawsze znajdzie. Wte­dy ta wiedza będzie - cytując klasyka - porażająca.
   Atmosfera wokół ratusza rzeczywiście gęstnieje. Od początku roku CBA bada kwestię reprywatyzacji stołecznych nie­ruchomości, analizuje oświadczenia ma­jątkowe najważniejszych urzędników. Kolejna kontrola działa w Miejskim Przedsiębiorstwie Oczyszczania (cho­dzi o działanie systemu gospodarowania odpadami). Czwarta zajmuje się leasin­giem samochodów dla ratusza.
   Urzędnicy najbardziej boją się spra­wy zwrotów nieruchomości. To tyka­jąca bomba, której nie da się rozbroić. Dlaczego?
   Na warszawskim rynku cena metra mieszkania w dobrym miejscu zaczyna się od kilkunastu tysięcy. Na rynku wtór­nym najlepsze kąski to przedwojenne kamienice. Jest ich mało (bo wojna i po­wstanie), więc nawet zniszczone trzyma­ją cenę. W 1945 roku niemal wszystkie zostały odebrane właścicielom na mocy dekretu Bieruta. Po 1989 roku o zwrot kamienic zaczęli się starać spadkobier­cy właścicieli i ci, którzy odkupili od nich roszczenia. Dziś najczęściej wygrywa­ją z miastem w sądzie sprawy o zwrot budynków (w Warszawie jest ich wciąż niemal 2 tysiące). Lekko licząc, chodzi o jakieś 20-40 miliardów złotych.
   Warszawski radny: - Reprywatyzacja?
Dziwna koincydencja zdarzeń, miejsc i osób. Wie pan, jakie jest najcenniejsze dzieło sztuki w Warszawie? Przedwojen­ny papier z bazaru na Kole. Taki, na któ­rym nieuczciwi „roszczeniowcy” mogą sfałszować dowolny dokument.

piątek, 29 lipca 2016

Wtyczka bez właściwości



Ślepo wierzy w prezesa. Jest uważany za jego wtyczkę w rządzie. Ale gdy wierny cień Kaczyńskiego ostatnio przemówił własnym głosem, zrobiło się gorąco

Aleksandra Pawlicka

Pierwszą decyzją, jaką pod­jął Mariusz Błaszczak, gdy został ministrem spraw we­wnętrznych, było zaprosze­nie egzorcysty.
   - Ksiądz przyszedł odprawić egzorcyzmy, aby wyplenić złe duchy po poprzed­nikach. Dopiero gdy poświęcił gabinet, minister Błaszczak mógł zacząć w nim urzędować - opowiada były już pracow­nik resortu. Trochę to dziwne, bo przecież jego poprzedniczka Teresa Piotrowska, minister w rządzie Ewy Kopacz, była w re­sorcie nazywana katechetką, bo skończyła studia teologiczne.
   - Ale widać minister Błaszczak posta­nowił w sposób dosłowny wcielić w życie doktrynę swego szefa: „Polska zaczyna się od PiS. Wszystko, co przedtem, należy wypalić ogniem do żywego” - mówi mój rozmówca.

czwartek, 28 lipca 2016

Pierwszy krok w tył,Uwaga - niewypały!,Na bezdechu i Odpocznijcie, pomyślcie...



Pierwszy krok w tył

Nawet ktoś absolutnie niezdolny do ulegania innym czasem ulega swemu dziecku. W sprawie podwy­żek dla najważniejszych osób w państwie Jarosław Kaczyński uległ swemu ukochanemu dziecku - populizmowi, który w Polsce sam rozpętał.
   Tabloidy mają manierę przypisywania sobie większej roli niż ta, którą w rzeczywistości mają. Ale akurat uzasadnione było twierdzenie dwóch największych polskich tabloidów, że to one powstrzymały PiS i prezesa tej partii. Co daje nam przy okazji wgląd w myślenie Jarosława Kaczyńskiego o swym elektoracie. Wie on doskonale, że poparcia dla jego partii nie zmniejszy ani deptanie konstytucji, ani niszczenie państwa prawa. Może jak pyłek z klap marynarki strzepnąć głosy opo­zycji i uczestników marszu KOD. Może całkowicie zignoro­wać stanowisko Komisji Europejskiej i sugestie prezydenta Obamy, opinie Komisji Weneckiej i Rady Europy. Ale nie jest w stanie zignorować złości ludu, który tak długo sam przeko­nywał, że władzy się nie należy, bo podwyżki dla urzędników są zbędne.
   Po dziewięciu miesiącach rządów PiS najważniejszy czło­wiek w państwie po raz pierwszy się cofnął, po raz pierwszy poczuł granicę swej mocy. Wielki językoznawca Kaczyński mógł narzucić Polsce swój język, a swemu elektoratowi emo­cje. Wielki historyk Kaczyński mógł podjąć próbę rewizji hi­storii, likwidując całe jej rozdziały i realnych bohaterów. Mógł nawet, a co tam, obsadzić w roli pierwszego korepetyto­ra historii, szefa IPN, człowieka, który w bezczelny sposób za­przecza historycznym faktom. Może nawet tolerować próby narzucania woli ministra obrony bohaterom Powstania War­szawskiego, których tak wielką czcią otaczał jego brat. Może traktować prezydenta z buta, a premiera jak marionetkę. Może niemal wszystko. Ale nie zaryzykować gniew ludu PiS-owskiego, któremu nawet wdzięczność za 500 plus nie zneu­tralizuje wściekłości na 5000 plus.
   W tym wypadku vox populi nie jest oczywiście vox de i. Moż­na dyskutować, czy podwyżki należą się prezydentowi Dudzie za łamanie konstytucji, premier Szydło - za łamanie prawa, ministrowi Waszczykowskiemu - za niszczenie reputacji Polski, ministrowi Szyszce - za niszczenie przyrody, ministrowi Błaszczakowi - za wybitnie niemądre wypowiedzi, minister Zalewskiej - za oblanie maturalnego egzaminu z historii i wielu innym. Co nie zmienia faktu, że pensje ważnych urzęd­ników państwowych są w Polsce stanowczo za niskie. I co nie zmienia faktu, że była wicepremier Elżbieta Bieńkowska mia­ła absolutną rację, mówiąc, że za sześć tysięcy żaden wybit­ny fachowiec nie przyjdzie do pracy w państwowym urzędzie. Jarosław Kaczyński jest zbyt inteligentny by nie wiedzieć, że Bieńkowska miała rację. Ale wtedy grano w Polsce inną melo­dię. Kraj jest w ruinie, państwo jest teoretyczne, a ludzie wła­dzy z pogardą traktują zwykłych ludzi. Ośmiorniczki miały Platformę zabić. A wyrwany z kontekstu cytat z Bieńkowskiej miał rząd dobić. Kontekst na potrzeby propagandy wyparo­wał, a sens wypowiedzi został mechanicznie unicestwiony. Dziś za tamten propagandowy ostrzał płaci PiS. Prezes strze­la, elektorat kule nosi.

środa, 27 lipca 2016

Bajarz i jego baśń



Jarosław Szarek mawiał, że nie wystarczy naczytać się książek; trzeba jeszcze mieć polską duszę. Kim jest nowy prezes IPN?

Anna Dąbrowska

Był pewniakiem od samego po­czątku. Najpierw Kolegium IPN, obstawione przez nominatów PiS, wskazało Jarosława Szar­ka (rocznik 1963) jednogłośnie jako najlepszego kandydata na prezesa, a zaraz potem parlament potwierdził ten wybór. Inne kandydatury były tylko tłem, o nominację nawet nie starał się żaden ze znanych historyków. Mówią, że to nie miało sensu, bo prezesa i tak już wyzna­czył Jarosław Kaczyński.
   Nowy szef IPN przez ostatnie 17 lat, czyli od początku istnienia tej instytucji, pracował w krakowskim oddziale Instytu­tu. Od dawna współpracował z Ryszardem Terleckim, dziś szefem klubu PiS w Sejmie, wcześniej szefem IPN w Krakowie. Pisał pod jego patronatem na Uniwersytecie Papieskim doktorat o działaniach służb bezpieczeństwa wobec krakowskiej mło­dzieży akademickiej. Z rekomendacji Pis zasiadał przez trzy lata od 2009 r. w Ra­dzie Programowej Radia Kraków. Odszedł w proteście przeciwko nieprzyznaniu TV Trwam miejsca na multipleksie. To drugi, po Januszu Kurtyce (zginął w katastrofie smoleńskiej), prezes IPN wywodzący się z Krakowa. Szarek często powołuje się na Kurtykę, uważa go za mentora.
   Wcześniej nie zajmował eksponowa­nych stanowisk, nie ma doświadczenia w kierowaniu tak dużą instytucją. Dziś w IPN pracuje ponad 2 tys. ludzi, ale w związku z nowelą ustawy o IPN i nowy­mi obowiązkami kadra z pewnością się rozrośnie. Ujął Kolegium ostrą krytyką po­przedniego kierownictwa Instytutu. - Ży­czę jak najlepiej Jarosławowi Szarkowi, ale muszę powiedzieć, że bardzo źle zaczął, tak ostro i moim zdaniem niesprawiedli­wie krytykując swojego poprzednika. Ry­szard Terlecki mówił, że oczekuje od IPN większego dynamizmu. Z ciekawością będę obserwował - mówi prof. Antoni Dudek, który przez cztery lata był doradcą Janusza Kurtyki, a przez ostatnie pięć lat zasiadał w Radzie IPN, zlikwidowanej ostatnio przez Sejm.
   Teraz Szarek będzie w IPN, jak mówi prof. Andrzej Paczkowski, monarchą ab­solutnym. Ale trzeba dodać: pod kontro­lą PiS.

wtorek, 26 lipca 2016

Władzy apetyt dopisuje



Dwa kolejne projekty ustaw, seria mętnych tłumaczeń, w końcu szlaban od prezesa partii. Pomysł ogromnych podwyżek dla rządu i parlamentarzystów spalił na panewce, ale pieniądze dla „krewnych i znajomychPiS i tak płyną z budżetu szeroką rzeką.

Miłosz Węglewski,Dariusz Ćwiklak

Prawie trzy doby trwał żenujący spektakl po­lityków PiS, próbujących przeforsować ra­dykalną podwyżkę wynagrodzeń dla posłów, senatorów, ministrów, prezydenta i premie­ra. Ostatecznie partia Jarosława Kaczyńskie­go zrezygnowała. Robiąc dobrą minę do złej gry, przekonywała, że „wsłuchuje się w głos społeczeństwa”. Została wizerunkowa klęska. I zaoszczędzone ponad 20 min zł rocznie - niemało w czasach, gdy szalejąca „do­bra zmiana” rozdaje pieniądze na prawo i lewo.

KARUZELA PODWYŻEK
Miało być jak zwykle: przygotowany po cichu, bez żadnych konsultacji projekt ustawy został wepchnięty przez PiS we wto­rek wieczorem do porządku obrad Sejmu. Krzyki i protesty opo­zycji - bez znaczenia. Pierwsze czytanie odfajkowane i w końcu
tygodnia nowa ustawa mogłaby już być przyjęta. A w niej już od września między innymi prawie 50-procentowa podwyżka dla szefa rządu, marszałka Sejmu i prezesa NBP, niewiele mniejsza dla prezydenta (plus wynagrodzenie dla pani prezydentowej), ministrów, wiceministrów i wojewodów. No i jeszcze dodatko­we 2,7 tys. zł do kieszeni posłów i senatorów (wszędzie w tekście po daj e my kwoty brutto).
   Zawrzało. Najmocniej uderzył Paweł Kukiz: „Koryto plus”. Na okładkach tabloidów biły w oczy zestawienia 7,5 tys. zł podwyż­ki dla premier Beaty Szydło z 300 zł, jakie wywalczyły po dwu­tygodniowym strajku pielęgniarki z warszawskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Albo z ostatnią waloryzacją rent i emerytur - w większości po kilka złotych.
   Negatywnych komentarzy nie brakło nawet na portalach zwią­zanych z PiS. Na nic zdały się oficjalne tłumaczenia, że zmiana zasad wynagradzania w administracji centralnej jest uzależnio­na od tempa wzrostu gospodarki i od zmian w rozwarstwieniu dochodów w społeczeństwie (tzw. wskaźnik Giniego), więc te­oretycznie pensje mogą także maleć. I że zarobki państwowej „wierchuszki” zostały zamrożone osiem lat temu. Odpowiada­no, że od równie dawna nie drgnęła kwota wolna od podatku PIT, a rząd PiS wcale nie pali się do jej radykalnego podniesienia, co przecież obiecywał w wyborach.
   W siedzibie PiS na Nowogrodzkiej zaczęto więc panikować. Do mediów poszedł w środę przekaz, że prezes Jarosław Kaczyń­ski jest wściekły, bo nie skonsultowano z nim szczegółów projek­tu. Ciekawe, biorąc pod uwagę, że poseł Jarosław Kaczyński dzień
wcześniej zagłosował za projektem podwyższającym jego dietę. Czyli co? Nie rzucił na niego wcześniej okiem? Wolne żarty! W każ­dym razie premier Szydło w zaprzyjaźnionym portalu wPolityce.pl na wszelki wypadek zapewniała, że nie chce żadnej podwyżki.
   W środowy wieczór był już nowy projekt ustawy. Bez śladu po podwyżkach dla posłów i senatorów. Ale zniknęły też zapi­sy o powiązaniu wynagrodzeń urzędników państwa ze wzrostem gospodarczym czy wskaźnikiem Giniego. Wszyscy mieli dostać jednakowy „dodatek wyrównawczy”, w wysokości połowy pod­stawowej pensji podsekretarza stanu, czyli prawie 3,9 tys zł. Też nieźle.
   Tym razem media i opozycja nie zdążyły nawet zareagować. Po kilkunastu godzinach projekt został wycofany. - Nie był wy­starczająco przygotowany na sytuację, w której jesteśmy - uciął Ryszard Terlecki, szef klubu PiS.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Wielki strach w fabryce dokumentów



Zwolnienie wdowca z trójką dzieci i ojca umierającej dziewczynki; przelewy dla firmy byłego posła PiS - tak działa państwowa spółka zarządzana przez współpracownika Antoniego Macierewicza.

Michał Krzymowski

Październik 2015 r. W gmachu Polskiej Wy­twórni Papierów Wartoś­ciowych (PWPW) czuć nastrój dekadencji. Wdro­żenie ważnego systemu komputerowego opóźnia się, spółce grożą zwrot środków unijnych i kompromitacja na całą Polskę, a PiS właśnie wygrało wybory. Prezesi wybrani za czasów PO nie mają złudzeń: czas się pakować.
   - Nagle ktoś wpadł na genialny po­mysł, jak przeprawić się na drugą stronę - wspomina jeden z ówczesnych człon­ków władz PWPW. - Jak dziś pamiętam słowa, które padły na naradzie: „Ściąg­nijmy któregoś z PiS-owskich brytanów, niech odstrasza watahę nowej ekipy”.

MYŚLISZ, ŻE SIĘ CIEBIE BOJĘ?
Pomoc w przejściu przez turbulen­cje mają zapewnić były rzecznik PiS Adam Hofman i jego współpracow­nik Michał Wiórkiewicz. To oni ode­grają rolę „PiS-owskich brytanów”. Jeszcze przed zaprzysiężeniem rządu Beaty Szydło PWPW podpisuje umo­wę z firmą piarowską R4S, prowadzo­ną przez Wiórkiewicza. Hofman nie ma w niej udziałów, ale na mieście wszyscy wiedzą, że z Wiórkiewiczem jest nieroz­łączny: dzieli z nim biuro na 26. piętrze warszawskiego biurowca, a w rozmo­wach z klientami przedstawia się jako jego doradca.
   - Bardzo nam pomogli - wzdycha je­den z pracowników PWPW. - Trzeba było szybko dobić się do ministra Błaszczaka, załatwić odroczenie wejścia w ży­cie jednego z systemów komputerowych. Zrobili to błyskawicznie.
   Krótko po wyborach doradcą zarzą­du PWPW (wciąż platformerskiego) zo­staje Piotr Woyciechowski. To długoletni współpracownik Antoniego Maciere­wicza, były wiceszef komisji likwidacyj­nej WSI i menedżer kilku państwowych spółek za pierwszego PiS. Dobrze znany w warszawskich sądach - po 2005 r. był stroną w aż 41 sprawach. W szesnastu wy­stępował jako powód, w siedmiu - jako pozwany, w dwóch - jako oskarżyciel pry­watny, a w dwóch innych - jako oskarżo­ny (oba postępowania umorzono).
   W 2006 r. zasłynął sprawą wytoczoną Monice Olejnik, która pytała w Radiu Zet ówczesnego premiera Marcinkiewicza o to, jakie Woyciechowski ma kwalifika­cje menedżerskie. Po programie - według relacji samej Olejnik - Woyciechowski zadzwonił do niej i zapytał: „Co ty, królo­wo, myślisz, że się ciebie boję?”. Później zażądał od niej przeprosin. Sąd prawo­mocnie oddalił jego pozew. Stwierdził, że pytania o kompetencje były uzasadnione, bo Woyciechowski miał słaby wynik na egzaminie uprawniającym do zasiadania w radach nadzorczych.

niedziela, 24 lipca 2016

Prezes według prezesa



Jarosław Kaczyński nie tylko stawia pomniki swemu bratu, zaczął je budować także sobie. Jeszcze nie ze spiżu, na razie ze słów. Jego autobiografia to poza wszystkim pożyteczna lekcja dla dzisiejszych polityków opozycji.

Ukazała się zapowiadana od dawna polityczna au­tobiografia prezesa PiS „Porozumienie przeciw monowładzy. Z dziejów PC” (swoją drogą pierw­sza część tytułu to niezłe motto dla Schetyny i Petru). Czterystustronicowe dzieło zatrzymuje się na 2001 r., co znaczy że kolejne tomy nadej­dą. Ale i ten pierwszy mówi wiele o Jarosławie Kaczyńskim - przez to, co napisał, ale też, co przemilczał.
   Linią przewodnią autobiografii jest prezentowana na różne sposoby wizja: byli dwaj bliźniacy i reszta. Książkę otwiera zdanie: „Polityka zaczęła się dla mnie i Leszka w marcu 1968 roku”. I tym ściegiem - Ja i Brat - idzie cała opowieść, choć bywały okresy, gdy aktywność braci się rozmijała, a też oddalenie (Leszek mieszkał przez wiele lat na Wybrzeżu, Jarosław cały czas w Warszawie) nie sprzyjało częstym kontaktom. Niemniej książka te okoliczności niejako przeskakuje, gdyż autor (zapewne był też jakiś ghost­writer) cały czas równolegle opowiada, co robi brat bliźniak. Dla czytelników może być jednak sporym rozczarowaniem, że ta bio­grafia prawie nie zawiera wątków osobistych, rodzinnych, szkol­nych, studenckich.
   Dowiadujemy się zatem od razu - i tak poznajemy bohatera - że Jarosław Kaczyński działa w opozycji w końcu lat 70., i o tym, że podobnie działa Leszek w tzw. Wolnych Związkach, a potem podczas strajków stoczniowych. I niemal natychmiast Jarosław zauważa, że Leszek „nie tylko nie był w najlepszych stosunkach z Wałęsą, ale też nie chciał się dać przekupić”, bo tak zostały ode­brane słowa Wałęsy: „jak masz jakiś kłopot, to przyjdź do mnie, jak do ojca”. W dodatku czytamy: „Leszek naraził się jeszcze w stocz­ni doradcom z Mazowieckim na czele. Powtarzam, miał ciężko”.
O co tak dokładnie chodziło, nie wiadomo, choć od kilkunastu lat Jarosław Kaczyński próbuje budować legendę, że jego brat - choć nie wskazują na to żadne historyczne dowody - był bez mała równoważny Wałęsie i tzw. wielkim doradcom Solidarności, tyle że miał inną koncepcję programową. Ale to on w zasadzie zarzą­dzał związkiem. (Wałęsa już odpowiedział na te uzurpacje w swoim stylu: trzymałem przy sobie Lecha jako posłusznego wykonawcę).
   Lata 80., po Grudniu, są opowiedziane w podobnym tonie, a za­czynają się od internowania Leszka i nieinternowania Jarosława, co - zdaje się - nadal pozostaje źródłem jego jakiegoś kompleksu. Stwierdza w książce, że esbecy proponowali mu internowanie, ale odmówił i napisał stosowne odmawiające oświadczenie (co wy­daje się kompletnie niewiarygodne). Niemniej bracia działali w podziemiu, mamy kronikę tej aktywności, przy czym Jarosław lubi podkreślać niejako zwierzchnią wobec niego pozycję Leszka, typu: Leszek polecił czy przekazał mi polecenie. Charakterystycz­ne, że Lech z kolei lubił powtarzać, że prawdziwym mózgiem po­litycznym jest Jarosław Ich skomplikowane relacje rodzinno-po- lityczne, gdyby miały miejsce w kraju o większym, globalnym znaczeniu, stałyby się bez wątpienia światowym fenomenem.

sobota, 23 lipca 2016

Powrót do PRL



Minister edukacji twierdzi, że nigdy nie chciała być jak Neron, który podpalił Rzym. Wzięła się jednak za burzenie. Zanim padną szkoły, powstać mogą rodzice, uczniowie i nauczyciele

Małgorzata Święchowicz

Mam dwie córki, w sierpniu urodzę syna. Prawdopodobnie każde z mo­ich dzieci będzie uczyć się w innym systemie - mówi Natalia Tur z Bia­łegostoku, socjolożka, autorka bło­ga „Nishka”. Starsza córka w tym roku skończyła gimnazjum. Młod­sza po wakacjach pójdzie do 5. klasy szkoły podstawowej, wszystko wskazuje na to, że do gimnazjum już nie trafi. A sy­nek to nawet nie pozna podstawówki, pójdzie programem szko­ły powszechnej.
   Gdy na blogu napisała, że jest przeciw­na tej reformie, obawia się, że to będzie dla władzy okazja, by do nowych podręcz­ników wrzucić nowe treści - nie naukowe, a światopoglądowe - zaraz odezwali się inni rodzice. Komentarze wrzucali ucznio­wie, nauczycielki. Większość przeciwna zmianom. Jedna z nauczycielek (rocznik ‘86, który przecierał gimnazjalny szlak) tłumaczyła, że kiedyś uważała tworzenie gimnazjów za poroniony pomysł, ale zmie­niła zdanie. Po pierwsze: tamta reforma była przygotowywana trzy lata, a ta teraz zaledwie 10 miesięcy. Po drugie: nad tym, żeby tamta się przyjęła, zadziałała, jak na­leży, pracuje się w szkołach od ponad 18 lat.
„I właśnie teraz, kiedy widzę, że to wszyst­ko ma ręce i nogi - napisała nauczycielka - idziemy za słowami Gomułki: Kiedyś staliśmy na skraju prze­paści, teraz uczyniliśmy ogromny krok naprzód“.

piątek, 22 lipca 2016

Bliskie okolice bolszewizmu z niezłymi widokami na faszyzm



Nie było ani nie będzie partii tak wyrastającej z narodu jak PiS. To krew z krwi tego ludu, nie tylko smoleńskiego, ale też tych, którzy mówią: nie wybrałem ich, ale skoro już są, niech będą przekonuje pisarz Eustachy Rylski

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Gdy rozmawialiśmy rok temu...
EUSTACHY RYLSKI:... powiedziałem, że jeśli wygra PiS, mogą nam zgotować kraj wredny i męczący.

Zgotowali?
- Są w trakcie. Ktoś kiedyś napisał, że cy­wilizacji nikt nie wykańcza, one popeł­niają samobójstwa. Mam wrażenie, że ta nasza 26-letnia cywilizacja, prawdę po­wiedziawszy, byle jaka, rozchwiana, nie­konsekwentna, niepilnująca państwa, łagodna raczej z konieczności niż z prze­konań, ta liberalno-demokratyczna cywi­lizacja lub - jak kto woli - cywilizacyjka, popełniła samobójstwo. A że życie nie znosi pustki, na jej miejsce przyszła kontrcywilizacja, która demoluje wszyst­ko, do czego jesteśmy przyzwyczajeni i co jest dla nas ważne. Zastanawiam się tylko, czy to jest szaleństwo, czy może jednak metoda?

Szaleństwo więc czy metoda?
- Jedno nie wyklucza całkowicie drugie­go, ale postawiłbym na metodę. Emocje mają być wulkaniczne, instynkty niskie, źródła pozatruwane, znaczenia odwróco­ne, wartości przeciągnięte przez szambo, historia im bliższa naszym czasom, tym bardziej wykrzywiona, odwet za winy rzeczywiste lub urojone - co za różnica - w nieustannym pogotowiu. Ma to nas zdeprymować, skonsternować, przestra­szyć, a jeżeli się da - sparaliżować.

Da się?
- Gra PiS jest ciemna - by posłużyć się słowami Andre Malraux skierowany­mi w latach 40. pod adresem francu­skich komunistów - i sięga dużo głębiej niż polityka.

Co znaczy dużo głębiej?
- Do samego dna. Aż od spodu zapuka do nas Białoruś na przykład, a my będzie­my mogli już tylko powiedzieć: chyba jesteśmy na miejscu.

Zwolennikom PiS podoba się ten kierunek, skoro poparcie dla władzy nie maleje?
- W odróżnieniu od powszechnego prze­konania, że PiS wygrało za sprawą prze­kupstwa politycznego - 500+, wyższej kwoty wolnej od podatku, obniżenia wie­ku emerytalnego czy powrotu do ceny franka z czasów, gdy powszechnie udzie­lano w nim kredytów - twierdzę, że Ka­czyński wygrałby te wybory, nawet gdyby niczego nie obiecał. Parę nut, kilka miło brzmiących refrenów, pomarcowe echa, slogany z politycznej przechowalni - elektorat kupiony. Ordynarne przekup­stwo polityczne pomaga, ale nie przesą­dza sprawy.

PiS nazywa to przywracaniem dumy narodowej.
- Źle rozumianej. Inna sprawa, że nie było w przeszłości ani nie będzie w przy­szłości partii tak wyrastającej z narodu jak PiS. Ona jest z samych jego trzewi. To krew z krwi, kość z kości tego ludu, nie tylko smoleńskiego, ale też tych, którzy mówią: nie wybrałem ich, ale skoro już są, niech będą. Tych, którzy przypomina- ją, że istnienie jest mgnieniem zaledwie i nie poświęcą go sprawom publicznym, bo na prywatne go mało. I tych, którzy pytają: o co ten cały krzyk? Jest grill, jest piwko, jest mecz w telewizji, żona jak pa­sowała lub nie pasowała, tak nie pasuje lub pasuje nadal, rodzice się chylą, dzie­ciaki rosną, pory roku się zmieniają, ży­cie upływa. Więc o co, do diabła, ten cały krzyk?

No właśnie, o co?
- O wszystko, wbrew pozorom. Posta­wie akceptującej rzeczywistość, dopó­ki ona nas lub naszej rodziny nie rani, trudno odmówić elementarnej racjonal­ności. Jest z nią tylko mały problem, jak z kamykiem w bucie: niby nic, ale doku­cza. To niebezpieczeństwo, może jeszcze odległe, więc iluzoryczne, a może już za rogiem? Kto to wie.

czwartek, 21 lipca 2016

PiS jak komuniści



Cele Kaczyńskiego nie są odległe od celów, jakie stawiali sobie komuniści w 1946 r. Jemu też chodzi o budowę własnych elit, ale wcześniej musi usunąć te stare - z administracji, szkolnictwa, sądownictwa - mówi historyk propagandy, dr hab. Piotr Osęka

Rozmawia Rafał Kalukin

NEWSWEEK: Oglądał pan relacje ze szczytu NATO w „Wiadomościach” TVP?
PIOTR OSĘKA: Przyznam, że wstrząs­nął mną materiał Klaudiusza Pobudzina o tym, jak Wałęsa i politycy Unii Demo­kratycznej bronili sowieckich interesów. Okazuje się, że Olszewski z Kaczyńskim i  Macierewiczem dzielnie stawili im czo­ła i do tego stopnia udało im się zapędzić w kozi róg Geremka, że musiał podpisać akcesję Polski do NATO. Upadek rządu Olszewskiego po nocy teczek miał być desperacką próbą zablokowania naszej drogi do Paktu Północnoatlantyckiego.

Na początku lat 90. ówczesne elity faktycznie nie spieszyły się do NATO. Bały się reakcji Moskwy.
- Nikt wtedy nie wiedział, w którą stro­nę będzie szła Rosja. Zresztą nie od nas zależało, czy Polska wejdzie do NATO. Chodziło o to, czy nas przyjmą; to był ogromny i wieloletni wysiłek polskiej dyplomacji. Nie rozumiem, po co ro­bić materiały kwestionujące oczywiste sprawy?

Po co? Aby stworzyć nową hierarchię zasłużonych!
- Zdaję sobie sprawę, że nie ma cze­goś takiego jak absolutnie obiektywny serwis informacyjny Przydają się jed­nak obiektywizujące formuły. Uderzy­ła mnie również ocena warszawskiego szczytu NATO w „Wiadomościach”. Po prostu powtórzono za przedstawiciela­mi władzy, że szczyt był historycznym sukcesem. Nie pojawiła się nawet próba analizy politycznej, choć ciemne chmury wiszą na horyzoncie. Jeśli Trump wygra wybory prezydenckie i spełni obietni­ce z kampanii, to NATO ulegnie daleko idącym i niekorzystnym dla Polski zmia­nom. O tym jednak „Wiadomości” już nie powiedziały. O sukcesie szczytu NATO mówiono tak, jak kiedyś o otwar­ciu Huty Katowice.

Dopiero co słyszeliśmy, że Polska jest bezbronna i zdana na łaskę Rosji. Teraz dowiadujemy się, że dzięki PiS nikt już nam nie zagrozi.
- No właśnie. Nowej władzy udało się za­blokować dążenia Rosji oraz Platformy Obywatelskiej, która zdradziecko nas wpychała w rosyjskie łapy. Choć przecież to politycy PO przygotowali ten szczyt, a PiS tylko przyszło na gotowe. Serwis agencyjny w publicznej telewizji wystę­puje w charakterze rządowej agencji PR.

W atmosferze propagandowo wykreo­wanego sukcesu wręcz niestosowne stało się wspominanie słów prezydenta Obamy o Trybunale Konstytucyjnym.
- „Osiągnęliśmy sukces, którego nie kwestionuje nikt. Nawet nasi wrogo­wie!” - ryczał Edward Gierek w 1976 r. na stadionie w Katowicach. Ten sam ton propagandy sukcesu. Zwłaszcza że zaraz po ogłoszeniu sukcesu szczytu dosta­jemy materiał o wojskowej grochówce i o tym, że w wojsku fajnie jest.

środa, 20 lipca 2016

Chamleci,Zielona wsypa,Kto spalił papieża,Złe słowa, złe czyny



Chamleci

Nasza władza robi być może coś gorszego niż nisz­czenie państwa prawa i rujnowanie wizerunku Polski. Metodycznie unicestwia pojęcia - dobrego smaku, stylu, kultury i prawdy.
   Robi to z rozmysłem, ale jednocześnie jakby podświadomie daje upust temu, co ludziom władzy w duszach gra. I ożywia oraz nobilituje przy okazji to, co gra w duszy dużej części elek­toratu. To, co w zakamarkach polskiej duszy dotychczas było wstydliwie skrywane, wypełzło. Nagle zadowolone, a nawet dumne z siebie, z podniesioną głową umiejscowioną na wytrenowanym karku, bezceremonialne i obcesowe.
   To był w swej zwykłości tydzień jednak niezwykły. Oto władca państwa funduje despekt prezydentowi, bo ten miał czelność podziękować poprzednikom za udział w doprowa­dzeniu do szczytu NATO. Z historii Polski zmierzającej do NATO znikają jej prawdziwi bohaterowie. Minister od edu­kacji nie jest w stanie odpowiedzieć na pytanie, kto dokonał pogromu w Kielcach i spalił Żydów w Jedwabnem. Posłanka PiS, już za chwilę członkini Rady Mediów Narodowych, nazy­wa swych oponentów durniami. Przyboczny władcy państwa pisze o kimś, kto miał czelność z nim polemizować, że „coś go oderwało od zmywaka”. Minister obrony, ustami swego rzecz­nika, potwierdza, że apel smoleński w rocznicę wybuchu Po­wstania Warszawskiego będzie, co tam protesty powstańców. Władca państwa informuje, że to jego brat był faktycznym li­derem Solidarności. Po tragicznym zamachu w Nicei mini­ster spraw wewnętrznych i wiceminister sprawiedliwości pomstują na europejskie elity i poprawność polityczną. I od razu wiadomo, co jest jej antytezą. Zwykłe chamstwo. Burak wygrywa z brukselką i jest z tego powodu niezmiernie rozra­dowany, waląc sierpem, młotem i cepem.
   Jeszcze parę chwil temu uznawano panią Pawłowicz i jej ekscesy za egzotyczne anomalie. Bzdura. To tylko egzemplum, błyskawicznie zresztą ginące w upodobniającym się do niej tle. Nie mamy tu do czynienia z rewizją prawdy i podwa­żaniem norm. Prawda jest unicestwiana, reguły likwidowane. Oto kult antyintelektualizmu, bezceremonialności i cham­skiej krzepy, oczywiście z ludem i w imię ludu.
   Kilka dni temu fala hejtu zalała Agatę Młynarską, która miała czelność zaprotestować, że choć „jesteśmy na wcza­sach”, już nie ten, co „szarpie bas”, narzuca rytm, lecz ten, co gra na nerwach współwczasowiczów, hałasując i chamstwo manifestując. Prawicowe brukowce, papierowe i interneto­we, pisały o tym, że wykazała „pogardę dla ludzi”, bo „jaśnie- pani gardzi Polakami”. Tu w obronie ludu wystąpili, jak ludzie obecnej władzy (nie dziwi to powinowactwo), ci, którzy ludu broniąc, mają go w realnej pogardzie. Jedni i drudzy czują, kto stanowi ich klientelę. Kiedyś obrywało się za naruszanie spo­koju innym, dziś obrywa się za piętnowanie naruszeń.

wtorek, 19 lipca 2016

Nie zasługujemy na rządy PiS



Śmieszy mnie robienie z Kaczyńskiego geniusza politycznego. Człowiek, który bez zahamowań używa mowy nienawiści, który szkodzi własnemu krajowi, nie jest na pewno tytanem moralnym ani intelektualnym mówi prof. Leszek Balcerowicz

Rozmawia Renata Kim, Marek Szczepański

NEWSWEEK: Chce się panu jeszcze tak gardłować w sprawie Polski?
PROF. LESZEK BALCEROWICZ: Ludzie dzielą się na różne gru­py - jedni czekają, aż inni zrobią za nich robotę, inni twierdzą, że nic się nie da zrobić; ja należę do trzeciej grupy i uważam, że dopóki nie ma całkowitej pewności, że ważnej sprawy nie da się obronić, dopóty trzeba o nią walczyć.

„Trzeba się bić z PiS o Polskę” - tak zatytułował pan swoją książkę.
- Tak. Atak PiS na państwo prawa i na rynkową gospodarkę oraz ich kłamliwa propaganda osłabiają Polskę i niszczą jej obraz. I robią to po okresie, w którym Polska osiągnęła największy w ostatnich 300 latach sukces, jeśli chodzi o doganianie Zacho­du. Dzielą Polskę wewnętrznie, akurat wtedy, gdy zwiększają się zewnętrzne zagrożenia. To tak, jakby realizować plan Putina; to potworny moralny skandal! Trzeba pokazywać szkodnictwo i za­kłamanie tej ekipy - brak skrupułów, niski poziom moralny, ideologiczną nędzę, nie­kompetencję. Im dłużej będą trwały rządy PiS, tym gorzej dla Polski.

Kaczyński z kolei pana nazywa „szkodnikiem”.
- Gdyby to zrobił Władysław Bartoszew­ski, Jan Nowak-Jeziorański, Zbigniew Brzeziński czy parę innych osób, to- bym się przejął. Zastanowiłbym się, czy nie mają racji. Ale dlaczego miałbym się przejmować opinią Kaczyńskiego? On mi się po prostu odwinął, bo to ja go tak nazwałem. Ale uzasadniłem, dlaczego uważam go za największego ustrojowe­go szkodnika po 1989 roku. Trochę mnie śmieszy robienie z niego demiurga, ge­niusza politycznego. Człowiek, który nie ma zahamowań w używaniu mowy niena­wiści, który ma anachroniczne poglądy na gospodarkę, który szkodzi własnemu krajowi, nie jest na pewno tytanem moralnym ani intelektualnym.

Za to doskonale wyczuwa, czego potrzebują Polacy. Obiecał im nie tylko poprawę bytu, ale także przywrócenie godności.
- No i kto w to wszystko uwierzy? Kto wierzy w te deklaracje o wolności i godności ze strony człowieka, który należy do naj­bardziej niepopularnych wśród wszystkich polityków? Przecież to, co on robi, jest szkodliwe, ale niesamowicie banalne: obiecu­je, oskarża i obraża oponentów. Przez swoją agresywną propa­gandę i obietnice zmobilizował pokłady frustracji, które istnieją w każdym społeczeństwie. Dla partyjnych celów odwołał się do różnych grup protestu: frankowiczów, przeciwników gimna­zjów i sześciolatków w szkołach, zwolenników przywrócenia niższego wieku emerytalnego itp. Tak długo, jak ma się środki na spełnianie obietnic, to sporą część ludzi można przekupy­wać. Ale my nie mamy nadwyżki w budżecie, tylko wysoki defi­cyt. Za to jest dużo posad do rozdania, co PiS wykorzystuje bez żadnych zahamowań, próbując jednocześnie odwracać prywa­tyzację, choć mamy najwięcej własności państwowej w krajach OECD. No, ale w firmach prywatnych nie można tak łatwo roz­dawać posad partyjnym działaczom.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Zbieracz



Łamigłówka: czy kiedy robisz interesy z żoną ministra, a twoją spółkę nadzoruje jego córka, to możesz kierować ważną kliniką, którą nadzoruje ten minister?

Wojciech Cieśla

Jarosław Pinkas, lekarz, wice­minister zdrowia, z korup­cją ma krzyż pański. Osiem lat temu sam jako podejrza­ny odsiedział kilka miesię­cy w areszcie (sąd pierwszej instancji go uniewinnił). Jego przyjaciela i wspólni­ka żony oskarżono publicznie o „prokorupcyjne zachowania” (oczyścił go sąd lekarski, oskarżenia o nieetyczne zacho­wanie potwierdził rzecznik odpowie­dzialności zawodowej).
   Gdy miesiąc temu przyjaciel został ważnym kierownikiem w klinice - na­zwijmy ją X, wśród warszawskich leka­rzy zaczęło się gotować: że etycznie coś tu szwankuje, że jak to, kolega ministra i wspólnik jego żony, że przecież tamte zarzuty? I jak to możliwe, żeby klinikę kolegi X osobiście nadzorował minister Pinkas?
   Chciałem się spotkać z Jarosławem Pinkasem, porozmawiać o jego znajo­mym, korupcji i emocjach środowiska. Wiceminister zdrowia nie miał czasu. Miał za to szczęście. W ubiegłym tygo­dniu sąd po raz kolejny miał sprawdzić, dlaczego w 2005 roku Pinkas wziął od firmy medycznej luksusowe pióro za prawie trzy tysiące złotych. Ale na sali rozpraw doszło do cudu: zreformowa­na przez PiS prokuratura uznała, że oskarżanie ministra z rządu PiS było pomyłką. Decyzję podjął młody proku­rator, awansowany w kwietniu przez Zbigniewa Ziobrę.

KŁOPOT DLA KOSTKA
Jarosław Pinkas powtarza, że podłe oskarżenia zniszczyły mu życie i karierę. Za rządów PiS w latach 2005-2007 był wiceministrem zdro­wia. W 2008 r. za korupcję zatrzymała go łódzka ABW. W tymczasowym areszcie spędził kilka miesięcy, wyszedł za kau­cją - 200 tys. zł. Wiosną ubiegłego roku ogłosił, że został uniewinniony. Drzwi do politycznej kariery stanęły otwo­rem i w listopadzie po raz drugi w życiu został wiceministrem w rządzie PiS.
   Ale prokuratura nie podzieliła opinii o niewinności Pinkasa. Miesiąc po tym, jak został ministrem, na jej wniosek Sąd Okręgowy w Warszawie skierował spra­wę do ponownego rozpoznania przez sąd pierwszej instancji.
   Mówi jeden z działaczy PiS z centra­li partii na Nowogrodzkiej w Warszawie: - Wokół tej sprawy był u nas jakiś kwas. Po jego deklaracji o niewinności nikt nie zwrócił uwagi, że chodziło o wyrok pierwszej instancji, że to nie jest osta­teczne. W grudniu kwestia cofnięcia jego sprawy o korupcję do sądu przeszła bez echa, bo rozgrywała się w czasie najwięk­szej awantury o Trybunał Konstytucyj­ny. Dopiero wiosną ktoś się zorientował w sytuacji: za chwilę urzędujący mi­nister z PiS będzie siedział na ławie oskarżonych. Mieliśmy zagwozdkę - bę­dzie się zwalniał z narad na Miodowej [siedziba Ministerstwa Zdrowia - przyp. red.], żeby chodzić na rozprawy? Do tego Kostek [Konstanty Radziwiłł, minister zdrowia - przyp. red.] jest na cenzuro­wanym u prezesa. Kłopot.
   Piątek, 15 lipca. Warszawski sąd. Pin­kas nie przychodzi na rozprawę. - Jarka nie będzie. Kostek reformę szykuje, ro­boty mają od cholery - wzdycha na kory­tarzu jeden z oskarżonych.
   Na sali sensacja. Prokurator wycofuje akt oskarżenia. Na twarzach obrońców zdziwienie - to niezwykle rzadko stoso­wana procedura, kompromitująca orga­ny ścigania, ale nieodwołalna. Zamyka sprawę. Nikt już nie będzie roztrząsał przypadków wiceministra.

niedziela, 17 lipca 2016

Zostanie zła pamięć


Mówią, że żyją w schizofrenii. Pracują przy tworzeniu telewizyjnych „Wiadomości”, ale starają się ich nie oglądać. Bo jak obejrzą, to widzą, jak wiele w nich manipulacji. Ale nie potrafią odejść, bo, jak szczerze mówią, gdzie znajdą taką robotę?

Małgorzata Święchowicz i Renata Kim

Księgowa z Wielkopolski, pseudonim Eli­zabeth Betty, ma na biurku dwa monitory. Jeden do pracy, drugi, żeby być na bieżąco z tym, co się dzieje w publicznej telewizji. Sama co prawda założyła na Facebooku gru­pę „Nie oglądam telewizji narodowej”, ale ostatnio doszła do wniosku, że nie oglądać to jednak za mało. - Nie można odpuścić. To, co oni wyczyniają, trzeba wychwytywać, udostępniać. Inaczej te manipulacje będą przechodzić bez echa. Mam w komputerze tak poustawiane aler­ty, że gdziekolwiek pojawi się informacja o publicznej telewizji, to zaraz wiem i staram się udostępnić innym - tłumaczy. Po tym, jak Barack Obama powiedział w Warszawie o Trybunale Konsty­tucyjnym, w napięciu czekała, co z tym zrobią „Wiadomości”. No i masz! Przycięli Obamę! Myślała, że nie wytrzyma.
   Magda Jethon, do niedawna szefowa radiowej Trójki, nie wy­trzymała. Napisała do Krzysztofa Ziemca list otwarty: „Krzysiu, nie mogę uwierzyć, że godzisz się firmować te świństwa”. Kiedyś razem pracowali w „Trójce”, teraz ona działa w Komitecie Obro­ny Demokracji, a on jest twarzą głównego wydania „Wiadomości”, które - dzień po tym, jak ocenzurowały amerykańskiego prezy­denta - zajęły się KOD-em. Podały, że dzięki uprzejmości war­szawskich władz dostał lokal w Pałacu Kultury i Nauki, wyjątkowo tanio, bo ma płacić tylko 200 zł czynszu. Kwota była wyssana z pal­ca, zresztą w informacji zgadzał się w zasadzie tylko adres lokalu.

sobota, 16 lipca 2016

Wielkie greckie wesele



Jarosław Kaczyński to pierwszy w Polsce prawdziwy, dojrzały populista. A populizm nieraz upada dopiero wtedy, gdy najpierw doprowadzi do ruiny gospodarkę i państwo, jak to się stało w Grecji czy Wenezueli

Populizm to - jak mawiał Walther Rathenau, zamor­dowany przez nacjonalistów najwybitniejszy polityk Re­publiki Weimarskiej - bunt polityki przeciw ekonomii. Jarosław     Ka­czyński stanął na czele takiego buntu, by zdobyć władzę i ją skonsolidować, choćby za cenę zmiany ustroju państwa.
   Kaczyński to pierwszy w polskiej hi­storii dojrzały, radykalny populista. Po­lityk w rodzaju Peróna w Argentynie czy Chaveza w Wenezueli, przy których Ty­miński i Lepper to populistyczne przed­szkole. Jego najnowsza deklaracja, że „musimy odrzucić nieszczęsne koncep­cje szkodnika Balcerowicza”, jest kolejną odsłoną politycznego paktu, jaki zawarł z elektoratem odrzucającym w całości polską transformację ustrojową.

POPULIZM PRZECIW TRANSFORMACJI
Kluczowy w Polsce po roku 1989 po­dział na zwolenników i przeciwni­ków transformacji był ważniejszy od podziału na postkomunistów i obóz post­solidarnościowy, katolików i antyklery­kałów, a nawet lewicę i prawicę. Spory historyczne i ideologiczne bardziej misty­fikowały walkę o wątłe zasoby odbudowu­jącej się z PRL-owskich ruin gospodarki, niż ją opisywały. Elity transformacji wy­wodziły się z obu historycznych obozów, a jej beneficjentami byli ludzie, którzy podjęli ryzyko działalności gospodarczej i odnieśli sukces, o jakim w latach 80. nie mogli nawet pomarzyć.
   Z kolei na obóz przeciwników transfor­macji składali się ci spośród postkomu­nistów, którzy czuli się zdradzeni przez uczestniczącą w transformacji elitę poli­tyczną PZPR, elitę gospodarczą późnego PRL i analogiczne „doły” obozu postsoli­darnościowego (polityczni radykałowie, część wielkoprzemysłowych robotników czy ludzie kulturowo zaszokowani libe­ralną zmianą). Także w tej części polskie­go społeczeństwa, która w konflikcie lat 80. nie brała udziału, jedni skorzystali z transformacji, podczas gdy inni przeży­wali przede wszystkim szok zmiany.
   Znaczący elektorat odrzucających transformację istniał w Polsce od począt­ku. Łatwo go było zmobilizować, na co dowodem stało się spektakularne zwy­cięstwo Stanisława Tymińskiego nad Ta­deuszem Mazowieckim w pierwszych wyborach prezydenckich 1990 r. Mazo­wiecki przegrał nie dlatego, że Tymiń­ski był bardziej charyzmatyczny czy miał alternatywny program rozwoju Polski. Słynna czarna teczka, którą Tymiński po­kazywał na wiecach, była tak samo pusta jak lustracyjne i dekomunizacyjne tecz­ki Macierewicza czy Cenckiewicza. Albo teczki, z których Mateusz Morawiecki wyciąga obietnice mocarstwowego roz­woju Polski: miliardy na wsparcie przed­siębiorstw i gałęzi przemysłu, obietnica zbudowania „polskiego Houston”, wypro­dukowania „miliona elektrycznych sa­mochodów”... Każda z tych obietnic zaprezentowana pojedynczo byłaby cie­kawa, obiecane jednocześnie są tylko po­pulistycznym bełkotem.
   Mazowiecki przegrał z Tymińskim, bo wziął na siebie polityczną odpowiedzial­ność za działania Balcerowicza i w ogóle za rozpoczęcie ustrojowej transformacji, której społeczne koszty ujawniły się szyb­ko, a zyski były odroczone. Tymczasem populizm - wówczas Tymińskiego, dziś Kaczyńskiego - opiera się na odwrotnej zasadzie. Zyski z populistycznego roz­dawnictwa i zatrzymania reform są na­tychmiastowe - konkretne pieniądze do ludzkich kieszeni (nawet jeśli jedynie przełożone z innej kieszeni, bez rzeczy­wistego impulsu rozwojowego), zaspo­kojenie nostalgii za dawnymi dobrymi czasami, złagodzenie lęku przed zmianą. Koszty populizmu zaś - zatrzymanie go­spodarczego rozwoju, zmarnotrawienie bogactwa, zniszczenie polityki i państwa - zawsze są odroczone. Tymiński w 1990 roku zebrał „odrzucone kamienie” pol­skiej transformacji. Lepper też próbował ten elektorat przechwycić. Jednak Ka­czyński uczynił z niego narzędzie total­ne, służące mu do zdobycia i konsolidacji władzy.
   Jak zwykle u Kaczyńskiego jest w tym wiele cynizmu i pragmatyzm doraźnej walki o władzę. Na samym początku swo­jej politycznej drogi, kiedy był przy Wa­łęsie, a także gdy tworzył Porozumienie Centrum, Kaczyński wcale nie chciał być wyłącznie reprezentantem „odrzuconych kamieni” polskiej transformacji. Po wy­granej Wałęsy w wyborach prezydenckich nie domagał się obalenia „szkodnika Bal­cerowicza”. Chciał tylko uzupełnienia obsady resortów gospodarczych swoimi partyjnymi ludźmi (np. Adamem Glapińskim). Próbował przebić się do klasy średniej, do protransformacyjnych elit obu stron postkomunistycznego podzia­łu (wciąż próbuje), ale bez skutku. Jego zdobycze po stronie postkomunistycz­nej (sędzia Kryże, prokurator Piotrowicz) raczej go kompromitują. Są analogiczne do sukcesów Leppera, który także pozy­skał miłość byłych milicjantów, esbeków, dawnych powiatowych działaczy apa­ratu partyjnego, którzy nie załapali się na transformację, więc uważali Millera, Kwaśniewskiego, Krauzego, Kulczyka za złodziei i zdrajców.

piątek, 15 lipca 2016

Kabaret Mru-Mru,Śmielej!,Nos wywraca,Kontrrewolucja i Szczyt i wstyd



Kabaret Mru-Mru

Przed meczem Francja-Niemcy, żeby podwyż­szyć sobie poziom adrena­liny wyjątkowo obejrzałem „Wiadomości” TVP i nie ża­łuję, bo dostałem lekcję kiwania i faulowania.
Jak wiadomo, przed szczytem NATO w Warszawie naj­ważniejsza decyzja była już znana: wzmocnienie wschod­niej flanki staje się faktem. Ale była jeszcze jedna sprawa, trochę niewygodna dla gospodarzy - PP. Dudy, Szydło, Macierewicza - oraz ich szefa wszystkich szefów. Miano­wicie demokracja i praworządność w Polsce, a konkretnie dobijanie Trybunału Konstytucyjnego.
   Obrońcy Trybunału (w uproszczeniu - dzisiejsza opo­zycja) mieli nadzieję, że prezydent Obama się nie prze­straszy i poruszy tę sprawę w rozmowie z niezłomnym (jak sam o sobie mówi) prezydentem Dudą. Wszak strona amerykańska, począwszy od listu trzech („niedoinfor­mowanych”) senatorów, w tym bohatera prawicy Johna McCaina, poprzez („niefortunne”) wypowiedzi sekretarza stanu Johna Kerry’ego, wystąpienia („wiecowego”) Bil- la Clintona, nie mówiąc już o mediach amerykańskich - wielokrotnie wyrażała zaniepokojenie tym, co dzieje się w Polsce. W przeddzień wyjazdu prezydenta do Polski „New York Times”, a wcześniej „Washington Post”, w ko­mentarzach redakcyjnych wyrażały nadzieję, że Obama przypomni Dudzie o wartościach, których broni NATO.
   Dla odmiany strona rządowa w Polsce, dyplomacja pod wytrawnym kierownictwem ministra Waszczykowskiego, politycy PiS i media narodowe (primo voto „niepokorne”) na wszelkie sposoby usiłowały zniechęcić Jankesów do te­matu. Zwłaszcza że konflikt wokół Trybunału, „sztucznie podsycany przez bankrutów politycznych, odstawio­nych od koryta”, został właśnie triumfalnie rozwiązany (wraz z Trybunałem - dodajmy). W trakcie bohaterskich całonocnych zmagań z samym sobą udało się w Sej­mie - poprzez odrzucenie wszystkich poprawek opozy­cji - wypracować kompromis PiS-u z PiS-em. Opozycja w Sejmie, ledwo zdołała otworzyć usta, zaraz była ucisza­na, bo „znamy pański punkt widzenia” (lejdi Pawłowicz).

Czymże jest jeden przebrzmiały konflikt o jakiś Trybunał w porównaniu z doniosłą tematyką szczytu? - mogła twierdzić strona polska. Wszak jesteśmy krajem suweren­nym. Mamy to na piśmie, w formie specuchwały parla­mentu. Wreszcie, dawaliśmy Amerykanom odczuć, że nie wypada, żeby supermocarstwo, korzystając z naszej go­ścinności w Warszawie, ingerowało w sprawy wewnętrzne demokratycznego państwa polskiego, które - jak to słusznie przypomniał historyk Macierewicz - cieszyło się demokra­cją dużo wcześniej niż Amerykanie, którzy zaczęli budować swoje państwo w XVIII w. Można powiedzieć, że Ameryka­nie żyli w hordach, kiedy Polska miała już Sejm.
   Nic więc dziwnego, że wieczorem 7 lipca zasiadłem przed telewizorem nie tylko z powodu meczu Francja-Niemcy, ale i z powodu rozgrywki obu prezydentów o Polskę, a kon­kretnie o to, czy Obama wspomni o Trybunale w rozmowie z Dudą. Najpierw, z ulgą, dowiedziałem się (oczywiście z „Faktów” TVN), że Trybunał górą. Dyrektor do spraw Europy w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA Charles Kupchan powiedział, że spotkanie Obama-Duda ma dotyczyć stosunków dwustron­nych z Polską, „włącznie z naszą troską w sprawie toczącego się w Polsce sporu na temat Trybunału Konstytucyjnego”. Była to najważniejsza wia­domość „Faktów”.

czwartek, 14 lipca 2016

Wszystkie winy Tuska



JERZY BACZYŃSKI: - Ostatni raz spotkaliśmy się na pogrzebie Janki Paradowskiej i to jest nasz pierwszy wywiad od ponad ćwierć wieku bez niej, bo zwykle rozmawialiśmy we troje. Wspominał pan na pogrzebie o swoim szczególnym sentymen­cie do Janki, i chyba z wzajemnością, choć i dla pana, i pańskiej formacji bywała nieprzyjemna. Skąd ta szczególna relacja?
DONALD TUSK: - Nieczęsto spotyka się ludzi, którzy lubią i ro­zumieją politykę, jej mechanizmy i wnętrzności, a równocześnie w najmniejszym stopniu nie stają się cyniczni.
Zastanawiałem się, jakie pytanie by Janka zadała na początek dzisiejszej rozmowy. A ponieważ potrafiła być i bywała dość obcesowa, pomyślałem, że pewnie od razu zaatakowała­by tematem dnia: właśnie Sejm powołuje komisję śledczą w sprawie Amber Gold i, jak wszyscy mówią, jest to komisja „na Tuska". Bo cokolwiek teraz Donald Tusk zrobi, gdy zostanie wezwany na przesłuchanie, stawi się czy nie, będzie propagan­dowa jazda. No więc, stawi się czy nie?
Jako obywatel Rzeczpospolitej mam swoje prawa i obowiązki. Z pierwszych będę korzystał, z drugich się wywiązywał. Nie ma wątpliwości, że ta komisja jest wycelowana we mnie, jej inicjato­rzy nawet tego nie ukrywają. Ale niezależnie od ich intencji wynik tej konfrontacji nie będzie dla nich pozytywny. Zawsze dobrze się czułem w otwartych debatach, kiedy można było stanąć twarzą w twarz z oponentem. Niech się boją ci, którzy wzywają, bo jestem pewny swych racji.
Ale to znaczy, że pan się stawi?
Tak.
Widać jednak, że komisja ws. Amber Gold jest dla pana rodzajem ostrzeżenia, żeby pan lepiej nie wracał na stałe do Polski, bo prokurator Ziobro zadręczy pana śledztwami. Więc pytam: zamierza pan w ogóle wrócić do polskiej polityki?
Często słyszę od ludzi, żebym wracał, bo się źle dzieje. Wielu Polakom nie podoba się, że trzeba będzie żyć z rządem PiS jesz­cze ponad 3 lata. Ale mój wcześniejszy powrót nie zmieni tego oczywistego faktu, jakim jest wynik wyborów sprzed 9 miesięcy Demokracja to nie tylko prawo wyboru władzy ale też konieczność respektowania konsekwencji swojego wyboru. Nawet cudotwór­ca nie zmieni nagle, z dnia na dzień, politycznej rzeczywistości, która wyłoniła się po wygranej PiS. A ja w dodatku nie jestem cu­dotwórcą. Fakt, bardzo trudno pogodzić się z wieloma rzeczami, które się dzisiaj w Polsce dzieją, ale nie należy poszukiwać prostej recepty. Miło się słucha opowieści o „powrocie na białym koniu”, ale to iluzja. Tu trzeba kilku lat bardzo ciężkiej pracy wielu ludzi. Żeby odsunąć tę ekipę od władzy, opozycja musi wygrać po prostu przyszłe wybory a nie szukać łatwych dróg na skróty.
I to jest zadanie raczej dla tych, którzy są tutaj, a już nie dla Tuska?
Tak uważam. Gdyby rzeczywiście miało tak być, że mój powrót jest jedynym sposobem na odwrócenie trendu - a zbyt trzeźwo oceniam też własne możliwości, żebym w to wierzył - to by zna­czyło, że PiS i Jarosław Kaczyński nie mają dzisiaj w ogóle w Pol­sce konkurencji. A moim zdaniem tak nie jest. Ta konkurencja to przede wszystkim opinia publiczna i spontaniczne ruchy oby­watelskie. To gotowość trwania przy swoich wartościach, którą ma­nifestuje się na różne sposoby. A to, że opozycja dzisiaj jest trochę rozbita i bez pomysłu? Cóż, ja widziałem już wiele razy takie sytu­acje po przegranej, po utracie władzy. Ludzie dość długo się zbierają i wymaga to często dekompozycji i ułożenia się na nowo. Czas plus praca - to są tak naprawdę dwa warunki niezbędne do wygranej.
Wzywa pan zatem do cierpliwości?
Panika czy histeria to najgorsi doradcy. I powiem szczerze, jeśli opozycja w Polsce „ogarnie się”, to wtedy pytanie o mój powrót do krajowej polityki stanie się drugorzędne.

środa, 13 lipca 2016

Pan Zaradkiewicz



Do kwietnia o Kamilu Zaradkiewiczu, pracowniku Trybunału Konstytucyjnego od 15 lat, słyszało niewielu. Nagle i dość niespodziewanie stał się gwiazdą prorządowych mediów, okrzyknięto go męczennikiem. Dlaczego?

Kamil Zaradkiewicz, 44-letni dyrektor Zespołu Orzecz­nictwa i Studiów TK, udziela 19 kwietnia wywiadu „Rzeczpospolitej”, a potem jeszcze „Wiadomościom” TVP. Można ją streścić mniej więcej tak: wyroki TK nie zawsze są ostateczne. Taką tezę lansuje też PiS w toczo­nym od miesięcy sporze o Trybunał. Pasuje rządowi do opowie­ści, że premier ma prawo nie publikować wyroku. A Zaradkiewicz brnie dalej, twierdząc, że prof. Rzepliński „doprowadza Trybunał do ruiny”. Dzień po wywiadzie kierownictwo Trybunału poprosiło go o ustąpienie z dyrektorskich funkcji i zakazało medialnych wy­powiedzi w sprawach dotyczących TK Stracili do niego zaufanie.

   Uczeń zmienia front
   Do Trybunału sprowadził Zaradkiewicza prof. Marek Safjan w 2000 r. Na czwartym roku student prawa na UW przyszedł do profesora na seminarium, potem pisał doktorat pod jego kierownictwem. Za habilitację na temat instytucjonalizacji wolności majątkowej otrzymał nagrody i wyróżnienia.-Zapro­siłem go do współpracy w Trybunale, był moim asystentem i bar­dzo dobrze wspominam tę współpracę. Darzyłem go wielkim za­ufaniem. Często rozmawialiśmy o koncepcjach konstytucyjnych i zgadzaliśmy się ze sobą w tym względzie - mówi prof. Marek Safjan, prezes Trybunału w latach 1998-2006, obecnie sędzia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Co się zatem stało z pana uczniem? - Nie znajduję żadnej odpowiedzi. To, jak dziś działa, co mówi, to jest dla mnie pod każdym względem niezrozumiałe, to zaprzeczenie tego, co robił i mówił do tej pory. To dla mnie bardzo bolesne, bo byłem przekonany, że jako na­uczyciel przekazałem mu wartości, ale dziś widzę, że wszystko nas dzieli- odpowiada prof. Safjan. Od ponad sześciu miesięcy nie ma kontaktu z Zaradkiewiczem. Dostał od swojego ucznia tylko esemes, który zabrzmiał jak pouczenie: „Jestem rozcza­rowany i zdumiony Pana postawą...”.
   Dyrektorem w Trybunale uczynił Zaradkiewicza w 2006 r. Jerzy Stępień (prezes TK latach 2006-08). Ze stanowiska odchodził wte­dy wieloletni dyrektor i choć Zaradkiewicz niczym szczególnie się w biurze nie wyróżniał, to awansował. - Wykonywał swoje obo­wiązki na normalnym poziomie. Był uczniem prof. Safjana, więc zaufałem jego wiedzy. Żałuję, bo dziś wykazuje się wyjątkową nielojalnością w stosunku do instytucji i ludzi w niej pracujących. To bardzo bolesne, bo chodzi też o to, że kiedy był w szczególnie trudnej osobistej sytuacji, to Trybunał okazał mu wiele zrozumie­nia i wsparcia - podkreśla Stępień.

wtorek, 12 lipca 2016

Zaślepieni i pyszni



Kaczyński jest potrzebny tym, którzy go wspierają, ale ta masa jest też potrzebna Kaczyńskiemu. Bez niej nic nie znaczy. Kiedyś jego „lud Boży” zacznie zazdrościć działaczom PiS i dostrzegać ich grzechy. I wtedy PiS się skończy – mówi prof. Zbigniew Mikołejko.

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Czy dzieci się pana boją? Brzydzą się może?
PROF. ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: Wręcz przeciwnie, lezą do mnie jak pszczoły do miodu. Uwielbiam je zresztą i na ogół dobrze się z nimi dogaduję, choć nie na­daję się na miss turnusu, a i wiek też wia­domy. Może sobie schlebiam, ale dzieci interesują się mną, bo są ciekawe świa­ta we wszystkich jego aspektach, także w tym, co dotyczy starości i umierania. Posłowie PiS uważają, że choroba, sta­rość i śmierć to sprawy nieodpowied­nie dla dziecięcych umysłów. Proponują, by domy opieki dla osób starszych nie sąsiadowały z obiektami dla dzieci.
- To absurd. Dzisiejszy świat jest mocno owładnięty quasi-religią wiecznego ży­cia i wiecznej młodości. Ma swoiste ry­tuały -jak odsysanie tkanki tłuszczowej, ma własne świątynie w postaci klubów fitness i raje w postaci wakacji na Karai­bach. Niechętnie patrzy na starzenie się, chorowanie, umieranie. Ciężko chorych zamyka się w szpitalach i hospicjach, ukrywa za białymi parawanami, dzieci nie prowadzi się na pogrzeb dziadków. Nawet w kinie trudno zobaczyć miłość dwojga starszych ludzi, z jej gorzką, przerażającą ironią, ze śmiercią w tle, jaku Roberta Altmana w „Trzech kobietach”. A PiS ma do tej religii wiecznej młodości podejście cyniczno-praktyezne.
Co to znaczy?
- Wykorzystuje nastroje ludzi rze­czywiście skrzywdzonych, ale także złe emocje zdrowych, młodych kobiet i mężczyzn, rozpychających się łokcia­mi, nieliczących się z nikim i z niczym, depczących słabych. PiS odwołuje się więc także do kogoś, kto przypomina ty­tułowego „rwacza” z powieści Ilii Eren­burga i Edka z „Tanga” Mrożka - chama krzepkiego i bezwzględnego. „Rwacz” korzysta z rewolucyjnego chaosu i bie­rze co się da: kobiety, dobra materialne i awans społeczny. A Edek bierze wszyst­ko z powodu bezwolności, przyzwolenia i lęków mieszczańskiego, inteligenckie­go świata. Polski Edek - rosły facet, trzydziestoparoletni, miłośnik szybkich samochodów, brzuchaty, w bejsbolówce - to jeden z głównych klientów PiS.
Nastały czasy Edka?
- Nastały. Edek nic nie potrafi, jest głu­pi, ale głupota, jak już zauważył Erazm z Rotterdamu, jest skuteczniejsza od działań ludzi myślących. Bo człowiek re­fleksyjny, w miarę rozumny zastanawia się, ma wątpliwości. Edek wątpliwości nie ma, działa w stadzie. Człowiek myślą­cy może, owszem, wyrazić solidarność z innymi, ale dba o swoją indywidual­ność. A w Edkach nie ma nic indywidu­alnego - produkowani są standardowo z tymi swoimi bejsbolówkami i gaciami do kolan, z quadami, z piwskiem w łapie i z marzeniem o luksusowych autach. I to właśnie dla Edka i jego pyskatych part­nerek rząd PiS chce zlikwidować klasy integracyjne w polskich szkołach.
W czym im przeszkadzają dzieci niepełnosprawne?
- No, przecież nie są krzepkie, sprawne i piękne. Zdaniem Edka oczywiście, bo to jest estetyka wyniesiona z filmów ka­tegorii C o przemocy i seksie, z tandet­nych obrazów ludzkiego samca i ludzkiej samicy.
A nie chodzi raczej o to, że konserwa­tywni politycy uważają, iż o brzydkich i trudnych rzeczach się nie mówi? Więc i te niepełnosprawne dzieci lepiej schować?
- Systemy totalitarne manifestują swo­ją sprawność, siłę, zdrowie. Mają skłon­ność do marginalizowania ludzi starych, chorych i kalek. A jednocześnie potrafią tych ludzi używać do własnych celów.
Celowo użył pan określenia „totalitarny”?
- Nie użyłem go w stosunku do Kaczyń­skiego, tylko aby pokazać, że jego partia czyni użytek z rozmaitego dziedzictwa - także reżimów autorytarnych i tota­litarnych XX wieku. Kult masy, wodzo­stwo ożenione z ornamentami państwa liberalnego, zamykanie ust opozycji, kontrola nad mediami, przyzwolenie dla różnych formacji, co prawda mar­ginalnych jeszcze, ale głośnych, kse­nofobicznych, rasistowskich. Do tego przyzwolenie dla mowy nienawiści i po­pulizm różnego chowu. Niektórzy mó­wią, że Kaczyński to system autorytarny w stylu lat 30., ale to nieprawda. Tam, gdzie trzeba, korzysta z zasobów lat 30., ale gdzie trzeba - także z języka i środ­ków liberalnych. To bardzo skuteczne w zdobywaniu poparcia mas. Partie li­beralne i ludowe z takich środków nie korzystają.
Co je powstrzymuje?
- Przyzwoitość, większa odpowiedzial­ność, większe poszanowanie prawa i zasad demokratycznych, troska o tożsa­mość... Jak się przyjrzeć ludziom PiS, to widać, że są oni od Sasa do Lasa. Od więź­niów systemu komunistycznego i zasłu­żonych, wręcz heroicznych dysydentów, po komunistyczne hieny w osobach peerelowskich prokuratorów i sędziów. I nie ma znaczenia, skąd przychodzisz, byłeś nas wzmocnił. To jest wielka siła PiS, że mimo antykomunistycznych de­klaracji nie patrzy w rodowody.
A dlaczego akurat teraz Edek tak się ośmielił?
- Z prostej przyczyny: rządy PiS to nie są rządy prawa i sprawiedliwości, tylko w najlepszym przypadku rządy na gra­nicy prawa. To okazja, by ludzie niekom­petentni, bez właściwości i kręgosłupów moralnych, kierujący się moralnością Kalego, mogli awansować tylko dlatego, że są „nasi”. Niezależnie, co byśmy po­wiedzieli o poprzednich rządach, to za ich czasów obowiązywała jednak zasada kompetencji, panowała praworządność. Teraz mamy do czynienia ze stanem wyjątkowym - używając kategorii Car­la Schmidta. Bo skoro nie działa Trybu­nał Konstytucyjny, to nie można orzec o zgodności lub niezgodności przepisów z konstytucją. Poruszamy się, jeśli nie w czarnej strefie norm, to przynajmniej w szarej.
Długo to potrwa?
- Nie wiem. Działania PiS już bu­dzą ogromny opór moralny, zwłaszcza tych, którzy nie chcą zatracenia dorob­ku ostatnich 27 lat. Dramat polega na tym, że w czasie transformacji wiele grup zostało odtrąconych. Ale wcale nie ci, którzy najgłośniej teraz wrzeszczą. Odtrąceni i w pewnym sensie skrzyw­dzeni zostali ludzie o niskim statusie, niskim wykształceniu, starzy. Ale są tacy, którzy faktycznie zostali skrzyw­dzeni, i tacy, którym tak się tylko zdaje, więc są zagniewani. Socjologowie do­piero teraz zaczynają dostrzegać to, że istnieje coś takiego jak „interes emocjo­nalny” w działaniach mas. A powinni byli wcześniej.
I tylko Jarosław Kaczyński tak dobrze zdiagnozował nastroje?
- Przyczyna nie leży w Kaczyń­skim, tylko w samozadowoleniu tych, którzy stworzyli nowy liberalno-demokratyczny system. W demon­strowaniu przez nich pewnego rodza­ju wzgardy dla odrzuconych. Kaczyński to świetnie wykorzystał. Kiedy Donald Tusk spostponował kiboli, to on natych­miast ich dowartościował. Tych, których liberalny system odrzucał, Kaczyński brał natychmiast pod swoje skrzydła. A system odrzucał zarówno tych nie- radzących sobie, skrzywdzonych przez zmianę, jak i tych, którzy kierowali się w swoich działaniach ksenofobią, rasi­zmem i nacjonalizmem.
Uderzyłby się pan w pierś i powiedział: „Ja też jestem z tych liberalnych elit, które nie rozumiały, gdzie bije tętno narodu?”.
- Nie, nie uderzyłbym się.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Oni zlikwidowali rzeczywistość



Jeśli założyć, że Kaczyński nie zwariował, to trzeba powiedzieć, że jest po prostu cyniczny - historyk Jan Tomasz Gross o tym, jak PiS mobilizuje nienawiść i buduje dumę narodową na kłamstwie

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

NEWSWEEK: Czy sprawę Jedwabnego trzeba zbadać na nowo, jak sugerują prawicowe media?
JAN TOMASZ GROSS: Bzdura. To, co piszą prawicowi publi­cyści, nie różni się od tego, co pisali 15 lat temu, gdy opubliko­wałem książkę „Sąsiedzi” rozpoczynającą debatę na ten temat.
Dziś mamy obszerną literaturę historyczną dotyczącą wydarzeń z 10 lipca 1941 r. Jedwabne jest świetnie zbadane.
Domagają się ekshumacji ofiar.
- Ekshumacja to jedyna rzecz, która nie została przez IPN po­rządnie zrobiona. Od razu w 2001 r., kiedy była mowa o przerwa­niu ekshumacji, domagałem się, aby przeprowadzono ją do końca.
Niestety, ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński zde­cydował inaczej. Dokończenie ekshumacji dzisiaj, oprócz ustalenia dokładnej liczby zamordowanych w stodole, niewiele wniosło­by do nagromadzonej wiedzy o tej zbrodni. I w dodatku należało­by do pracy zaangażować ekspertów zagranicznych, aby minister Macierewicz, skąpany w glorii komplementów płynących z „naj­wyższych ust w państwie”, nie pokusił się, aby „mgłę smoleńską” przelicytować jakąś „bombą jedwabieńską”. Bo cóż miałoby go po­wstrzymać od wyasygnowania ze swego arsenału niewypału, który kopacze Zbigniewa Ziobry wydobyliby, triumfalnie oznajmiając, że stodoła, do której sąsiedzi zagnali mieszkańców II Rzeczypo­spolitej, została zbombardowana np. przez Luftwaffe?
Dlaczego kwestia Jedwabnego powraca właśnie teraz?
- Tzw. dobra zmiana chce napisać nową, dobrą historię. Ci, któ­rzy kontrolują teraźniejszość i mają plan, żeby kontrolować przyszłość, zdają sobie sprawę, że muszą także kontrolować prze­szłość. To zachowanie typowe dla głęboko niedemokratycznych reżimów. Przerabialiśmy już tę lekcję w epoce PRL.
Jak będzie wyglądać to pisanie historii na nowo?
- Doświadczyliśmy tego niedawno na włas­nej skórze. Mieliśmy Katyń, za który byli odpowiedzialni Niemcy, faszystów z AK, którzy byli nazywani zaplutymi karłami re­akcji itd. Kaczyński chodził wtedy do szkoły i ma tego typu praktyki świetnie opanowa­ne. Może uznał, że podobny zabieg można wykonać dziś, gdy dostał wreszcie pełnię władzy. Armia prawicowych zagończyków, wzywających do zbadania historii Jedwab­nego, zaczęła już pisać nową historię Soli­darności i polskiej transformacji. Za chwilę będą uczyć w szkołach, że Lech, ale Kaczyń­ski, a nie Wałęsa, był najważniejszą postacią Solidarności. Że Michnik, Kuroń czy Balce­rowicz to najwięksi szkodnicy transformacji. Ciekawe, jaką rolę przypisze sobie Jarosław Kaczyński i gdzie wybrał miejsce na swój pochówek i upamiętniające go pomniki?
Niektórzy mówią o nim Naczelnik.
- Jedyne, co Kaczyński ma wspólnego z Piłsudskim, to wzrost. Raczej jest spadkobiercą tradycji endeckiej. To zadziwiające, jak destrukcyjna dla interesów państwowych była zawsze w Polsce endecja. To, co się dzisiaj dzieje, jest kontynuacją procesu zapo­czątkowanego zabójstwem prezydenta Narutowicza. Ten sam brak odpowiedzialności za państwo.
I ten sam poziom antysemityzmu?
- Pyta pani, czy Kaczyński jest antysemitą? Otwarcie nie, ale jego huranacjonalizm przejawiający się choćby w sposobie mówienia o uchodźcach, to odwołanie do nazistowskiego języka antysemi­tyzmu. Pasożyty i pierwotniaki prezesa PiS brzmią przecież jak „Żydzi, wszy, tyfus plamisty”. W Polsce takie słowa mają nie tylko obrzydliwy, ale też morderczy w swych implikacjach wydźwięk. Eksploatują antysemityzm, by zmobilizować nienawiść.
A gdy prezydent Duda mówi, że „nie ma usprawiedliwienia dla antysemickiej zbrodni” podczas obchodów upamiętniających ofiary pogromu kieleckiego, to brzmi wiarygodnie?
- Opowieść o Polsce jako kraju, w którym byli tylko Sprawiedliwi wśród Narodów Świata, jest zawoalowanym kłamstwem. Podobnie jak robienie patriotycznej szopki podczas otwarcia muzeum rodzi­ny Ulmów. Takie działania służą wyłącznie zakrzyczeniu prawdy, tego, że nie zawsze i nie wszyscy byliśmy heroiczni i bohaterscy jak Ulmowie. Wręcz przeciwnie, w przeważającej większości byli­śmy - w najlepszym wypadku - bierni. Oczywiście miło jest sły­szeć deklaracje takie jak ta prezydenta Dudy, tyle że w zestawieniu z tolerancją władzy dla ONR-owskiego sztafażu, dla narodowo-na­cjonalistycznego języka, pogardy dla wszelkiego rodzaju przeciw­ników, nazywania inaczej myślących „ludźmi gorszego sortu”, filosemicki fałsz tej władzy ujawnia się w pełnej krasie.
Czy PiS posługuje się kłamstwem?
- To nie są kłamstwa, to jest używanie języka w całkowitym ode­rwaniu od empirii. Słowa w PiS-owskim języku nie mają żad­nego związku z rzeczywistością. Jakiś pętak, z twarzą jak pupa niemowlęcia (w ten sposób o śp. generale Jaruzelskim mawiała znana z ostrego języka śp. Alicja Sternowa), powiada o sędziach Trybunału Konstytucyjnego, że to gru­pa kolesiów. No i co mu zrobić? Wzrusza­my ramionami i mruczymy pod nosem - gnojek. Ale wypuścić kilkudziesięciu ta­kich mężów (i żony?) stanu do prasy, parla­mentu, telewizji, w inne miejsca publiczne - i państwo leży rozłożone na łopatki. Bo istotą wolności i demokracji są debata, ścieranie się opinii i stanowisk. Gdy nie można argumentów zestawić z faktami, a więc rozstrzygać sporów w sposób rze­czowy i merytoryczny, demokracja bie­rze w łeb. Oni zlikwidowali rzeczywistość. I w ten oto sposób PiS-owscy działacze mają polemistów w głębokim poważaniu.

niedziela, 10 lipca 2016

Oni oszukali naród



Jaki jest Kaczyński? Taki, jak widać - mały, złośliwy, zakompleksiony, a przy tym bardzo inteligentny i sprytny. Ale do kości niedobry człowiek - mówi Lech WAŁĘSA

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Syn Jarosław martwi się o pana. Uważa, że za bardzo przeżywa pan to, co się dzieje w Polsce.
LECH WAŁĘSA: Dobrze, jak się synowie martwią. Ale nie ma o co. Mam 73 lata, jestem już spakowany, gotowy pójść tam, do góry.
Na razie wyrusza pan w Polskę.
- Tak, chcę z Polakami rozmawiać o tym, co trzeba zrobić, żeby znów doprowa­dzić do zwycięstwa. Raz mi się udało zorganizować społeczeństwo i jestem przekonany, że uda mi się jeszcze raz.
Chce pan stanąć na czele opozycji?
- Ja już nie chcę być wodzem, jestem sta­ry i zmęczony. Natomiast oglądam się na Frasyniuka. Gdyby on wziął to na siebie, na pewno bym mu pomógł. Poza tym nie­specjalnie przeżywam to wszystko, co się teraz dzieje. Jestem człowiekiem przewi­dującym, dlatego nic mnie nie zaskoczyło.
Nic?
- Nic. Ani w Polsce, ani w Wielkiej Bryta­nii. Wiele razy ostrzegałem, że trzeba być gotowym na rozpad Unii, a wiodące kra­je, takie jak Francja, Niemcy i Włochy, po­winny przygotować rozwiązanie na taką sytuację. Okazało się, że miałem rację.
A przewidział pan, że PiS dojdzie do władzy?
- Tak, bo widziałem, że PO nie ma no­wych pomysłów na rządzenie, a na doda­tek co jakiś czas wybuchają różne afery. Do tego PO nie słuchała starego Wałęsy, który mówił im: codziennie kilku mini­strów powinno być do dyspozycji społe­czeństwa. Niech pytają ludzi: „Co wam się nie podoba w naszym rządzeniu? Co zro­biliśmy źle?”. Chodziło o to, żeby zabrać argumenty PiS, które nieustannie oskar­żało PO o wszystko, kłamało, oszukiwało Polaków co do stanu państwa. A Platfor­ma nie miała na to żadnej odpowiedzi. Mówiłem im, że tak się nie da rządzić.
A oni?
- Niby przyjmowali to, co mówię, ale i tak robili po swojemu. Patrzyli tylko na słupki poparcia w sondażach, w których dobrze wyglądali. Problem w tym, że mię­dzy słupkami a głosowaniem w wyborach jest różnica. No i skończyło się przegraną w wyborach parlamentarnych. Platforma popsuła naszą wspólną sprawę i dlatego mamy teraz nieprzyjemności.
Nieprzyjemności?
- Rząd PiS kompromituje Polskę za grani­cą. Jest na najlepszej drodze, by doprowa­dzić kraj do ruiny. Zaatakowali Trybunał Konstytucyjny, naruszając trójpodział władzy. Przejęli media publiczne, wzię­li się do prokuratury i sądów. Tego też się spodziewałem: że będą próbowali podpo­rządkować sobie wszystko, by w sposób dyktatorski pełnić władzę.
Jarosław Kaczyński cały czas powołuje się na wolę suwerena, który dał im tę władzę.
- Naród nie dał im władzy do łamania konstytucji i naruszania prawa. Dał im władzę, ale tylko do poprawiania tego, co złe. Gdyby politycy PiS przed wyborami po­wiedzieli, co naprawdę zamierzają zro­bić, nie wygraliby. Oszukali naród.