PiS - konstytucja 2010.pdf

czwartek, 31 marca 2016

Wszystkie role Agaty



Wiadomość, że właśnie zostaje prezydentową, przyjęła z wyraźnym niedowierzaniem. To nie pierwsza rola, w jaką weszła mimochodem i jakby bez przekonania.

Właśnie 2 kwietnia skończy 44 lata. „Nazy­wam się Agata Kornhauser-Duda. Wszystko, co wżyciu osiągnęłam, zawdzięczam moje­mu ojcu albo mojemu mężowi” - taka od­ważna deklaracja pada w fabularyzowanej biografii „Pierwsza Dama Rzeczypospolitej Autorka, ukrywająca się pod pseudonimem Anna Nowak, była studentką w Katedrze Slawistyki UJ kierowa­nej przez ojca Agaty Juliana Kornhausera. Wydawca książki, re­klamowanej jako pierwsze polskie political fiction, zapewnia, że informacje o przyszłej prezydentowej pochodzą z prywatnych rozmów z profesorem. Mimo to prawdy o Agacie Kornhauser-Dudzie trzeba szukać w kolejnych rolach, w których ją obsadza­no. I na które - na niejasnych zasadach - wciąż musi się godzić.

środa, 30 marca 2016

Bitwa w kanałach



Niektórzy w mediach publicznych jeszcze niedawno łudzili się, że „jakoś to będzie". Teraz mówią, że mogą zrobić tylko dwie rzeczy: wychwalać PiS albo złożyć wypowiedzenie. „Dobra zmiana" z każdym dniem staje się coraz lepsza.

Znany reporter telewizyjny oce­nia, że złudzenia na warszaw­skim placu Powstańców pry­sły gdzieś pod koniec lutego. Od szefów TVP Info przyszedł wtedy komunikat o zaostrzeniu kursu i ostrzeżenie: uważajcie, co mówicie na antenie. Potem była wizyta prezesa TVP i jazda bez trzymanki, czyli kilku­godzinne spotkanie Jacka Kurskiego z szefem Telewizyjnej Agencji Informa­cyjnej Mariuszem Pilisem i dyrektorem TVP Info Grzegorzem Adamczykiem.
- Kura zamknął się z nimi w gabinecie i opieprzał, że jest zbyt delikatnie i plu­ralistycznie w przekazie - twierdzi nasz rozmówca.
   W mediach, zwanych już tylko z nawy­ku publicznymi, nastroje wśród pracow­ników bliskie są stanom depresyjno-lękowym. - Nie mam żadnych złudzeń co do ich zamiarów. Najpierw wywalili tych, których uważali za wrogów, potem tych, którzy im się w jakikolwiek sposób próbowali przeciwstawić, za chwilę będą lecieć wszyscy, którzy odważą się nieza­leżnie myśleć - mówi znana dziennikar­ka telewizyjna. Jej równie znany kolega z radia twierdzi, że wszystko jest już w zasadzie jasne: „media publiczne mają realizować politykę informacyjną rzą­du”. -1 od tej zasady nie ma odstępu. Kto uważa inaczej, do widzenia - tłumaczy.

wtorek, 29 marca 2016

Obrona generała



Rząd wziął się za Smoleńsk. Do biegłych wkroczyła policja, prokuratorów zdegradowano, a Macierewicz przegrał ze Zbigniewem Ziobrą walkę o nadzór nad nowym Czy teza o zamachu przetrwa?

Michał Krzymowski

Koniec listopada. Prokuratura wzywa bie­głych prof. Pawła Artymowicza i płk. Ro­berta Latkowskiego. To współautorzy ekspertyzy w sprawie katastrofy smoleń­skiej. z której wynika, że gen. Andrzej Błasik do samego końca był w kabinie pilotów i razem z załogą odczytywał wysokość lotu. Biegłych wezwano w związku z wyciekiem ich opinii do mediów, ale prokuratorów interesuje głównie to, kto zidentyfikował głos gen. Błasika. Przesłuchanie kończy się po sześciu godzinach, a biegli wracają do domu w asyście policji. Mają wydać sprzęt komputerowy, na którym pracowali.
   Luty. Policja o świcie puka do drzwi dr. hab. Adama Tarnow­skiego, kolejnego biegłego w śledztwie smoleńskim. Po prze­szukaniu z mieszkania eksperta znikają dyski z danymi i laptop (o rewizji pierwsza informuje „Gazeta Wyborcza”). Podczas przesłuchania znów padają pytania o gen. Błasika: kto go rozpo­znał i czy były w tej sprawie naciski? - Eksperci do dziś są wy­straszeni, straszono ich konsekwencjami. Przesłuchania miały dotyczyć źródła przecieku, a niemal w całości były poświęcone obecności w kabinie Tu-154 gen. Błasika. Padały nieprzyjemne sugestie - opowiada znaj omy biegłych.
   Marzec. W aktach śledztwa smoleńskiego są już wszystkie ekspertyzy: stenogramy nagrań, opinie psychologiczne i ana­liza sytuacji w kokpicie. Według biegłych zachowanie generała miało wpływ na decyzje załogi i mogło się przyczynić do rozbicia samolotu. Dla PiS, które od kilku lat lansuje teorię zamachu, to kłopot, bo ekspertyzy są ważnym dowodem w sprawie. Reakcja jest błyskawiczna. Nowy prokurator generalny Zbigniew Ziobro powołuje nowy zespół śledczych i wespół z szefem MON wycią­ga konsekwencje wobec tych, którzy do tej pory pracowali przy Smoleńsku.

poniedziałek, 28 marca 2016

Nowe porządki, nowe obrządki



Tradycja, symbole, rocznice, to kolejne sfery życia, które władza chce włączyć do „dobrej zmiany".

MIROSŁAW PĘCZAK

Tegoroczny Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklę­tych został w TVP uhonorowany koncertem „Niezłomnym - honor”. Na scenie wystąpili popularni wykonawcy na widowni zasiadł zaś w pierwszym rzędzie Andrzej Duda, a obok niego Beata Szydło i szef telewizji publicznej Jacek Kurski. W programie znalazł się song „Dziś do ciebie przyjść nie mogę”, który niegdyś dobrze się wpisywał w rytuały kołobrzeskiego Festiwalu Piosenki Żołnierskiej. Historię miał symboliczną: napisany w czasie wojny, hitem stał się w końcówce lat 60. jako tytułowy utwór przedstawienia teatralnego pod tym samym tytułem, a potem - razem z „Czerwonymi makami na Monte Cassino” i marszem Gwardii Ludowej „My ze spalonych wsi” - trafił na płytę. Zamiar połączenia obok siebie armii Ander­sa, armii Berlinga i AK był oczywiście polityczny - w aparacie władzy zwyciężył pogląd, że należy wykorzystywać społeczną pamięć o wojnie i okupacji w taki sposób, by władzy służyła.
   Niedawny koncert nadany w TVP nieznośnie przypominał imprezy kołobrzeskie z czasów PRL. I podobnie jak wtedy moż­na było odnieść wrażenie, że estrada manifestuje moralno-po- lityczną jedność z rządzącą partią i kierownictwem TVP. I tutaj także różnorodność estetyczna i literacka piosenek (pieśni party­zanckie, „Obława” Kaczmarskiego, piosenki „Panien wyklętych”) zmierzała ku jedności (patriotycznej). Najważniejszy w tym wszystkim wydaje się jednak symboliczny sens kultu „żołnierzy wyklętych”. Chodzi w tym przypadku nie tylko i nie tyle o boha­terski opór i walkę z komunistyczną władzą, ale o jednoznaczną konotację z nacjonalistycznym nurtem zbrojnego podziemia (Narodowe Siły Zbrojne, Narodowe Zjednoczenie Wojskowe).

niedziela, 27 marca 2016

Drogi wojownika



Krzysztof Łoziński był już na kilku ścieżkach do historii, ale okazały się kręte i śliskie. Czy dając hasło do powołania KOD, wejdzie do niej na dobre?

JOANNA CIEŚLA

To była połowa listopada, pierw­sza odsłona awantury o Try­bunał Konstytucyjny. W roz­mowie z kolegą przez telefon rzucił: „Cholera, trzeba powo­łać Komitet Obrony Demokracji, tak jak kiedyś mieliśmy KOR”. Kolega odpowie­dział: „To napisz to”. Więc Krzysztof Ło­ziński usiadł do peceta w swoim domu w Cybulkach pod Giżyckiem. Napisał: „Co robić? To samo co robił KOR. Pisać listy otwarte i zbierać pod nimi podpisy, tworzyć raporty (...) Celem nie jest obala nie legalnie wybranych władz państwa, lecz obrona demokracji, praworządno­ści, praw człowieka, praw obywatelskich i prawdy. I proszę szanownego towa­rzystwa, nie oczekujcie, że ja to zrobię. To nie jest zadanie dla emerytów”. Ło­ziński wysłał tekst do Bogdana Misia, redaktora niezależnego portalu dzien­nikarskiego Studio Opinii, z którym współpracuje. Miś zamieścił.
   Łoziński ostatnio pisał różne rzeczy, na które nie było odzewu. Jesienią, jeszcze przed wyborami, razem z Piotrem Rachtanem (to ten kolega, który powiedział, by napisać o KOD) opublikowali „Raport gęgaczy”, analizę słów, czynów i doku­mentów środowiska PiS, przepowiadającą realia przyszłych rządów. Na konferencji prasowej zjawiła się jedna ekipa - dziew­czyna z mikrofonem i chłopiec z kamerą, z TVP Info. Materiału nie pokazano.
   Dzień po tym, jak powstał tekst o KOD, Krzysztof z żoną szedł na 70. urodziny do sąsiadki. I wtedy dzwoni Mariusz Ziomecki z Polsatu, że chce go do progra­mu w sprawie KOD. Że to już 3 tys. ludzi. Bo jakiś Kijowski po przeczytaniu tekstu Łozińskiego założył grupę na Facebooku. W tamten wieczór telefony dzwoniły do późna. Zaproszenia do mediów grzę­zły po informacji: „Ale ja mieszkam pod Giżyckiem”.
   W stacjach radiowych i telewizjach zaczął bywać, zjeżdżając do Warszawy na pierwsze demonstracje KOD. Wystąpie­nia publiczne idą mu dobrze. Mówi ostro, ale nie ponoszą go nerwy. Logikę ma wy­ćwiczoną, skończył Wydział Matematyki i Mechaniki UW. Nerw obywatelski ma w genach. Ojciec był żołnierzem AK, w PRL działał w podziemiu. Dopiero po jego śmierci, prawie 20 lat temu, Krzysztof do­wiedział się, że także w latach 80. przeciw władzy ludowej konspirowali równolegle.

sobota, 26 marca 2016

Jak przetrwać dobrą zmianę i Władza bezwstydu



Jak przetrwać dobrą zmianę

Prof. Tadeusz Gadacz, filozof, uczeń ks. Józefa Tischnera, o tym, jak ważne są w życiu wartości, i o tym, jak ich brak wpędza ludzi w kryzysy

Jacek Żakowski: - Jak żyć w Polsce-PiS?
Tadeusz Gadacz: - Trudno.

Bo?
Zastanawiam się, co by powiedział mój mistrz, ks. prof. Tischner...

„Kruca fuks!" by pewnie powiedział.
Albo: „pierońsko trudno!”.

Co z tym robić. Naród wybrał...
Część obywateli wybrała.

Według reguł zaakceptowanych przez ogół. I z jednej strony duża część narodu się cieszy. A z drugiej ojczyzna marnieje, dziczeje, psieje i popada w śmieszność. I co począć?
Z jednej strony zachować reguły przyzwoitości i nie godzić się na rzeczy nieakceptowalne. Na łamanie reguł demokracji, odbieranie wolności, zawłaszczanie różnych sfer życia. A z dru­giej strony trzeba po tischnerowsku trzymać się dialogu.

Widząc, że nawet w Sejmie jest to głównie dialog „gołej d... z batem"?
Tak mnie Tischner uczył. A jakie jest wyjście? Nie wolno zejść z drogi dialogu, nawet jeżeli za to dostaje się z jednej i drugiej strony

I nawet jeśli znikąd nagrody?
Nagrodę człowiek ma mieć w sobie. Kto się dobrze zachowuje, ten się lepiej czuje. Na tym świecie nie ma lep­szej nagrody. To trzeba po prostu przyjąć do wiadomości. A jaka jest alternatywa dialogu? Ciągłe awantury? Do jakie­go momentu? Do rozlewu krwi? Lepiej eskalować napięcie, niż rozmawiać?

piątek, 25 marca 2016

Nie jestem reżyserem w teatrze kukiełek



Jarosław Kaczyński: USA nie łączą sytuacji związanej z Trybunałem Konstytucyjnym i szczytu NATO. Wstępne ustalenia szczytu już zapadły i są korzystne dla Polski - zapewnia prezes PiS.

RZ: Nie żałuje pan konfliktu o Trybunał Konstytucyjny? Przez to rząd PiS nie miał miesiąca miodowego, a na fali waszych działań powstał ruch protestu KOD. Warto było?
Jarosław Kaczyński, prezes Prawa i Sprawiedliwości, były premier RP: Musieliśmy zareagować na zamach Platformy na TK, czyli przyjęcie w czerwcu niekonstytucyjnej ustawy pozwalającej PO wybrać dodatkowych sędziów. Przecież jest zupełnie jasne, że chodziło o coś, co nie ma nic wspólnego z konstytucyjnymi zadaniami Trybunału. Trzeba więc było bronić konstytucji, w tym bronić prawa większości parlamentarnej do realizowania swojego projektu dla Polski. Gdybyśmy nie zablokowali tej operacji, to przez cały okres naszych rządów Trybunał by nas zwalczał i nie moglibyśmy efektywnie sprawować władzy. Dziś mamy awantury, ale też posuwamy do przodu polskie sprawy. Gdybyśmy nie zareagowali, to awantur y i tak by były, nawet w UE - o to, że uchwalamy ustawy, które TK hurtowo uznaje za niekonstytucyjne, Jeśli panowie uważają, że bez naszych działań wobec TK byłaby sielanka, to niczego nie rozumiecie.

Być może rzeczywiście tego nie rozumiemy. Pamiętamy jednak, że w programach pańskich partii - w latach 90. Porozumienia Centrum, a potem w PiS - osłabienie TK było jednym z fundamentalnych projektów konstytucyjnych. Zastanawiamy się więc, na ile to, co pan nazywa zamachem czerwcowym, było przyczyną, a na ile pretekstem do waszej operacji przeciw Trybunałowi.
Decyzję o tym, że potrzeba nowej ustawy o Trybunale, podjąłem przed wyborami, w czerwcu, po zamachu Platformy.

Pamięta pan, co pan nam mówił trzy lata temu w wywiadzie?
Mówiłem, że pozycja Trybunału musi się zmienić. Że nie może być tak, że ustawa może być uchylona zwykłą większością przez pięcioosobowy skład TK. Podtrzymuję to zdanie - jeden sędzia nie może decydować o tym, czy decyzja parlamentu wybranego przez miliony obywateli trafi do kosza.

Bardzo mało było takich sytuacji, że niekonstytucyjność ustawy przechodziła jednym głosem.
Proszę nie żartować. To dlatego, że wewnątrz TK jest bardzo duża presja na sędziów, którzy mają inne zdanie. Dlatego zdania odrębne są rzadkie. To jest mała korporacja, która ma nawet własny system emerytalny - co jest skądinąd bardzo szkodliwe.

czwartek, 24 marca 2016

Polxit,Styka maluje Roja,W cęgach wojny,Niepoprawni i Parę życzeń na nie



Polxit
Wielkie obawy budzi po obu stronach Atlanty­ku perspektywa wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zwanego Brexitem. Mniej emocji budzi pełzający Polxit, który dzieje się na naszych oczach za sprawą PiS.
   Wyjście Polski z Unii Europejskiej? Absolutna bzdura - odpowie każdy w miarę poważny polityk rządzącej partii. Ale każdy poważny polityk europejski widzi na własne oczy, że Polxit ma miejsce. Na razie w sensie ewakuacji ze świata wartości, w którym respektowane są fundamenty państwa prawa, trójpodział władz i obywatelskie wolności. Za sprawą kaprysu pana Kaczyńskiego Polska oddala się od tego, co jest istotą Unii Europejskiej - od wspólnoty wartości. I przesu­wa się w stronę standardów dotychczas bardziej kojarzonych z Mińskiem niż z Warszawą.
   Czy jest to wstęp do wyjścia z Unii? Nie, póki płyną z niej do Polski wielkie pieniądze. PiS może obrażać zwolenników KOD, ale nie widzi go, przynajmniej na razie, jako zagrożenia dla swej władzy. Gdyby jednak w Warszawie pojawili się po­zbawieni dopłat rolnicy i górnicy z kopalń, które plajtują, bo Bruksela nie zgadza się na dalszą publiczną pomoc dla nich, tron Kaczyńskiego gwałtownie by się zachwiał. On doskona­le o tym wie. Czyli nie ma zagrożenia? Dziś nie, jutro i poju­trze może być ogromne.
   Jedyne auto, którym umie jeździć Jarosław Kaczyński, to autorytaryzm. Jedzie nim bezceremonialnie i z radoś­cią. Niestety, jego drogowe ekscesy już czynią z Polski eu­ropejskiego pariasa. W każdej ważnej sprawie PiS dostanie od Brukseli w nos. A ponieważ PiS rządzi dziś Polską, dosta­niemy w nos wszyscy. Przed wojną nasze państwo, wciśnięte między dwa totalitaryzmy, było skazane na politykę dwóch wrogów. Dziś, choć sytuacja jest o niebo lepsza, polskie wła­dze odwracają się od zachodnich sojuszników, narażając w ten sposób interesy państwa i narodu. To zbrodnia stanu. A czynienie ekwiwalentem odpowiedzialnej polityki egzo­tycznego pseudosojuszu z często autokratycznymi i proputinowskimi byłymi demoludami jest czystą głupotą.

środa, 23 marca 2016

Trochę śmieszno trochę straszno i Mieszczanie się wkurzyli



Wielki Brat patrzy, przybiera groźne miny, jednak gdy się w tym zagalopuje, robi się śmieszny. Może jak się za bardzo nadmie, to pęknie?

RAFAŁ KALUKIN

Jako skrzyżowanie Orwella z Bareją opi­sała naszą polityczną rzeczywistość Agnieszka Holland, Który pierwiastek dominuje? W ogólnym kontekście sta­nu polskiej praworządności i pogarsza­jącej się naszej sytuacji międzynarodowej owych „orwellizmów” oczywiście nie sposób zbagatelizo­wać. Ale już w szczególe „dobra zmiana” przeważ­nie śmieszy. Jak zwykle, gdy mamy do czynienia z inwazją służalstwa, niekompetencji oraz małoś­ci kamuflowanej w patetycznych formach. Tyle dobrego, że po wieloletniej nudzie ciepłej wody w kranie przynajmniej jest się z czego pośmiać.

KOMIZM SŁOWA
Bo jak tu poważnie brać strzeliste pokłony, tłumnie oddawane przez polityków PiS „suwerenowi”? Kontrast pomiędzy wzniosłą ornamentyką tego pojęcia a przyziemną pazernością na wła­dzę, które ono ma osłaniać, jest niewyczerpanym źródłem komizmu. Zwłaszcza gdy za „suwerena” zabiera się główny komik PiS, poseł Stanisław Pię­ta. O Komisji Weneckiej raczył powiedzieć, że to „lewicowe gremium, które uzurpuje sobie prawo do pouczania suwerena”. Oczywiście jeśli już Komisja kogokol­wiek „pouczyła”, to w pierwszej kolej­ności polskie władze (a do pewnego stopnia również opozycję), z całą zaś pewnością adresatem jej wskazań nie był ogół obywateli. Kto więc w demo­kracji Ala Pis jest suwerenem?
   Zresztą każdy reprodukowany w nad­miarze propagandowy slogan obnaża śmieszność propagandysty. Na począt­ku awantury o Trybunał Konstytucyjny zarzut PiS pod adresem unijnych kry­tyków, że nie rozumieją tła konfliktu, jeszcze miał jakiś polityczny sens. Lecz powtarzając go z maniakalnym uporem przy każdej okazji, rząd potwierdzał już tylko podejrzenia, że to powszechne niezrozumienie polskiej specyfiki nie jest dziełem przypadku.
   Nie inaczej jest ze „wstawaniem z ko­lan”, skoro gołym okiem już widać, że w pozycji horyzontalnej Polska miała do powiedzenia o wiele więcej i nie mu­siała nieustannie tłumaczyć się przed sojusznikami ze swych poczynań. Skąd­inąd wiadomo, że z tupiącym bachorem nie ma sensu wojować. Znacznie sku­teczniej jest go zignorować.
   Większość propagandowych sche­matów obecnego etapu ma swoje od­powiedniki w realnym socjalizmie, który oglądany z bezpiecznej histo­rycznej perspektywy śmieszy swoimi absurdami. Skądinąd w czasach sta­linowskich nikomu nie przyszło do głowy rechotać z toporności socreali­stycznych produkcyjniaków, skoro za propagandą kryła się totalitarna gro­za. W dzisiejszej Polsce na razie trudno brać serio propagandę, która w prote­stach KOD dostrzega knowania burżuazyjnych wrogów ludu inspirowanych przez wiadome ośrodki.
   Główne wydania „Wiadomości” TVP oczywiście dostarczają najwięcej powodów do śmiechu - zwłaszcza materiały mistrza gatunku redaktora Klaudiusza Pobudzina. Jego propagandowe pereł- S ki („Opozycja, choć podzielona, twardo maszeruje razem”) za kilka lat zajmą p godne miejsce obok kronik filmowych t z przełomu lat 40. i 50. bądź frag­mentów „Dziennika” TVP ze stanu wojennego.

wtorek, 22 marca 2016

Wojna w rodzinie



Plan był prosty: Jacek Kurski wchodzi do telewizji i bierze na siebie odium czystki. Nikt nie przewidział, że dawny bulterier Jarosława Kaczyńskiego okaże się nie dość gorliwy. Czy rewolucja pożre prezesa TVP?

Michał Krzymowski

Prezes ma wyśrubowane oczekiwania wobec me­diów. Kiedy byliśmy w opo­zycji, czasem zerkał na TV Republika. Czy byt z niej zadowolony? Skądże! Strasznie na nią narzekał - wspomina polityk PiS zbli­żony do Jarosława Kaczyńskiego. I opo­wiada historię sprzed kilku miesięcy, z czasów przedwyborczych.
   W biurze przy Nowogrodzkiej trwa narada. Nagle prezes popada w dygresję: - Mam w domu telewizor, który czasem się otwiera, a czasem nie, ale wczoraj się otworzył. I co widzę? W Republi­ce atakuje nas poseł PSL. Tak dalej być nie może, oni muszą się wreszcie zde­cydować. Albo są z nami, albo przeciw nam. Na takie dziennikarstwo przyjdzie czas, ale to jeszcze nie teraz. Dopiero jak przejmiemy władzę.

poniedziałek, 21 marca 2016

Terminator i PiS broni terytorium



Terminator

Jarosław Kaczyński mówi, że to człowiek, dla którego nie ma żadnych przeszkód, ściany przechodzi. I daje Antoniemu Macierewiczowi pełną swobodę działania.

Aleksandra Pawlicka

Pozycja Macierewicza jest w partii silna. Bardzo silna - mówi polityk PiS.
   - Silniejsza niż Ziobry? - pytam.
   - Inna. Ziobro ma potężną władzę, ale ta władza wciąż zależy od prezesa. Nie ma swojego zaplecza. A Macierewicz ma Rydzyka i całą prawą flankę, czyli war­tość dodaną. I jeszcze ma coś, co Kaczyń­skiemu bardzo imponuje. Determinację, która sprawia, że w osiągnięciu celu nic go nie powstrzyma.

ARMIA PIS
Do Ministerstwa Obrony Narodo­wej codziennie zapraszanych jest kilkunastu oficerów z prowincjonal­nych garnizonów. Na rozmowę u mini­stra. O czym? Antoni Macierewicz dostał właśnie do ręki nową broń.
   Ósmego marca prezydent podpisał nowelizację ustawy o służbie wojsko­wej, która pozwala ministrowi obrony „w szczególnie uzasadnionych przypad­kach” obsadzać żołnierzy na stanowi­skach zaszeregowanych o dwa i więcej stopni wojskowych wyżej niż ich sto­pień. Mówiąc najprościej: kapitana może zatrudnić na stanowisku pułkow­nika, a pułkownikowi dać posadę w ran­dze generała. Oznacza to wyższą pensję, pozycję i władzę. I zwykle - wyrwanie z prowincji.
   - To tworzenie armii PiS w wojsku pol­skim - nie kryje oburzenia były minister obrony Bogdan Klich.
   Do tego dochodzi idea przywrócenia wojskowej obrony terytorialnej zlikwi­dowanej w 2008 roku Macierewicz chce utworzyć 30-tysięczną armię obywa­teli żołnierzy, 380 kompanii, po jednej w każdym powiecie.
   - Nie chodzi o bezpieczeństwo kra­ju, tylko tworzenie partyjnych bojówek - ostrzega jeden z polityków PO. - Prze­cież żołnierz szkolony weekendowo nie będzie zdolny do działań wojennych, ale do prowadzenia wojenki domowej jak najbardziej. Na przykład do pacyfi­kacji marszów KOD. To jest tworzenie ZOMO PiS.
   Czy Antoni Macierewicz byłby rze­czywiście gotowy do wyprowadze­nia oddziałów wojskowych na ulice do zwalczania społecznych buntów? W1992 roku, gdy był ministrem spraw wewnętrznych i ogłaszał w Sejmie listę agentów, na której byli m.in. ówczesny prezydent Lech Wałęsa i marszałek Sej­mu Wiesław Chrzanowski, wydał rów­nocześnie polecenie postawienia w stan gotowości nadwiślańskich jednostek wojskowych. 800 żołnierzy żandarmerii i grupy antyterrorystycznej (późniejszy GROM) oraz śmigłowce czekały tylko na sygnał. Jednak rząd Jana Olszewskie­go upadł.

niedziela, 20 marca 2016

Wypasione gabinety władzy



Co najmniej 80 min zł rocznie. Tyle kosztu­ją podatników zupeł­nie zbędne tzw. poli­tyczne gabinety. Do tego trzeba doliczyć astronomiczne koszty ich partyjnych interesów.
   Administracja rządowa to 19 ministerstw i Kancelaria Prezesa Rady Ministrów. Oczywiście kluczo­we stołki obsadzane są przez ludzi partii rządzącej. Każda z tych insty­tucji zatrudnia setki wysoko opła­canych urzędników i pracowników obsługi. Po to, żeby partyjnym dyg­nitarzom zapewnić luksus rządzenia państwem. Na przykład w roku 2014 przeciętne wynagrodzenie miesięcz­ne personelu KPRM (539 etatów) wyniosło 7682 zł brutto, zaś w Mini­sterstwie Kultury i Dziedzictwa Na­rodowego (340 etatów) - 6181,50 zł. Zestawienie nie uwzględnia kilku­nastotysięcznych pensji ministrów, sekretarzy i podsekretarzy stanu. Oprócz „zwykłych” pracowników ścisłe kierownictwo ma też swoje gabinety polityczne. Tworzą je szef gabinetu oraz doradcy i/łub asysten­ci. Ich zadaniem jest „prowadzenie spraw wynikających z funkcji poli­tycznej” patrona, czyli załatwianie jego interesów partyjnych za pensje z kasy publicznej. Rozporządzenie Rady Ministrów w sprawie zasad ich wynagradzania stanowi, że po­winni oni mieć wyższe wykształcenie i określony staż pracy (doświadcze­nie). Ale „osoby zajmujące kierow­nicze stanowiska państwowe ” mogą „w szczególnie uzasadnionych przy­padkach” zwolnić swojego człowie­ka z wszelkich wymagań. Ta furtka umożliwia zatrudnianie znajomych, działaczy rozmaitych przybudówek, młodzieżówki partyjnej itp. Policzy­liśmy, ile to podatników kosztuje.

sobota, 19 marca 2016

Zamrażanie ziemi i PiS walczy z wiatrakami





Zamrażanie ziemi

Pomysł PiS na polskie rolnictwo można streścić jednym zdaniem: im na wsi gorzej, tym lepiej dla partii Jarosława Kaczyńskiego.

MAREK RABU

Rolników gorszego sortu najłatwiej rozpoznać po traktorach. W tych klima­tyzowanych i z nawigacją satelitarną, która ułatwia pracę na wielohektarowym polu, z góry wiadomo, kto siedzi za kierownicą. Krę­tacz, ewentualnie cudzoziemiec. No, bo kogo stać na maszynę za pół milio­na złotych? A jak widzi człowiek dziad­ka w starym ursusie, to wiadomo - jedzie prawdziwy polski rolnik.
   - Ja mam 37 hektarów, stadko krów, własne maszyny i wiem, że z ciężkiej pracy na wsi można naprawdę dobrze żyć - wylicza Przemysław Kumała. - Ale powiedz to pan sąsiadom, co jak po ojcu odziedziczyli pięć hektarów, to tak na nich siedzą od Gierka. Ludzie na wsi lu­bią widzieć świat czarno-biały.

piątek, 18 marca 2016

Druga Solidarność,Łowcy obrazy,Smuteczek i Filiżanka



Druga Solidarność

Jarosław Kaczyński wypowiedział wojnę milionom Polaków, których obraża, państwu prawa, które niszczy, depcząc konstytucję, i cywilizowanemu światu, którego głosy ignoruje. Kaczyński tę wojnę przegra. Ale nie będzie ona krótka. Trzeba ją mądrze prowadzić i mą­drze przygotowywać się na czasy, gdy się ona skończy.
   Bój, który się teraz zaczyna, jest najważniejszą batalią po 1989 r. To bitwa o kształt i fundamenty polskiej państwowo­ści, ale też o charakter naszej wspólnoty. Choć jest to bitwa z uzurpatorami, którzy rozszerzając realny wyborczy man­dat, niszczą i państwo prawa, i wspólnotę, to przede wszyst­kim jest to bitwa o przyszłość. O to, co będzie za zakrętem, na którym Polacy definitywnie pożegnają tzw. dobrą zmianę.
   Choć prezes Kaczyński nie jest kierowcą (a może właśnie dlatego), prowadzi on pojazd, w którym jest pedał gazu, ale nie ma pedału hamulca. Kaczyński dodaje gazu, nie licząc się z warunkami drogowymi, z ewentualnymi przeszkodami, a już najmniej z dobrem pasażerów. W sto dni wyrzucił kon­stytucję do śmietnika, przeforsował zmiany niszczące fun­damenty liberalnej demokracji, zrujnował reputację Polski i doprowadził ją na skraj międzynarodowej izolacji. Polity­cy PiS nazywają go naczelnikiem państwa (prawie rok temu sam napisałem tu, że o taki tytuł mu idzie), ale na razie jest on naczelnym szkodnikiem państwa. Trzeba mu oddać, co jego - w tak krótkim czasie chyba żadnemu Polakowi w historii nie udało się poczynić w Polsce tak wielkich szkód.
   Należy jednak dostrzec także wielkie - choć mimowolne - zasługi prezesa dla Polski. Po 1989 r. miała Rzeczpospolita konstytucję, ale my, obywatele, nie mieliśmy wielkiej świa­domości prawnej. Miała Polska społeczeństwo, ale nie miała prawdziwego społeczeństwa obywatelskiego. Dziś na na­szych oczach ono się rodzi. Nasza świadomość prawna jest o niebo wyższa niż pół roku temu. Zafundowano nam bo­wiem wielki kurs prawa konstytucyjnego. Wiemy, jaki jest sens konstytucji, jakie jest znaczenie Trybunału Konstytu­cyjnego, wiemy, co to delikt konstytucyjny i Trybunał Stanu. Oto w kraju bardzo umiarkowanego czytelnictwa bestselle­rem jest Konstytucja RP
   Władza prze w ostatnich miesiącach jak taran, ale wiele do­brego dzieje się i po drugiej stronie. KOD i związane z nim niezliczone inicjatywy eksplodowały. Ludzie wyszli na ulice, by bronić nie - jak insynuują nasi władcy przywilejów - ale swoich praw. Liczne środowiska zachowują się nadzwyczaj przyzwoicie - wystarczy wspomnieć o ogromnej większości prawnikowi zdecydowanej większości dziennikarzy. Konsty­tucja, państwo prawa i demokracja błyskawicznie znalazły swych obrońców i orędowników.
   Wielka odpowiedzialność ciąży na partiach opozycyjnych. Naturalne jest, że każda z nich ma swoje interesy. Platforma Obywatelska musi pokazać, że reprezentuje sensowną ideę. Nowoczesna musi zabiegać o to, by nie stać się chwilowym fenomenem. PSL walczy o przetrwanie. Partia Razem o roz­poznawalność i zainfekowanie swą społeczną wrażliwością elektoratu, a może i politycznej konkurencji.
   Niemądre byłoby zamazywanie różnic. Tym bardziej że rozpoczyna się właśnie wielka debata nad Polską, której kształt w dużym stopniu właśnie z tej debaty musi się wy­łonić. Ale też głupie i niedojrzałe byłoby przedkładanie róż­nic nad to, co wspólne, czyli teraz najważniejsze – walkę o to, by demokracja nie była atrapą, obywatelskie prawa fik­cją, a opozycja z założenia marginesem. Różnice w wizjach i programach są pożądane, w walce o wartości potrzebna jest jednak jedność.

czwartek, 17 marca 2016

Mordowała na raty



Esesmanka z hitlerowskiego obozu dla dzieci pracowała w PRL jako wychowawczyni w przedszkolu.

HELENA KOWALIK

Nikogo nie biłam - Eugenia Pohl, przystojna blondynka lat 48, podnosi głos. - Ja tu przed są­dem występuję jako męczennik. W innym momencie oskar­żona wręcz krzyczy: - To jest komedia, nie wiem, śmiać się czy płakać! Po wojnie 15 lat pracowałam jako przedszkolanka. Nie mając własnych dzieci, dla obcych byłam jak matka!
   Publiczność na sali sądowej reaguje okrzykami: „Hitlerówa!” „Esesmanka!”. Jest rok 1974.
   Eugenia Pohl, w czasie okupacji aufseherka (nadzorczym) karnego obozu dla dzieci w Łodzi przy ulicy Przemysłowej, została oskarżona z dekretu z 31 sierpnia 1944r. o od­powiedzialności hitlerowskich zbrodniarzy. Grozi jej kara śmierci.
   Na 70 stronach aktu oskarżenia prokurator zarzuca jej, że w latach 1942-45, będąc nadzór - czynią w hitlerowskim Polen-Jugendverwahrlager der Sicherheitspolizei in Litzmannstadt, dokonała zabójstwa sześciorga dzieci.
   Urodzona w 1923 r. jako Polka w podłódzkim Ozorkowie była jednym z dwojga dzieci majstra budowlanego. Do wybuchu wojny nazywała się Wróblewska. Gdy hitlerowcy weszli do Łodzi, jej ojciec wpisał się z rodziną na volkslistę. Zmienili nazwisko. 18-letnia Genowefa Pohl, mając ukończoną podsta­wówkę, dostała pracę kapo w obozie kon­centracyjnym dla polskich dzieci. W1945 r., gdy do Łodzi weszły wojska sowieckie, ukryła się w mieszkaniu rodziców. Od tego czasu nazywała się Eugenia Pol. Nikt ze starych mieszkańców jej kamienicy nie wiedział, co robiła w czasie okupacji. Nowym władzom wiadomo było tylko, że przyjęła volkslistę. Wszczęte z tego tytułu w 1948 r. obowiązkowe postępowanie rehabilitacyjne „za odstępstwo od narodu polskiego” zostało umorzone. W czasie tego procesu Eugenia Pol nie ujawniła swego okupacyjnego zatrudnienia. Nie wiadomo, jak to się stało, ale również na procesie Sydonii Bayer, komendantki obozu przy ulicy Przemysłowej (skazanej na karę śmierci), nie padło nazwisko Pohl.
   Była nadzorczym pracowała jako szwaczka w jednej z łódzkich fabryk. Zapisała się do klubu sportowego Łodzianka, gdzie rzucała oszczepem. Pisano o niej w „Trybunie Ludu” jako o obiecującej zawodniczce. Potem została wychowawczynią w przedszkolu i stamtąd w 1970 r. zawieziono ją do aresztu.

środa, 16 marca 2016

Rodzina PiS na (nie)swoim



Nepotyzm, kolesiostwo, wycinanie lu­dzi „spoza rodziny” - PiS kontynuuje obyczaje tych, których krytyko­wał. Tylko na dużo większą ska­lę i z większą bezwzględnością.
   „Trzeba jasno powiedzieć, że po wygranej PiS żaden działacz czy zwo­lennik naszej partii, który wykrwa­wiał się w kampaniach wyborczych, nie może cierpieć głodu i niedostat­ku” - taką wykładnię zasady „Teraz, k..., my” prezentowano w 2006 roku na zebraniach partyjnych po objęciu przez Jarosława Kaczyńskiego funkcji premiera. Koalicja PO-PSL stosowała później podobne prakty­ki, ale dyskretnie. Dzisiejszy PiS, na­uczony przykrym doświadczeniem przedterminowego oderwania od koryta, uprawia je teraz na skalę to­talną z wdziękiem buldożera.
   Zdymisjonowano już i zastą­piono „swojakami” zarządy niemal wszystkich najważniejszych dla partii instytucji. Na zaspokojenie pierwsze­go głodu poszły spółki Skarbu Pań­stwa, służby specjalne, policja, cło, izby skarbowe, kuratoria oświaty, Lasy Państwowe oraz agencje rolne. Było przy tym trochę hałasu w me­diach, ale temat wkrótce przyschnie. Pod zaufanym nowym kierowni­ctwem powstaną nowe miejsca pra­cy dla towarzyszy i ich rodzin, a jak stanowisk zabraknie, to

Czym się jara głowa państwa



Andrzej Duda obserwuje na Twitterze nastolatki o wdzięcznych Nickach „Foczka”, „Pimpuś Sadełko” i „ruchadło leśne”. W ten sposób buduje sobie przyszły elektorat. A przy okazji niszczy własny wizerunek.


MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ, EWELINA LIS

Karolinę Wazelinę” prezydent Duda zaczął obserwować mniej więcej miesiąc temu. Ona ma 16 lat, końcówka gimnazjum, - To było raczej trochę zabawne. Zapytałam, czy mnie zaobserwuje, i to zrobił - tłuma­czy „Karolina Wazelina”. Polityką się nie interesuje. Ale zapewnia, że kojarzy nie­których polityków. - Szydło, Kopacz, Kaczyński, Tusk, Maciere­wicz, Ziobro - wymienia ciurkiem.
   - Z czym ci się kojarzą? - dopytujemy.
   - Nie wiem. Poważnie, ha, ha - odpowiada „Karolina Wazelina”.
   Z początku się zdziwiła, że prezydent ją obserwuje. I to o trze­ciej w nocy. Myślała, że może ktoś się pod niego podszywa. Ale nie. To on dał jej follow. Choć ona - jak mówi - nie uważa się za nikogo ciekawego. Opis na jej twitterowym profilu: „Jestem oazą spokoju, pierdolonym, kurwa, wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli jebanego jeziora”.
   - Pan prezydent życzył mi dobrej nocy - opowiada inna dziew­czyna, która na Twitterze ma nick „jebnij sie daniel!” Też ma 16 lat i też jest obserwowana przez głowę państwa.
A „Mejkob” dostała od prezydenta życzenia urodzinowe. Zaćwierkał kilka dni przed Wigilią, dochodziła 23. - No, cieszyłam się bardzo! Najpierw mi złożył życzenia, a potem zobaczyłam, że zaczął mnie obserwować - wspomina „Mejkob”.
Prezydent obserwuje na Twitterze mię­dzy innymi także „ruchadło leśne”, „Foczkę”, „Nuleczke”, „Pimpusia Sadełko”...

poniedziałek, 14 marca 2016

Dzielenie i jątrzenie



Kaczyński mówi wyborcom: uczestnicy marszów KOD to zdrajcy, płatni agenci, pożyteczni idioci Putina. To coś więcej niż mowa nienawiści, to ewidentne szczucie - tłumaczy politolog, badacz politycznych manipulacji, prof. Mirosław Karwat.

ROZMAWIA RENATA KIM

NEWSWEEK: Chodzi pan na demon­stracje Komitetu Obrony Demokracji?
PROF. MIROSŁAW KARWAT: Nie. Ob serwuję je z pozycji badacza. Ale mam w rodzinie osoby, które wcześniej nie były aktywne politycznie, a teraz uważają udział w tych marszach za swój obo­wiązek. Myślę, że makiawelista Jarosław Kaczyński, upojony swoim parlamentar­nym blitzkriegiem, musiał doznać szoku, widząc, jak liczne są te manifestacje.

I dlatego, tak jak ostatnio w Łomży, mówi, że ich uczestnicy nie zasługują na to, by nosić biało-czerwoną flagę?
- Przemówienia Kaczyńskiego skiero­wane są do różnych kręgów odbiorców. Do każdego z nich zwraca się inaczej. Do polityków europejskich mówi po­średnio, ustami zaufanych ludzi. Do tak zwanej szerokiej publiczności zwraca się głównie w okresie przedwyborczym, a wtedy sugeruje rozszerzenie wspól­noty, otwartość na inne niż PiS-owskie racje. Ale najlepiej porozumiewa się ze swoimi zwolennikami, a zwłaszcza z tą specyficzną wspólnotą radiomaryjną - obskuranckim nurtem „katolicy­zmu narodowego”, w którym katolicyzm jest mową nienawiści, a patriotyzmem nazywana jest ksenofobia. W tym krę­gu dominuje pragnienie znalezienia winnych. Niespełnione obietnice i wy­naturzenia transformacji to oczywiście wynik spisku. I Kaczyński wskazuje winnych: to przeciwnicy PiS. Uczestni­cy marszów KOD to zdrajcy, a nawet nie Polacy. W Łomży prezes PiS pojechał po bandzie, zastosował socjotechnikę wykluczenia.

To tylko socjotechnika? Może on jednak wierzy w to, co mówi?
- To problem dla psychologów i bada­czy socjotechniki, bo nikt nie przebadał Jarosława Kaczyńskiego na wariografie ani nie rozmawiał z nim na kozetce. On sam z dumą mówił kiedyś o sobie, że jest wielkim rozgrywającym. Pojawia się więc pytanie, czy wypowiada tak pry­mitywne treści pod wpływem gwałtow­nych emocji, czy stosuje zasadę „ciemny lud to kupi”?

niedziela, 13 marca 2016

Teraz, k..., oni



„Teraz, k... my” - krytykował 19 lat temu Jarosław Kaczyński apetyt działaczy AWS na państwowe stołki.
Dwa lata temu narzekał na panoszącą się w Polsce korupcję, nepotyzm i kolesiostwo. Dziś opłacane przez podatnika posady dostają działacze PiS i ich bliscy.

WOJCIECH CIEŚLA, MICHAŁ KRZYMOWSKI

Dziesiątego lutego, siedziba PiS przy Nowo­grodzkiej. Trwa posiedzenie komitetu wy­konawczego, prezes wprowadza do sali szefa resortu skarbu Dawida Jackiewicza. W par­tyjnym aparacie buzuje, działacze domagają się posad w państwowych spółkach. Minister przyjechał ich uspokoić. - Ustawia się do mnie kolejka - mówi. - Nie dam rady spotkać się z każdym, ale mam pro­pozycję. Niech ludzie przekazują CV szefom okręgów, ci podają je mojemu asystentowi, a my się nad każdą kandydaturą pochylimy.
Napięcie na sali opada. Jackiewicz leje miód na serca działa­czy: - I pamiętajcie, to nie kompetencje są głównym kryterium. Najważniejsza jest lojalność. Powołujemy tylko pewnych ludzi. Aja za wszystkie nominacje odpowiadam przed partią.
- Nie, panie ministrze - wtrąca prezes PiS. - Pan nie odpowiada przed partią, tyko przed prawem.

JASTRZĘBIE, GOŁĘBIE I Cl Z TECZKI
PiS rządzi Polską dopiero 120 dni, ale działa szybko i ostro. Przejmuje kolejne spółki, urzędy i agencje. Wycina ludzi po­przedniej ekipy i wstawia swoich: dzia­łaczy, ich rodziny i znajomych. Zmiany zaczynają się w zarządach firm, kończą na sekretarkach. W grę wchodzi grubo ponad tysiąc posad.
W podziale łupu bierze udział kilka grup. Pierwsza to „jastrzębie” - ludzie związani z MON, cywilnymi służbami specjalnymi i Ministerstwem Sprawiedliwości. Druga to „gołębie” z towa­rzystwa ministra skarbu Dawida Jackiewicza i jego przyjaciela Adama Hofmana: prawnicy, ekonomiści, koledzy. Trzecia to kan­dydaci z teczki prezesa PiS i ludzie z Nowogrodzkiej: starzy przy­jaciele, ochroniarze, osoby, wobec których Jarosław Kaczyński ma zobowiązania oraz tzw. zakon PC. Czwarta grupa, najliczniej­sza, to partyjne doły: działacze powiatowi, którzy obsiedli biura agencji rolnych, rady nadzorcze PKS i lokalnych rozgłośni PR.
Nasz informator zbliżony do PiS: - Do obsady mamy tyle stanowisk, że prezes nie jest w stanie wszystkiego upilnować; koncentruje się na 27 strategicznych spółkach. Ministrowie i szefowie urzędów przyjeżdżają z listami kandydatów po kil­ka razy w tygodniu. Kto trafi na posadę, a nie dostanie zielonego światła z Nowogrodzkiej, może szybko zostać odwołany.

sobota, 12 marca 2016

PiSologia i psychologia,Ja w sprawie stawu,Styl to człowiek,Anioł powie,Polityka zimnej wody i Psychiatry



PiSologia i psychologia

Prawo i Sprawiedliwość nie zdobyłoby władzy bez talentów Jarosława Kaczyńskiego. Ale za sprawą jego psychologicznych deficytów nigdy nie będzie w stanie jej sensownie sprawować.
   Kilka dni temu prof. Jadwiga Staniszkis powiedziała, że przeciek z opinii Komisji Weneckiej miał być próbą dania władzy (a więc Jarosławowi Kaczyńskiemu) szansy na korek­tę w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Po czym wyraziła nadzieję, że Kaczyński tej korekty dokona, bo to pozwoliło­by mu wyjść ze sprawy z twarzą. Nie sądzę, że taki był motyw przecieku, nie sądzę też, by jego źródłem była sama Komisja. Ale to nieważne. Przede wszystkim nie rozumiem, jak ktoś, kto - jak profesor Staniszkis - zna i pilnie obserwuje Kaczyń­skiego, może tak bardzo nie rozumieć jego mentalności.
   Politykę najlepiej czytać jako grę interesów z elementa­mi psychologii. Ale w wypadku polityki PiS interes jest mniej ważny. Kluczowa jest właśnie psychologia. Bez zrozumienia mentalności Kaczyńskiego nie sposób pojąć, dlaczego PiS robi to, co robi, dlaczego pewnych rzeczy nie robi i dlaczego tak często jest w stanie działać nie tylko przeciw Polsce, ale przeciw własnym interesom.

piątek, 11 marca 2016

ŻYCIE PO ŻYCIU



Rok temu wydawało się, że jest skończony. Oskarżany o mobbing i molestowanie, musiał odejść z TVN. Był tym zdruzgotany. Teraz próbuje zbudować wszystko od początku.

RENATA KIM, EWELINA LIS, RAFAŁ GĘBURA

Dobrze tu państwa widzieć w Katowicach, po przerwie - powiedział, a sala eksplo­dowała brawami. Odczekał chwilę, by dać wybrzmieć oklaskom, a potem rozpoczął debatę na Europejskim Kongresie Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Katowicach. Uśmiechnięty, opalony, w świetnie skrojo­nym garniturze, może tylko nieco okrąglejszy niż dawniej.
   - Sprawiał wrażenie wyluzowanego - opowiada katowicki dziennikarz, który był na kongresie. Nazwiska nie poda, bo tu jest Śląsk, braku solidarności się nie wybacza, a Kamil Durczok to drażliwy temat. - Tutaj nadal jest bohaterem, nadal jest bar­dzo popularny. To nasz człowiek, stąd. Warszawka może się za­stanawiać, czy był winny, czy niewinny, ale tutaj nikt tak nie robi. Nikt go nie wytyka palcami, nie uśmiecha się za plecami. Afera Durczokgate została wyparta - mówi.
   Na początku dyskusji doszło do drobnego zgrzytu: Durczok zapytał byłego wicepremiera Janusza Piechocińskiego, jak mo­bilizuje ludzi do pracy. - Ten się szybko odciął: „Swego czasu w redakcji pan próbował i wiemy, że nie zawsze to wychodzi”. Publiczność skwitowała to śmiechem - opowiada dziennikarz.
Już po debacie podszedł do Durczoka Patryk Drabek, reporter „Dziennika Zachodniego”, i zapytał, czy oficjalnie wraca do ży­cia publicznego. „Ja do niczego nie wracam, bo nigdy nigdzie nie poszedłem” - odpowiedział mu były szef „Faktów” TVN. A po­tem dodał, że ma wprawdzie trudniejszy okres wżyciu, ale nadal jest Kamilem Durczokiem, mieszka w Katowicach, tu ma rodzi­nę oraz przyjaciół i „świetne przedsięwzięcia, jak ten kongres i inne imprezy”.

Minister głupich kroków i Minister tragiczny



Wchodząc do rządu, miał rekomendację Beaty Szydło i Antoniego Macierewicza. Dziś próżno szukać jego obrońców. Witold Waszczykowski popsuł wizerunek rządu za granicą, a w kraju nie zbudował sobie partyjnego zaplecza.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Szesnaście lat w dyploma­cji, dwie placówki, nego­cjacje w sprawie tarczy antyrakietowej. Jak to moż­liwe, że człowiek o takim dorobku jak Waszczykowski jest ta­kim amatorem? - denerwuje się poli­tyk z władz Prawa i Sprawiedliwości. Doradca Jarosława Kaczyńskiego do­daje: - Gdybyśmy chcieli mieć szefa dy­plomacji, który będzie ściągać na nas kłopoty, to ministrem zostaliby Antoni Macierewicz albo Krystyna Pawłowicz. Nie przewidzieliśmy, że prym wśród harcowników będzie wiódł Waszczykowski.
   Dotychczasowy dorobek szefa MSZ prezentuje się dramatycznie. Witold Waszczykowski w ciągu stu dni urzędo­wania zdążył nazwać szefa europarlamentu „słabo wykształconym lewakiem” i oskarżyć amerykańskich senatorów o to, że działają z inspiracji ludzi źle ży­czących Polsce. Wezwał ministra spraw zagranicznych Niemiec do cenzurowania tamtejszych karykaturzystów, skrytyko­wał rowerzystów i wegetarian, a polski kontrwywiad nazwał „policją politycz­ną”. To także on ściągnął do Warszawy przedstawicieli Komisji Weneckiej, któ­rej zaleceń rząd Prawa i Sprawiedliwości nie chce teraz uznać.

środa, 9 marca 2016

Złodzieje wyklęci



W Bielsku-Białej odbyt się 1 lutego 2016 roku finał tzw. deba­ty oksfordzkiej, w której o miano najlepszych mówców rywalizowały reprezentacje dwóch miejscowych liceów. Gośćmi imprezy było kil­ku polityków rodem z Podbeski­dzia, a wśród nich - jako gwiaz­da pierwszej wielkości - poseł PiS Stanisław Pięta. Po zakończeniu debaty Pięta wygłosił prelekcję. Mówił o „zagrożeniach demokracji” spowodowanych tym, że „część pseudoelit oderwała się od polskiego interesu i liczy na cie­płe posady w Brukseli” oraz „pró­buje wprowadzać tutaj niezgodne z naszą tradycją i kulturą idee, jak choćby promocję ideologii gen­der”. Sala reagowała śmiechem, co posła nie peszyło. Ale kompletnie zgłupiał, gdy jeden z licealistów za­pytał go, czy prawdą jest, że w mło­dości miał lepkie ręce, i „czy taki człowiek może być autorytetem moralnym i mówić o obronie pol­skiego interesu i obronie Polaków przed zachodnim złem”. Uczeń zo­stał nagrodzony żywiołową owacją, a poseł całkiem odleciał, tłuma­cząc, że

wtorek, 8 marca 2016

Światowe Dni Ostateczne



Sprawdzian, jak w praktyce działa przyjazny rozdział Kościoła i państwa, na razie przynosi Krakowowi coraz głębszy rozdział mieszkańców od miasta.

MAREK RABIJ

Na razie wiadomo głów­nie, czego nie wiadomo.
   Nie wiadomo, co bę­dzie z parkowaniem. Je­den pas autostrady A4 nie zmieni się (jak chciał magistrat) w par­king dla tysięcy autokarów. Trzeba będzie upchać je gdzie indziej. Ale gdzie? Część da się zmieścić na starym wojskowym lotnisku pod Krakowem, trochę uda się porozstawiać po mieście i pod centrami handlowymi. Tylko ile tych autokarów bę­dzie? Dziesięć tysięcy, jak zakładają opty­mistycznie miejscy planiści, czy może trzy razy więcej - jak ostrzegają specjaliści od transportu? Trudno zgadnąć, bo nie wia­domo nawet, czy na spotkanie z papieżem Franciszkiem pod koniec lipca przyjedzie 1,5 min, czy raczej 2,5 min pielgrzymów.
   Nie wiadomo, co z bazą noclegową. Or­ganizatorom Światowych Dni Młodzieży brakuje nadal ok. 250 tys. miejsc dla piel­grzymów. Kardynał Stanisław Dziwisz apeluje, by mieszkańcy Krakowa przyję­li jak najwięcej pątników pod swój dach, ale w tym samym czasie prezydent Jacek Majchrowski radzi, by kto może wiał na czas imprezy z miasta, żeby uniknąć pa­raliżu komunikacyjnego. Czy krakowia­nie posłuchają biskupa, czy prezydenta? Nie wiadomo.
   Nie wiadomo też, co z najważniejszym, czyli z kosztami. Według najnowszych
szacunków przedsięwzięcie pochłonie ponad 400 min zł, z czego ok. 190 min zł pójdzie z budżetu centralnego, jakieś 50 min zł dołoży miasto Kraków, a ok. 200 min zł ma pokryć strona kościelna, głównie z datków od samych pielgrzy­mów. Problem w tym, że miasto właśnie musiało unieważnić przetarg na opra­cowanie i wdrożenie organizacji ruchu podczas ŚDM, bo zgłosiła się tylko jedna firma i to z ofertą dwukrotnie droższą od 1,9 min zł, jakie Kraków chce przezna­czyć na ten cel. Odosobniony przypadek czy podobnie będzie z innymi pozycjami w budżecie? Czy inny wykonawca pla­nu zdąży na czas, czy też w lipcu Kraków stanie w monstrualnym korku? Na te pytania także jest za wcześnie.
   Dlatego na cztery miesiące przed roz­poczęciem Światowych Dni Młodzieży krakowianie nie wiedzą, czy cieszyć się z imprezy, czy raczej się jej bać.

poniedziałek, 7 marca 2016

Zjazd



Kto jest dziś w Polsce ważny? Wiadomo - ci, którzy mają dostęp do ucha prezesa Kaczyńskiego. Andrzeja Dudy nie ma w tym gronie. Zostały mu wypady na narty i tweety od wielbicielek. Zaszył się w pałacu prezydenckim.

WOJCIECH CIEŚLA, MICHAŁ KRZYMOWSKI

Urzędnik z pałacu prezydenckiego mówi: - To bystry facet. Jest świadomy własnej niesamodzielności. Stres na nowym urzędzie, opinie, że jest marionet­ką, to się na nim fizycznie odbija. Wszystko, co robi PiS, idzie na jego konto. A w PiS wcale nie jest lubiany. Ludzie Kaczyńskiego rozpowiadają po Warszawie, że prezydent ze stresu utył i wyłysiał. A jaki on ma wybór? Albo potulność, albo pójście na nuklearną wojnę z Jarosławem. Ja mu nie zazdroszczę.

niedziela, 6 marca 2016

Akcja weryfikacja i Zwykły słuchacz radia


Zwykły słuchacz radia

W karierze Barbary Stanisławczyk sporo było wzlotów i upadków, ale tak nieoczekiwanego wznoszenia nikt się nie spodziewał. Nowa prezes Polskiego Radia zna radio głównie z odbiornika.

Grzegorz Rzeczkowski

O pani prezes można usłyszeć wiele komplementów. Pracowita, wy­magająca, inteligentna, błysko­tliwa, dowcipna, wesoła. Wulkan pomysłów, reporterski i pisarski talent. Ale częstotliwość pochwał co najmniej równa jest ocenom krytycznym. Pamiętliwa, wy­buchowa, obrażalska, autorytarna, apo­dyktyczna. Przekonana o własnej nieomyl­ności. Z deficytem empatii.
   - Nie mam ochoty rozmawiać o Bar­barze Stanisławczyk. Nie chcę i nie będę. Albo: - Powiem, ale broń Boże nie pod nazwiskiem. Chcąc się czegoś dowie­dzieć o prezes Polskiego Radia, trzeba być przygotowanym na tego typu reakcje. Na­wet ze strony tych jej znajomych, którzy na rynku medialnym coś znaczą. - Nie znosi krytyki. Obraża się, złości. Kiedyś na moich oczach cisnęła kubkiem o ścia­nę - opowiada była współpracowniczka, która zna Stanisławczyk z czasów, gdy ta kierowała miesięcznikiem „Sukces”.

sobota, 5 marca 2016

Przeproś, do cholery!,Lejce i bat,Zrobiony w konia i Smród



Przeproś, do cholery!
Od ambon po telewizyjne studia wybrzmiewa w Polsce piękne słowo - przepraszam. Niestety, wystę­puje ono w naszej wersji chrześcijaństwa, czyli w wołaczu. Przeproś, Wałęso, pokajaj się!
   Przeprosiny miewają sens. Bywają też przedmiotem gorą­cych debat. W Watykanie trwały swego czasu dyskusje, czy papież Jan Paweł II powinien przepraszać za błędy w historii Kościoła, a papież Benedykt za zaniechania Kościoła w spra­wie przypadków pedofilii wśród księży. W Ameryce debato­wano, czy prezydent powinien przepraszać za koszmar, który biali zafundowali rdzennym mieszkańcom kraju.
   Tam debatowano jednak nad tym, czy przepraszać powinni­śmy „my”, u nas zaś debata dotyczy nie „nas”, ale „jego”. Win­ny jest on. Ofiarami my. Polacy mają bowiem podobno prawo czuć się oszukani tym, co Lech Wałęsa podpisał albo nie pod­pisał, opowiadał albo nie. Apele o przeprosiny mają różnych autorów i różny charakter. Nie zmienia się tylko adresat. Ar­cybiskup Głódź stwierdza, że Wałęsa powinien przeprosić, co byłoby - jak dodaje - „wspaniałym aktem w Roku Miłosier­dzia”. Można się skądinąd zadumać nad tym, że miłosierdziu poświęcono akurat konkretny rok, ale też szkoda, że zwolen­nicy przeprosin chcą przeprosin głównie od innych. Pewnie w ramach miłosierdzia. Szkoda, arcybiskup Głódź ma prze­cież wspaniałą okazję, by przeprosić za upokarzanie pod­władnych i organizowanie libacji alkoholowych. To też byłby „wspaniały akt w Roku Miłosierdzia”. A może nie. Arcybiskup chyba uważa, że nie. Prawda, lepiej się bić w cudze piersi.
   Wałęsie pewne szanse na odkupienie daje też poseł Kor­nel Morawiecki. Pod warunkiem wszelako, że Wałęsa „prze­prosi i się pokaja”. Nie wiadomo jeszcze, w jakiej formie miałby się pokajać. To do ustalenia. Pan Morawiecki przez niektórych był pasowany na moralny autorytet tego Sejmu. Na razie odgrywa rolę nieprzesadnie przenikliwego cheerleadera PiS w najbardziej kompromitujących akcjach tej partii - najpierw przy demontażu Trybunału Konstytucyj­nego, teraz przy niszczeniu legendy Wałęsy. Zrozumiałe są jego kompleksy wobec człowieka, który uprawiał nie tylko solidarność walczącą, ale i zwycięską. Tylko żeby aż tak ot­warcie te kompleksy manifestować?
   Nasi etatowi katolicy, ci z PiS, też oferują gotowość „wy­baczenia Wałęsie”, jeśli tylko przeprosi. A powinien bardzo przepraszać, bo - jak powiedział minister Waszczykowski
- „Wałęsa mógł być figurantem”. W poszukiwaniu figurantów Waszczykowski nie musi spoglądać gdzieś daleko. Figuran­tów prawdziwych znajdzie dużo bliżej.
   A propos - pani premier Szydło orzekła w sprawie Wałęsy, że „przede wszystkim powinniśmy poznać prawdę, ta prawda
należy się Polakom i to jest najważniejsze”. Na miejscu pani Szydło byłbym ostrożny w domaganiu się prawdy i podkreśla­niu, że jest ona najważniejsza. Cała jej kampania, podobnie jak kampania kandydata Dudy, oparta była na kłamstwach. To już mamy czarno na białym. Może czas na przeprosiny? „Prawda należy się Polakom”.
   Poseł Jarosław Kaczyński milczy. Po co ma mówić, skoro całe PiS i tak mówi to, co Kaczyński chce słyszeć. Pan poseł zafundował Polsce wyborczą ustawkę z kandydatami mający­mi ukryć jego wolę sprawowania w Polsce władzy absolutnej. Nie zapowiadał, zdaje się, że swe rządy zacznie od demontażu państwa prawa i demokracji liberalnej. Może czas na przepro­siny? Nie rozumiem, dlaczego Wałęsa miałby przepraszać za ewentualne winy, a Kaczyński nie miałby przepraszać za winy realne. Tym bardziej że Wałęsa ewentualne winy odkupił po tysiąckroć. Kaczyński oczywiście swej winy nie dostrzega. Dlatego nigdy nie musi nikogo przepraszać. Może poza ojcem dyrektorem, którego przeprosił za sugestie, że Rydzyk musi mieć jakieś konszachty z rosyjskimi służbami. No cóż, jak po ostatnich dwóch wyborach powtarzał Kaczyński - „nie było­by tego zwycięstwa bez Ciebie, ojcze dyrektorze”.
   Ciekawe, że najbardziej znany polski chrześcijanin, papież Wojtyła, według wszelkich źródeł nigdy nie domagał się od Wałęsy przeprosin. Przeciwnie, dostrzegał jego wielką rolę. Ale cóż, tak jak papież Franciszek nie jest dla naszych dy­żurnych katolików autorytetem w sprawie uchodźców, tak w sprawie Wałęsy, przepraszania i wybaczania nie jest dla nich autorytetem Jan Paweł II. W kwestii miłości bliźniego, miłosierdzia i wybaczania maj ą oni własne poglądy, miłosier­dziem nieskalane.
   Nie dziwię się Wałęsie, że za ewentualne winy przepraszać nie chce. Za dobrze zna naszych etatowych katolików, by nie wiedzieć, że zaraz potem wrzucono by go w kolejny krąg pie­kła. Prawda nas wyzwoli, słyszymy od nich. Na razie pragnie­nie prawdy wyzwala w nich najniższe instynkty.
   Przepraszać najlepiej we własnym imieniu. Dlatego w tym miejscu gorąco przepraszam Lecha Wałęsę za to, co go spoty­ka. A przy okazji, z całego serca za wszystko mu dziękuję.

Lejce i bat

Sobotnia manifestacja KOD w Warszawie była imponująca i poruszająca. Coś się rodzi: jakaś nowa emocja, dawno nieprzeżywane poczucie wspólnoty, festiwal haseł, plakatów, przyśpiewek - bardziej serio, jak w sprawie Trybunału Konstytucyjnego, bardzo na żarty – jak w obronie zaatakowanej stadniny, czy pół żartem, pół serio - wobec próby wymazania Lecha Wałęsy z historii Polski. Rozmów w tłumie, wędrującym przez kilka godzin ulicami Warszawy, nie sposób cyto­wać, ale oprócz złośliwości i kpinek pod adresem nowej ekipy dominowały całkiem poważne pytania: po co oni to robią?; czy ktoś, choćby Jarosław, nad tym panuje?; do czego chcą doprowadzić? do zerwania z Zachodem? do jakiejś woj­ny domowej?
Następne marsze czy pikiety KOD zapowiedziano już za kilka dni, bo zbliża się, jeśli nie„bój ostatni", to przynajmniej wiosenne przesilenie. Chodzi o Trybunał Konstytucyjny: najpierw wyrok samego TK w sprawie tzw. ustawy naprawczej, potem oficjalne orzeczenie Komisji Weneckiej. Treści obu wyroków można się domyślać, bo nie ma poważnych prawników, którzy broniliby pisowskiej akcji przeciw Trybunałowi. Ale rządzący, a zwłaszcza prezes PiS, zabrnęli tak daleko, tak ich werbalnie i politycznie po­niosło, że trudno wyobrazić sobie, by ustąpili. Na razie Jarosław Kaczyński sprawia wrażenie desperata, który byle nie okazać sła­bości, byle się nie ośmieszyć, gotów jest na wojnę ze wszystkimi.

Łatwo wyobrazić sobie główne przekazy dnia partyjnej pro­pagandy: że orzeczenie Komisji Weneckiej to zemsta euro­pejskich lewaków za nasz dzielny opór wobec przyjmowania uchodźców; że to kolejny zamach na polską suwerenność; że opinie prawne w sprawie TK są różne i podzielone; że KW, nasz TK i w ogóle sądy wypowiadają opinie, a ostateczny to jest Sąd Boży; że Trybunał składa się z konkretnych ludzi, z których każdy ma jakiś życiorys i poglądy; że może coś przyjmiemy, a coś nie,
ale się zobaczy. Na pewno zawstydzającą merytoryczną i polityczną porażkę w sprawie TK PiS spróbuje przykryć tzw. audytem rządu PO-PSL. Nie darmo przez sto dni szu­kano w ministerstwach haków na poprzedników. To, co się wysypie, będzie bardzo trudne do weryfikacji (min. Macie­rewicz już ogłosił wielki układ korupcyjny w MON, którego jednak nie można ujawnić ze względów bezpieczeństwa), ale TVP będzie codziennie siało grozę opowieściami o nie­prawdopodobnych przekrętach starej władzy, która teraz, w panice, próbuje schować się za Trybunał Konstytucyjny.
Będą także inne prokuratorsko-agenturalne spektakle (wejście do domu p. Biernata, rewizja u Jaruzelskich, może u sędziego Łączewskiego, przesłuchanie byłego szefa stadniny koni arabskich czy Tomasza Arabskiego).

W tej rewolucyjnej operze jedna z głównych ról jest przypisana Beacie Szydło. Pani premier będzie utyskiwać na opozycję, że nie daje przeprowadzić dobrych, konkretnych zmian, że jątrzy, donosi, psuje imię Polski. Sam Jarosław Kaczyński, atakując poprzednią wła­dzę, użył barwnej metafory: otóż rząd to teatrzyk cieni, film wyświe­tlany na kurtynie zasłaniającej przed maluczkimi prawdziwą grę inte­resów. Pasuje dziś jak ulał. Ale sprawy Trybunału, także dzięki KOD, nie da się już rozgrywać za kurtyną. Miliony Polaków wiedzą, że od tego zależy wszystko inne. Jeśli padnie Trybunał, nie będzie już żadnego ograniczenia dla woluntaryzmu władzy. Uchwalą i zrobią, co ze­chcą. Pewnie zostało nam jeszcze ze dwa-trzy tygodnie, aby nowa ekipa zrozumiała, lub zostało jej to wytłumaczone, że destabilizacja polskiego państwa i prawa, paraliż sądownictwa, międzynarodowa izolacja polskiego rządu, groźba sankcji i bojkotu - może dać krótką polityczną frajdę (zdrajcy nas atakują), ale jednocześnie wynosi rząd PiS poza strefę zachodniej wspólnoty, dramatycznie osłabia uzyskaną w wyborach legitymację do rządzenia. Pytanie na marzec: czy na­czelny woźnica kraju pociągnie wreszcie za lejce czy jeszcze przyłoży batem? I co się stanie z wozem, na którym wszyscy jedziemy?
Jerzy Baczyński

Zrobiony w konia

Już nie wiadomo, czy wszystko jest OK - jak zapewniała pre­mier Szydło w Parlamencie Europejskim, czy nic nie jest OK i trzeba ośmiu lat, żeby Polskę zmie­nić - jak mówi prezes Kaczyński w „Financial Times”.
   Mówienie, że nic nie jest OK, to typowy przykład pe­dagogiki wstydu, czyli „Polska w ruinie”. Lada dzień potwierdzi to wykonany przez rząd PiS audyt, który pokaże otchłań, w jakiej żyjemy. Jako żoliborzanin chętnie bym zaprosił prezesa Kaczyńskiego na mały audyt naszej dzielnicy. Zapraszam na plac Inwalidów
od prezesa rzut beretem. Gdzie moglibyśmy usiąść i pogadać jak Polak z Polakiem? W latach 70. w tej oko­licy istniał tylko jeden „zakład gastronomiczny” - bar mleczny przy ul. Czarnieckiego, gdzie po 1989 r. wyda­wano „zupę Kuronia”, który mieszkał dwa kroki stąd. Poza tym - pustynia. Dzisiaj wystarczy, że pan prezes wyjdzie z domu, przejdzie się wzdłuż parku Żerom­skiego (pięknie reanimowanego za unijne pieniądze, w czasie kiedy prezydentem miasta był Lech Kaczyń­ski), by trafić na plac Inwalidów, przy którym naliczy­łem co najmniej 12 (dwanaście) restauracji, barów, ka­wiarni i winiarni. Już nie pije się wódeczki na stojąco, kupowanej na kieliszki w oknie pewnego mieszkania na parterze. Pamięta pan?
   A dla bardziej wymagających umysłowo na miejscu dawnego banku (!) otwarto czytelnię naukową biblio­teki publicznej, z komputerami i wszelkimi szykanami, gdzie oprócz książek można poczytać gazety lub cza­sopisma, jeszcze niezakazane przez byle jakiego mini­stra. Dobra zmiana w Polsce trwa od lat, tylko trzeba mieć oczy otwarte. Oczywiście suweren ma rację, uznał te zmiany za niewystarczające, nie dość sprawiedliwe, ale nie dajmy się zwariować. Nie jest już tak, że spotkać się można tylko pod budką z piwem.
Powie ktoś: to jest stolica, zamożna dzielnica, a „Pol­ska B” tylko się oblizuje ze smakiem, ponad połowa Po­laków zarabia nie więcej niż 2500-3000 zł, ich nie stać na kebaba (zawsze pełen ludzi Amrit Kebab, dwie mi­nuty od Prezesa). To prawda, są rejony bogatsze i bied­niejsze, ale to się poprawi dzięki dobrej zmianie! Pod­wyższenie kwoty wolnej od podatku, 500+, wcześniejsza emerytura, niższy podatek dla małych firm, bezpłatne leki dla 75+, kredyty w walutach korzystnie przeliczo­ne według sprawiedliwego kursu a la prezydent Duda
wszystko to spowoduje, że kebab trafi pod strzechy. Już za osiem lat. Dzieci urodzone za 500+ oraz starcy z gotówką oszczędzoną w aptece będą jeść, pić i popusz­czać pasa. Niestety, „dobra zmiana” ma swoją brzydką stronę: Polska znalazła się na kolanach. Na cenzuro­wanym w Parlamencie Europejskim i w Radzie Europy, do Warszawy przyjeżdżają rewizorzy praw człowieka, członkowie Komisji Weneckiej, która już nam pogroziła (wiem, wiem: „to tylko opinia”), minister Waszczykowski podczas spotkania z sekretarzem stanu USA Johnem Kerrym, zamiast wykorzystać swoje 30 minut, musi tłumaczyć się z tego, co dzieje się w Polsce. Czy to nie jest upokarzające, że wszędzie musimy się usprawie­dliwiać? Światowe media nie mogą uwierzyć w to, co się u nas dzieje. Pierwszych kilka artykułów moż­na było wytłumaczyć tym, że Anne Applebaum (znana polakożerczyni) nakablowała koledze z „Washington Post”, a zgorzk­niały „Zdradek” ma kumpla w „The Economist”. Ale kie­dy odezwały się media od Kalifornii do Włoch, to trudno było wszystko zwalić na tych, którzy utracili w Polsce władzę i przywileje.
   Jaki koń jest - każdy widzi. Zagrożony Trybunał Konsty­tucyjny i niezależność sądów (w końcu to minister Ziobro będzie decydował o awansach sędziowskich) oraz proku­ratura - ponownie podporządkowana rządowi. Służba cywilna zlikwidowana, zamiast tego sypią się nominacje prawdziwy festiwal niekompetencji: komendant policji nie ten, szef holdingu zbrojeniowego - nie ten, dyrek­tor Zamku Królewskiego - nie ta, którą rekomendowała rada powiernicza. Wywalili nawet zasłużonych dyrekto­rów sławnych stadnin koni arabskich oraz ambasadora Arabskiego. Tylko patrzeć, jak zabiorą się za stajennych, dorożkarzy i dziennikarzy, nie tylko „publicznych”.

Z szafy Kiszczaka wypadł mój prywatny list za socjali­zmem - przeciwko zbrodniom - który IPN nie wiado­mo jakim prawem opublikował. Cały list i mój komentarz znajdują się na moim blogu en passant (polityka.pl/blogi). List ten składa się z dwóch części. Pierwsza jest pisa­na wazeliną, druga - piołunem. Co robią media prawi­cowe? Cytują tylko wazelinę. „Rzeczpospolita” tak pisze: „Światło dzienne ujrzał także list dziennikarza »Polityki« Daniela Passenta z 29 października 1984 r. Pismo to do­tyczyło zabójstwa ks. Jerzego, do którego doszło 10 dni wcześniej. »Szanowny Panie Generale! W tych trudnych dla kraju i dla pana osobiście dniach ośmielam się na­pisać kilka słów, by dać dowód pamięci i poparcia linii, którą pan reprezentuje« - rozpoczyna list Passent”. I tyle. Koniec. Kropka. Ani słowa o treści mojego listu. A przecież w dalszym ciągu listu pytałem: „Jak to mogło się stać, że w resorcie, w którym jest tak szczegółowy dobór kadr i tak wysokie upartyjnienie - mogło dojść do takiego zwyrod­nienia kilku pracowników? Po drugie, a to uważam za naj­ważniejsze - czy możemy uważać uprowadzenie ks. Po­piełuszki za akt całkowicie izolowany? Niestety, nie”. Opinia publiczna - pisałem - „nie ma zaufania do wersji oficjalnej”, widzi to porwanie „jako dalszy ciąg Bydgosz­czy, Nowej Huty, Bartoszcze, Przemyka itd.”. Ostrzega­łem, że „osobnicy w rodzaju Grzegorza Piotrowskiego znów poczują się niezbędni”, a w sprawie morderstwa Przemyka niesłusznie ochroniono policjantów. I tak da­lej, w tym duchu. Niestety, media prawicowe od „Rzecz­pospolitej” po rozmaite Niezależne czy wPolityce zlizały z mojego listu tylko wazelinę, mówiąc o „hołdowniczym liście Passenta” - resztę starannie przemilczając. Że coś takiego robią prawicowe media, które kłamią codziennie to mnie nie dziwi. Dziwi mnie natomiast, że w szafie Kiszczaka znalazł się tylko mój list do generała przeciwko mordercom z MSW. A gdzie są inne?
Daniel Passent

Smród

Bardzo dawno temu, kiedy wszyscy w moim wieku mieli po 16 lat, kumpel mnie spytał:
Stasiek, czy ty wiesz, co to jest jednokąt ujemny? Byłem na sto procent pewny, że mnie robi w konia, ale nie pękałem. - Jasiu, od­powiedziałem, a czy ty wiesz, że nieskończoność nie ist­nieje? Jasio rozdziawił dziób: - Jak to nie istnieje? To co jest dalej? - Nic, nieskończoność się kończy i już. Tylko to jest tak daleko, że nikt tam jeszcze nie doleciał i tego końca nie sfotografował. W ten sposób kombinując, już po dwóch ty­godniach doszliśmy do wspaniałych rezultatów. Najczulej wspominam bryłę sprzecznie otwartą. Wejść do niej było łatwo, ale wyjścia żadnego nie było...
   Że głupie i absurdalne? Właśnie o to chodziło, bo ab­surd zawsze mnie bawił. I nagle od stu dni przestał. Po­szedłem do swojego lekarza. - Nie ma pana doktora - po­wiedziała pielęgniarka - został dyrektorem tej kopalni, co jest w upadku. Pojechałem do kopalni. Była zamknięta na cztery spusty. Górnicy mieli zebranie na zewnątrz. Wła­śnie swoje wystąpienie kończył poseł Sasin, który jeszcze raz podkreślił, że „Ida” to film dający „fałszywe wyobra­żenie o tym, co działo się w Polsce w czasie drugiej wojny światowej ”, bo przecież to Niemcy, a nie Polacy mordowali Żydów. Górnicy kiwali głowami i obiecywali, że powtórzą to żonom. Tylko jeden nie kiwał. Krzyknął: Dlaczego za­mknęliście naszą kopalnię?
   - Za to otwieramy kilkanaście nowych muzeów. Sybiru, Ziem Zachodnich, Kresów, Westerplatte, Żołnierzy Wyklę­tych. .. - odkrzyknął wysiadający właśnie z limuzyny wice­premier Gliński - musimy budować wspólnotę narodową i dowartościować nurty dotąd spychane na margines.
   Górnicy słuchali i zapewniali, że nie powtórzą tego żo­nom. Nieoczekiwanie zza wielkiej hałdy węgla wyłonił się duet Szydło-Szyszko. Pani premier poinformowała zebranych, że ta właśnie, kolejna już hałda, stała się własnością Rady Mi­nistrów, więc rząd czuje się na niej jak u siebie w domu. - Każdy z tu obecnych może sobie wziąć ka­wałek naszej narodowej kopaliny na pamiątkę. Zróbcie piękny pre­zencik waszym dzieciom z okazji 100 dni rządu - zachęcała Beata Szydło. To mówiąc, wyciągnęła z niebieskiej teczki zwój biało-czerwonej wstęgi, aby każdy mógł sobie przewiązać swoją bryłkę.
   A co z pracą? - dał się słyszeć kolejny okrzyk z tłumu. Uciszył go minister Szyszko, który zszedł z hałdy, trzy­mając w ręku słoik. - Tu jest wasza praca - powiedział z uśmiechem. - Powąchajcie, co planuje Ministerstwo Śro­dowiska. Postanowiliśmy zadbać o polskie miasta i wsie. Mój resort wkrótce przedstawi ustawę, która pozwoli Po­lakom żyć w atmosferze wolnej od uciążliwych zapachów. Smrodu po prostu. W całym kraju dokładnie wskażemy miejsca, gdzie i co może wydzielać woń i w jakim natęże­niu. Wyszkolimy tysiące specjalistów, roboty będzie dla każdego na wiele lat. Żadnej aparatury nie potrzebujemy, wystarczą nosy. Trójki wąchaczy, zawsze idąc pod wiatr, przemierzą codziennie składowiska śmieci, gospodarstwa rolne oraz przedsiębiorstwa w całym kraju i ocenią, czy długo da się wytrzymać w takim zapachu, jaki właśnie ba­dają. Na koniec dodam, że Puszczę Białowieską wytniemy z innych powodów.

Do tej pory największym natężeniem wydzielanego fe­toru mogą się jednak poszczycić liczni rządowi polity­cy. Jacek Żalek na przykład, z partii Gowina Polska Razem, opluł wielotysięczne manifestacje KOD, maszerujące pod hasłem „My, naród” taką oto recenzją: „Jeżeli to jest naród, to rozumiem, że to jest ten naród, który miał krępującą przeszłość w SB i UB. Ale to nie jest naród polski”. Zapa­miętajmy sobie te słowa.
Stanisław Tym

piątek, 4 marca 2016

TU ES PETRU



RYSZARD PETRU nieoczekiwanie wyrósł na lidera największej partii opozycyjnej. To Petru staje się opoką i nadzieją opozycji. Nowoczesna w sondażach wyprzedza PO, która nim wzgardziła. A ostatnio nawet PiS!

Ma 43 lata, a że jest szczupły i wysportowany, wygląda na nieco młodszego. Do polityki ciągnęło go od za­wsze. Ci, którzy go znają i lubią, mówią, że wreszcie udało mu się zrealizować życiowe marzenie. Mniej przychylni szydzą, że w bankowości się skończył, od kilku lat nie miał żadnej dobrej propozycji w sektorze finansowym, więc po­szedł do polityki. Sam Petru wzrusza ramionami: - Do polityki powinien iść ten, kto ma sukces. Także finansowy. 2015 r. był dla niego najlepszy pod tym względem. Może sobie po prostu pozwo­lić na politykę. Poza tym liczy się wynik. A ten, każdy musi przy­znać, jest zaskakująco dobry. Więc nawet się nie dziwi, że ciągle próbują mu przypiąć jakąś łatkę. Najpierw „frankowego oszusta”. Przypomniano, że w 2008 r., jako główny ekonomista banku BPH, zapewniał, że „złoty będzie się umacniał, a kredyty we frankach jeszcze długo pozostaną bezpieczne i opłacalne” (z wywiadu dla „Polska the Times”). Zaledwie klika miesięcy później przewalutował swój własny kredyt na złotówki, o czym doniósł „Fakt”.
- Spłaciłem wcześniej kredyt, przewalutowując go - doprecyzo­wuje Petru. Co nie przeszkodziło mu jeszcze w 2014 r. zapewniać Polaków, że frank nie przekroczy bariery 4 zł. Przekroczył, co było już wtedy dość oczywiste. Wpadkę Petru komentowano, że albo jest tak kiepskim analitykiem, albo po prostu, jako człowiek do wy­najęcia, mówi, co mu każą. Sam w każdym razie na frankach nie stracił. Jakiego dorobił się majątku, dokładnie nie wiadomo, bo za­raz po wyborach wziął z żoną finansowy rozwód. W obowiązko­wym oświadczeniu majątkowym wykazał zatem tylko swój ma­jątek: 3,6 min zł. I ujawnił, że jego firma consultingowa w 2015 r. przyniosła niemal 600 tys. dochodu. Ledwo ucichło w tabloidach
O rozdzielności majątkowej małżeństwa Petru, „Wprost” ujawnił, że Narodowe Centrum Kultury sfinansowało wydanie dwóch ksią­żek lidera Nowoczesnej. Tygodnik sugerował, że NCK popierało w ten sposób „swoich", co nie do końca jest jasne, bo przecież Petru odebrał głosy rządzącej Platformie Obywatelskiej, ostro krytykował rząd w kampanii i swój raczej już nie jest. Zarówno polityk, jak i dyrektor NCK zapowiedzieli złożenie pozwów.

czwartek, 3 marca 2016

Przyjacielski ogień



PiS, zmieniając hurtem prawo, wie, w kogo chce uderzyć, ale nie umie przewidzieć, kto oberwie naprawdę. Właśnie rykoszetem dostali polscy producenci żywności.

Joanna Solska

Józef Konarczak z Pogorzeli w Wielkopolsce, znany pro­ducent wędlin, liczył, że szumnie zapowiadana ustawa o podatku dla hipermarketów pomoże polskim firmom. Po przyjrzeniu się projektowi twierdzi, że będzie o wie­le gorzej, niż było. Takiej pomocy rządu jego firma może nie przetrzymać. Z niepokojem czeka na kolejny projekt ustawy, który ma być gotowy do końca miesiąca.
   Projekt ministra finansów Pawła Szałamachy poszedł do ko­sza, bo suchej nitki nie zostawili na nim zarówno polscy han­dlowcy, którzy mieli być jego beneficjentami, jak i koledzy z rządu - Mateusz Morawiecki oraz Jarosław Gowin - a także Komisja Europejska. Ale przedsiębiorcy tracą wiarę, że na­stępny projekt będzie lepszy. Z przecieków wiadomo, że trzeba będzie zrezygnować z progresji obciążeń podatkowych, która miała spowodować, że duzi (a więc w praktyce zagraniczne sieci) zapłacą więcej niż mali.
   Nie ma już dzisiaj wątpliwości, że największą ofiarą bitwy o handel staną się polscy producenci. Czyli firmy, które są do­stawcami towarów do dużych sieci. Nie chcąc podnosić cen konsumentom, hipermarkety spróbują mniej płacić produ­centom. Są silne, to one dyktują warunki. Józef Konarczak kibicował „dobrej zmianie” dlatego, że PiS obiecywało ten dyktat zlikwidować. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że go wzmocni.

środa, 2 marca 2016

Rewolucja wymaga ofiar



Najczęściej słyszą, że nie pasują do koncepcji A czasem w ogóle nic nie słyszą. Mają zabrać swoje rzeczy i zniknąć z redakcji. Od czasu przejęcia mediów publicznych przez PiS pracę straciło już co najmniej 65 osób.

RENATA KIM, EWELINA LIS

Strasznie szybko wylatują lu­dzie z radia i telewizji. Jak z procy - wzdycha Kamila Ter- pial, która wyleciała z radiowej Jedynki po 10 latach pracy.
Był poniedziałek 18 stycznia. Tego dnia do budynku Polskiego Radia w Warsza­wie wkroczył nowy dyrektor Jedynki Ra­fał Porzeziński, wcześniej dziennikarz prawicowej TV Republika. O 15.30 Ka­mila Terpiał miała poprowadzić audycję, ale półtorej godziny wcześniej została odsunięta z anteny. A potem także zdjęta z grafiku. Bez żadnych wyjaśnień.
   - Nie spodziewałam się tego. Stara­łam się przyjąć odsunięcie na chłodno, nie okazywać emocji, jak najszybciej się spakować i wyjść z radia. Ale pękłam, zaczęłam płakać. Zabrałam torebkę, ja­kiś notatnik, resztę rzeczy zostawiłam i wyszłam, a właściwie uciekłam - opo­wiada.
   Tamtego dnia miała już zaproszone­go gościa, to był prof. Aleksander Smo­lar. - Rozmowa się odbyła, poprowadził ją ktoś inny. Potem się dowiedziałam, że prof. Smolar był zdziwiony, pytał, gdzie jestem. I skąd ta zmiana? Czy ma zwią­zek z sytuacją polityczną? Usłyszał, że nie, po prostu jestem chora - opowiada dziennikarka.
   Domyśla się, że została odsunięta za to, że poparła akcję dyrektora Jedyn­ki Kamila Dąbrowy, który na począt­ku stycznia zdecydował, że w proteście przeciwko tzw. małej nowelizacji ustawy medialnej co godzinę na antenie będzie grany polski hymn, na zmianę z „Odą do radości” z IX symfonii Beethovena. - Mój mąż również się podpisał pod tą akcją, kilka razy powiedział w audycji, że po­piera granie hymnu, tłumaczył dlaczego - mówi Kamila Terpiał.
   Tego samego dnia mąż też się dowie­dział, że został odsunięty. Bez wyjaśnie­nia. - Prosiłem o nie, ale usłyszałem, że o sprawach ważnych dyrektor chce rozmawiać osobiście. Do spotkania nie doszło - mówi Przemysław Szubartowicz, który w Jedynce przepracował siedem lat.
Dyrektora Jedynki Kamila Dąbro­wy już wtedy w radiu nie było, został zwolniony dyscyplinarnie. Za hymn.