PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 29 lutego 2016

O szulerze, który ograł szulera



Sprawa „Bolka” nie miałaby takiej rangi, gdyby Lech Wałęsa nie spotkał na swej drodze Jarosława Kaczyńskiego. Ich toksyczny sojusz przyspieszył upadek obozu solidarnościowego. A późniejszy konflikt doprowadził do upadku solidarnościowego mitu.

RAFAŁ KALUKIN

SCENA PIERWSZA: SPOTKANIE
Był lipiec 1980 roku. W Słupsku od­bywał się proces młodego robotnika Marka Kozłowskiego, którego milicja wrobiła w przestępstwo. Jarosław Ka­czyński przybył z Warszawy wraz ze Zbi­gniewem Romaszewskim, aby wesprzeć chłopaka. Dołączył opozycyjny gdański adwokat Jacek Taylor oraz dwaj młodzi działacze Wolnych Związków Zawodo­wych z Trójmiasta.
   Relacja Kaczyńskiego (1991): „Wra­caliśmy z tego procesu do Gdańska, ci dwaj z WZZ (...) opowiadali, że nie mają pieniędzy, że Lechu dał im za mało pie­niędzy. Wysiedliśmy wreszcie z powo­li jadącego pociągu osobowego Słupsk
- Gdańsk i tam gdzieś czekał na tych lu­dzi taki nieduży człowiek z wąsami. I to był Lech Wałęsa. Podaliśmy sobie rękę i tyle. Wcześnie słyszałem o nim, natu­ralnie, od brata”.
Na pytanie dziennikarki, czy miał przeczucie, że będzie to jedna z najwięk­szych polskich karier politycznych, Ka­czyński odparł: „Uczciwie mówiąc, nie miałem najsłabszego przeczucia na ten temat. Zwróciłem na niego uwagę, bo tyle o nim opowiadali w drodze, byli kompletnie bez pieniędzy, pamiętam, że nawet postawiłem im piwo. Myślę, że chyba był tam przypadkowo, nie wy­obrażam sobie, żeby specjalnie po nich wychodził na dworzec. Ale nie wiem, może?”.
Kilka tygodni później w Stoczni Gdań­skiej wybuchł wielki strajk i „nieduży człowiek z wąsami” urósł niebotycznie.

niedziela, 28 lutego 2016

Skarb z odzysku



Rząd PiS kończy z prywatyzacją i zaczyna proces odwrotny - renacjonalizację. Lista spółek do odbicia jest długa, o nie będzie operacja rękawiczkach.

Na początek trzeba odzyskać Kasprowy Wierch. Dlaczego? „Bo to nasze dziedzictwo, nasze narodowe dobro” - prze­konuje Jarosław Kaczyński. Podczas wizyty w Zakopa­nem uspokajał górali: „Już dziś toczą się procesy, które być może pozwolą nam odzyskać sprzedaną przez rząd PO kolejkę na Kasprowy”. Zakopiańscy samorządowcy PiS zyskali wsparcie samego prezesa oraz jego rządu, bo sprawa jest poważna.
Pojawiło się podejrzenie, że Kasprowy Wierch został nie tylko sprzedany, ale wręcz oderwany od Polski i przyłączony do księ­stwa Luksemburga. Wszystko za sprawą sprzedaży spółki Polskie Koleje Linowe, której perłą w koronie jest kolejka linowa na Ka­sprowy. Wraz z szeregiem innych kolejek w Tatrach i Beskidach (Gubałówka, Góra Żar, Jaworzyna Krynicka, Góra Parkowa, Pa­lenica, Mosorny Groń) kupiła ją spółka Polskie Koleje Górskie od Grupy PKP za 215 min zł.
   PKP wystawiła na sprzedaż kolejki oraz kilka innych swoich spółek po to, by zmniejszyć gigantyczne zadłużenie. I to się uda­ło - dług PKP z 4 mld zł skurczył się do 500 min zł. Dziś jednak sprzedane spółki PKP są na krótkiej liście do pilnego odzyskania. A PKL na pierwszym miejscu. To spółka strategiczna, bo wozi naród na Kasprowy i Gubałówkę.

sobota, 27 lutego 2016

Bolek i Wielki Brat, Ballada o pięknym kraju, Test Wałęsy, Ciemniaki z Zachodu i A niech to jasny gwint!



Bolek i Wielki Brat

Kilka dni temu prezydent Duda zapowiedział „ofensywną politykę historyczną”. Niemal na­tychmiast z wielką życzliwością odnieśli się do tego wdowa po pierwszym esbeku PRL, funkcjonariusze IPN i PiS-owscy propagandyści.
   Prezydent sugerował skupienie większej uwagi na po­staci Kościuszki. Kościuszko musi jednak poczekać. Poza wszystkim - przegrał. Przegrani zaś nie budzą u nas wiel­kich namiętności, przegrana była w końcu w naszej historii normą. Porażka, a najlepiej klęska, jest w Polsce wyjątkowo sexy. Klęski są więc sexy, ale największe namiętności budzą autorzy triumfów. Ponieważ triumfy są nieliczne i stanowią smutne odstępstwo od stałej linii w naszych dziejach, trium­fatorów trzeba zniszczyć, żeby im i ich miłośnikom w głowie się nie poprzewracało.
   Jak mawiali bolszewicy, najtrudniej jest przewidzieć prze­szłość. Ot, taka kokieteria, w końcu kiedyś bolszewicy, a dziś ludzie o bolszewickiej mentalności, przeszłością zająć się potrafią, przedstawiając ją we właściwym świetle. Wiadomo więc było już w momencie odzyskania przez Polaków swe­go państwa w 1989 r., że wkrótce symbol tego zwycięstwa, Lech Wałęsa, zostanie obwołany świnią i agentem. Tradycja to u nas świętość, a obrzucanie łajnem bohaterów tradycję w Polsce ma długą. Agentem i zdrajcą był przecież Piłsudski, dlaczegóż więc agentem i łajdakiem nie miałby być Wałęsa?
   Oczywiście w odkrywaniu „prawdziwej przeszłości Wałę­sy” nie tylko i nie przede wszystkim o Wałęsę idzie. Owszem, umazanie go ekskrementami sprawia wielu niekłamaną ra­dość, ale dowodzącym całą operacją zniesławiania nie o proste satysfakcje idzie. Idzie o napisanie na nowo całej niedawnej historii.
   A teraz, mili państwo, opowiemy Wam, jak było naprawdę. Było bowiem zupełnie inaczej, niż naiwnie sądziliście. SB już w 1970 r, przewidziała rewoltę robotników w roku 1980. Aby mieć nad nią dozór, od 1970 r. SB szykowała do roli kontrolo­wanego przez nią przywódcy ruchu, który miał się narodzić w 1980 r., figuranta, niejakiego Wałęsę. Już wcześniej władza wsadziła do więzienia niejakiego Kuronia, a potem niejakie­go Michnika. Szło SB o stworzenie im fikcyjnej opozycyjnej karty, dzięki której po przewidywanym przez SB już w 1970 r. przełomie z roku 1989 figurant Wałęsa razem z Michnikiem i Kuroniem oraz paroma innymi mieli niby przejąć władzę od komunistów, by tak naprawdę, w nowych już warunkach, ko­muniści władzę zachowali. Częścią operacji było powołanie przez SB ruchu Solidarność. Najważniejszych, kontrolowa­nych przez SB przywódców ruchu w roku 1981 internowano, by i oni mogli w 1989 r. posłużyć się opozycyjną kartą

piątek, 26 lutego 2016

Państwo? Niech się goni



Biedni pójdą po 500 złotych, bo muszą zapłacić za prąd. Bogaci pójdą z przekory. Samotne matki, jak zwykle, zostaną same. A dzieci z tego nie będzie.

ANNA SZULC

To będzie wielki sukces Rzeczypospolitej - za­pewnił prezydent Andrzej Duda, podpisując usta­wę „Rodzina 500 plus”. Oświadczył, że jest szczęśliwy, bo pro­gram „oznacza wsparcie ze strony pań­stwa dla tych, którzy są najważniejsi - dla rodzin posiadających dzieci”.
   Innego zdania jest dr ekonomii Boh­dan Wyżnikiewicz, były prezes GUS, wiceprezes Instytutu Badań nad Go­spodarką Rynkową. - Wszyscy z włas­nej kieszeni zapłacimy za tę katastrofę. Ekonomiczną, bo budżet tego nie wy­trzyma, czeka nas scenariusz grecki. De­mograficzną, bo mało kto zdecyduje się na dziecko z powodu 500 złotych.
   Moralną również. Polak Polakowi bę­dzie wilkiem. Przykłady już są. Tylko w zeszłym tygodniu w niewielkiej war­szawskiej organizacji pozarządowej dwóch ojców znanych z pracy na rzecz innych pobiło się na oczach zespołu o to, który z nich powinien dostać więcej. Czy ten z dwójką małych dzieci, czy może jednak ojciec dorastającej czwórki?
   Właścicielka firmy pod Wrocławiem, matka trójki dzieci (w wieku od 3 do 9 lat), rzuciła w szwagra kieliszkiem, roz­cinając mu wargę. Bo powiedział, że ta­kie bogaczki jak ona powinny same zadbać o przyszłość swoich bachorów.
A nie wyciągać kasę od państwa. W Kra­kowie z kolei dwie nauczycielki z jed­nej podstawówki poszarpały się za włosy w obecności dzieci. Wszystko przez to, że jedna z nich zażartowała z obiecywa­nej przez rząd inwestycji w naród. Z tego, że program jest dla wszystkich. Ale tak naprawdę chodziło jej o to, że w ramach inwestycji w naród koleżanka dostanie od państwa tysiąc złotych miesięcznie. A ona nie dostanie nic, choć jest wdową z trójką dzieci. Powód? Dwójka dzieci do­rosła, tylko najmłodsza w przedszkolu.

czwartek, 25 lutego 2016

Wróg publiczny



Jeszcze niedawno był jednym z najbardziej wpływowych ludzi w Polsce. Niedługo ma stanąć przed sądem, oskarżony w sprawie katastrofy smoleńskiej. I pewnie nie będzie to ostatni proces Tomasza Arabskiego.

Miło cię jeszcze widzieć na wol­ności - żartują znajomi na powitanie. Jemu samemu nie jest specjalnie do śmiechu. Mimo przekonania, że sprawa w wymiarze prawnym wydaje się dość oczywista, ma świadomość, że czeka go sądowa dro­ga przez mękę.
   Sprawa dotyczy organizacji lotu do Smoleńska. Akta liczą blisko 200 to­mów. Prokuratura wykonała gigantycz­ną pracę, przesłuchała setki świadków, zgromadziła dziesiątki ekspertyz. I trzy­krotnie umarzała śledztwo. Stwierdzono błędy i zaniedbania w organizacji lotu, ale prokuratorzy uznali, że nie wyczer­pują one znamion przestępstwa i nie wystarczą do postawienia zarzutów. Pry­watny akt oskarżenia wnieśli członkowie rodzin pięciu ofiar katastrofy. Zarzucają urzędnikom, że nie dopełnili obowiąz­ków służbowych (art. 231 k.k.), co miało wpłynąć na bezpieczeństwo lotu. Grozi za to do trzech lat pozbawienia wolności. Sąd uznał, że nie może umorzyć sprawy bez oceny dowodów.
   - W sytuacji prywatnego, czyli tzw. subsydiarnego, aktu oskarżenia to pokrzyw­dzeni mają wybór, kogo chcą oskarżyć. Wybrali urzędników Kancelarii Pre­miera i polskiej ambasady w Moskwie. Kancelaria Prezydenta ich nie intereso­wała - mówi mec. Jacek Dubois, któ­ry jest obrońcą jednego z pracowni­ków ambasady.
   Przed sądem ma stanąć pięć osób. Troje pracowników Kancelarii Premie­ra i dwoje z ambasady. Przy czym wia­domo, że główną zwierzyną łowną jest Tomasz Arabski. Pozostała czwórka do­stała rykoszetem. Główny zarzut wobec Arabskiego dotyczy tego, że nie złożył za­mówienia zgodnego z instrukcją HEAD, która reguluje loty najważniejszych osób w państwie. On sam podkreśla, że nie odpowiadał za ten lot, nigdy nie zajmo­wał się organizowaniem prezydenckich wizyt. - Wierzę w wymiar sprawiedliwo­ści - deklaruje Tomasz Arabski. - Przecież nawet w czasach PRL zdarzało się, że za­padały wyroki zgodne z prawem, a nie tylko z oczekiwaniami partyjnymi.

środa, 24 lutego 2016

Cienki ten „Bolek”



Jeśliby na poważnie przyjąć logikę wrogów Wałęsy, to może nawet lepiej, że ciążył mu „Bolek”. Bo dzięki temu uniknęliśmy kolejnego przegranego powstania, a „dobra zmiana” spadła na nas dopiero po ćwierćwieczu wolności i demokracji.

TEKST RAFAŁ KALUKIN

Czy Lech Wałęsa był TW „Bolkiem”? Pewnie był. Tylko co z tego ma wyni­kać? Jedni powiadają, że „Bolek” nie ma znacze­nia. Ta opowieść zaczyna się od grudnio­wej masakry w Gdańsku. Czołgi, opary gazu i trupy na ulicach. Oglądamy mło­dego stoczniowca, który odważnie sta­je w szeregu liderów spontanicznego protestu. Zgarnięty na komendę Milicji Obywatelskiej słyszy jęki maltretowa­nych ludzi. Niema pojęcia, jakie represje mu grożą, za to pamięta o pozostawionej w domu żonie, która dopiero co urodzi­ła mu pierworodnego. W ekstremalnym stresie nawet nie jest w stanie przeczytać podsuniętego mu pod nos tekstu. Parę złożonych podpisów to doprawdy nie­wielka cena za wydostanie się z opresji.
   Przez kilka kolejnych lat Wałęsa lawi­ruje; spotyka się z funkcjonariuszami, ale wrodzony spryt pomaga mu osta­tecznie wywikłać się. Ciąg dalszy to już czytanka: działalność opozycyjna, sierp­niowy strajk, przywództwo nad wielkim ruchem Solidarności, zdana na piąt­kę próba charakteru w stanie wojen­nym, mądre kierowanie ruchem oporu w trudnych latach 80., wreszcie negocjo­wanie kompromisu przy Okrągłym Sto­le i zwieńczenie w postaci prezydentury w wolnej Polsce.
   W tej opowieści wątek „Bolka” jest epi­zodyczny. Istotny może o tyle, o ile ujaw­nił skądinąd znane charakterologiczne skazy Wałęsy: nieumiejętność przyzna­nia się do błędu, megalomanię. Słabością tej opowieści są zagadki i znaki zapyta­nia, których w karierze Wałęsy nie braku- je. W jakich okolicznościach dostał się do stoczni na sierpniowy strajk? Skąd skłon­ność do otaczania się personami tak po­dejrzanymi, jak Mieczysław Wachowski? Co się stało z dokumentami „Bolka”, któ­re zniknęły w czasach belwederskich?
   Rys na obrazie bohatera narodowego będzie więcej, lecz każdą można tłuma­czyć plebejskim nieokrzesaniem Lecha. Albo po prostu pominąć jako nieistotną. Ta opowieść jest przecież solidnie pod­parta historycznymi badaniami. Przy okazji pełni też istotne funkcje ideolo­giczne. Wałęsa jest bowiem najważniej­szym symbolem tej Polski, która uznaje III RP za swoje państwo. To sprawia, że wielu jego admiratorów nie tylko baga­telizuje epizod „Bolka”, lecz w ogóle od­rzuca sensowność badania tej sprawy.
   Może czyni tak dlatego, że druga stro­na przykłada do niej nadmierną wagę.

wtorek, 23 lutego 2016

Sternik w dryfie



Budżetowi państwa na razie nic nie grozi, czego nie można powiedzieć o jego strażniku. Paweł Szałamacha ma już na koncie kilka wpadek i kolejna może go kosztować posadę.

TEKST MIŁOSZ WĘGLEWSKI

Podobno wicepremier i minister finansów przestali do siebie dzwonić. W ważnych spra­wach gospodarczych komunikują się drogą oficjalną albo przez media. Wygląda na to, że między dwoma 47-latkami - Mateuszem Morawieckim i Pawłem Szałamachą - toczy się cicha wojenka. Szef resortu finansów nie ma w niej dużych szans na zwycięstwo.

GŁUCHY TELEFON
Niedawno Morawiecki ostro skrytykował projekt podat­ku od handlu, przygotowany w resorcie Szałamachy. W ze­szłym tygodniu wicepremier przedstawił z kolei swój pomysł na państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego. Chciałby go uczy­nić finansowym i inwestycyjnym centrum swojego programu, który ma dać nowy impet rozwojowy polskiej gospodarce. Tyle że BGK podlega resortowi finansów, który wykorzystuje go jako swoisty skarbiec na bieżące płatności budżetowe. Za pośredni­ctwem BGK ministerstwo dokonuje też operacji finansowych - na przykład na rynku walutowym.
   Pomysł „zabrania” Ministerstwu Finansów BGK nie poprawi relacji Morawieckiego z Szałamachą. Wiadomo, że resort finan­sów jest bardzo sceptyczny wobec tego pomysłu, ale sam mini­ster dyplomatycznie milczy.
   Szałamacha nie komentuje także kolejnej wypowiedzi Mora­wieckiego. Wicepremier - niekryjący krytycyzmu wobec pre­zydenckiego projektu ustawy o pomocy dla zadłużonych we frankach, który mógłby kosztować banki ponad 40 mld zł i zagro­zić stabilności finansowej sektora - powiedział agencji Bloom­berg, że Ministerstwo Finansów zaproponuje nową wersję ustawy.
   Tyle że sam minister Paweł Szałamacha nic o nowej wersji nie wie. A ponieważ kwestia kredytów frankowych to gorący karto­fel, który rząd woli podrzucać prezydentowi, biuro prasowe jego resortu zdementowało medialne doniesienia na ten temat.
   - Czy obaj panowie jeszcze coś konsultują między sobą, czy już tylko zaskakują się projektami i pomysłami? - pyta retorycz­nie wiceprezes jednego z największych banków.

poniedziałek, 22 lutego 2016

NIE DAJMY PLUĆ NA SKARB NARODOWY



Prawica od dawna usiłuje wykreślić Wałęsę z historii i napisać nową, własną; taką, w której okaże się, że to Jarek Kaczyński przeskoczył mur, a nie Lech Wałęsa - mówi Władysław Frasyniuk, legendarny działacz Solidarności.

ROZMAWIA RENATA KIM

NEWSWEEK: Żal panu Lecha Wałęsy?
WŁADYSŁAW FRASYNIUK: Bardzo. Bycie bohaterem w Pol­sce jest jakimś przekleństwem. Tadeusz Kościuszko, Maria Skłodowska-Curie, która dzisiaj uchodziłaby w oczach PiS za puszczalską i demoralizatorkę, mogą być bohaterami tylko dla­tego, że nie żyją. Mieliśmy różne spory, różne rzeczy mu pa­miętam, ale bardzo współczuję Wałęsie. Tym bardziej że jest w całym tym bagnie samotnym człowiekiem. Samotność za­wsze była jego przekleństwem, a dziś dodatkowo brakuje au­torytetów Geremka czy Mazowieckiego, którzy mogliby dać świadectwo prawdzie.

Według prawicy Wałęsa to tajny współpracownik „Bolek”.
- Mówią to ludzie, którzy historię Polski piszą według swoich kompleksów. Mali ludzie, z trzeciego rzędu polityki. O Wałęsie mówią „Bolek”, o mnie mówią „pieprzony szofer” i są zdziwie­ni, że to my mamy swoje miejsce w historii, a oni nie. Nie mogą się pogodzić z tym, że jakiś elektryk ma status bohatera, a oni - w swym przekonaniu mądrzejsi, lepsi i odważniejsi - nie. Mu­szą to sobie zracjonalizować i tu z pomocą przychodzi im praw­dziwy „bohater” tamtych czasów, czyli Czesław Kiszczak, który właśnie dał świadectwo ich wielkości.

Z dokumentów ujawnionych przez wdowę po generale Kiszczaku wynika, że Wałęsa podpisał na początku lat 70. zobowiązanie do współpracy.
- Nawet jak podpisał, to nie umniejsza jego wielkości.

Wierzy pan w te oskarżenia?
- Nie wierzę. Gdyby Lech Wałęsa był agentem SB, to histo­ria Polski potoczyłaby się zupełnie inaczej. Nie byłoby solidar­nościowego podziemia, a my nie bylibyśmy dziś w tym miej scu, w którym jesteśmy. Nie wierzę. W przeciwnym razie musiał­bym przyznać rację tym wszystkim, którzy twierdzą, że ludźmi, którzy zmienili historię, są towarzysze z Kremla, a nie Polacy.

Dlaczego te akta wypłynęły akurat teraz?
- To pytanie, które trzeba zadać głośno. A odpowiedzi należy szukać nie tylko w Polsce, ale też na świecie. Jak się popatrzy na to, co się dzieje w Turcji, Syrii, całej Europie, jak się posłucha, jakim językiem mówią teraz Stany Zjednoczone, to człowiek dochodzi do wniosku, że trzeba być bardzo ostrożnym w oce­nie tych wszystkich rewelacji, jakimi się nas codziennie karmi. Trzeba się zastanowić, czy to nie towarzysz radziecki otworzył szafę Kiszczaka, bo tylko jemu służy nasza wewnętrzna woj­na. Dobrze by było, żeby ci wszyscy badacze i ci, którzy chcą te teczki politycznie wykorzystać, nie okazali się naiwniakami uruchomionymi przez towarzyszy radzieckich.

niedziela, 21 lutego 2016

VATman w odstawce



Formalnie Witold Modzelewski nie para się polityką, ale od lat wśród polityków się kręci. Ostatnio twórca polskiego systemu podatkowego postawił na PiS, lecz po wyborach zwycięska partia schowała jego reformatorskie pomysły do szuflady.

RADOSŁAW OMACHEL

Plany uszczelnienia VAT i akcyzy zostały stor­pedowane, a program podatkowy PiS ośmie­szony w oczach wyborców.
To opinia... eksperta podatkowego PiS, prof. Witolda Modzelewskiego. Ma preten­sje do polityków partii Kaczyńskiego, którzy zapowiadali podatkową rewolucję: szybkie uchwalenie nowej i kluczowej ustawy o VAT, gruntowne zmia­ny w podatku dochodowym od firm oraz akcyzie. Wszystko po to, by uszczelnić dziurawy jak sito system poboru danin publicz­nych i znaleźć dziesiątki miliardów niezbędne na sfinansowanie hojnych przedwyborczych obietnic.
   Na razie na rewolucję się nie zanosi. Projekt nowej ustawy o VAT, zamówiony trzy lata temu przez partię Jarosława Kaczyń­skiego za ciężkie pieniądze u jej czołowego doradcy w sprawach podatkowych, prof. Witolda Modzelewskiego, leży w szufladzie, choć wymachiwano nim w kampanii wyborczej. A szefowie re­sortu finansów - wzorem poprzedników - zapowiadają jedynie kosmetyczne próby łatania systemu.

sobota, 20 lutego 2016

Nie będzie kornik pluł nam w twarz



Minister środowiska za chwilę zatwierdzi gigantyczną wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej. W ten sposób PiS otworzy sobie nowy front w nowym konflikcie. Ekolodzy mówią: będzie druga Rospuda.

WOJCIECH CIEŚLA

Gdy siły ciemności rozpełz­ły się po Śródziemni, zły czarownik Saruman za­czął wycinać prastary las. To rozjuszyło strażników drzew - Entów. We „Władcy Pierścieni” Entowie ruszają na twierdzę Sarumana ruszają na twierdzę Sarumana i zwyciężają. Las zostaje uratowany zło - ukarane.
   W polskiej wersji marszu Entów strażni­kami drzew chcą być ekolodzy. Protestują przeciwko planowanej wycince w Puszczy Białowieskiej, 71-letni Jan Szyszko, mi­nister środowiska, jest ich Sarumanem.
   We „Władcy Pierścieni” Sarumana wspierają złowrodzy orkowie. W polskiej wersji wojny o wycinkę Jan Szyszko ma po swojej stronie małego robaczka - kor­nika drukarza. Ma też leśników i ludzi, którzy ekologię uważają za dzieło szata­na. Podwładni ministra S2yszki miejsce dla ekologów widzą w łagrach, a korni­ka uważają za część żydowskiego spisku.

piątek, 19 lutego 2016

Po drugiej stronie bandy



Ryszard Bugaj, ekonomista, socjalista, w PRL działacz opozycji, o powodach swojej rezygnacji z uczestnictwa w prezydenckiej Narodowej Radzie Rozwoju i o tym, kto jest niemoralny w polskiej polityce, a kto tylko grzeszy

Jacek Żakowski: - Na kogo pan głosował?
Ryszard Bugaj: - Na PiS.

Jasne...
Ale nie bez wahań. Bo programowo bliżej mi było do Razem.

Czyli wbrew sobie?
Nie wbrew. Ale chciałem mieć wpływ, a nie łudziłem się, że Razem wejdzie do Sejmu.

Mało brakowało - 3,6 proc. wyciągnęli.
Mieli szczęście. Zanosiło się na góra 2 proc.

Czyli głosował pan taktycznie na PiS, bo?
Po pierwsze, liczyłem, że wprowadzą korektę na rzecz bied­nych ludków.

czwartek, 18 lutego 2016

Żołnierz dobrej zmiany



Grzegorz Rzeczkowski

O tym, że nadchodzi Marzena Paczuska, zwana Paczką, na korytarzach gmachu przy pl. Powstańców mówiło się na długo przed jej przybyciem. - Legenda krwiożer­czej wydawczyni od lat krążyła po studiach telewizyj­nych. Nasłuchałam się o wrzaskach, przekleństwach, wywracaniu do góry nogami gotowych materiałów - opowiada dziennikarka TVP. Inni mówią: samica alfa, wściekła bruneta. Ale też: pewna siebie, kompetentna.
   Lęk przed Paczuską podsycały obawy przed zwolnieniami, które zapowiadali politycy PiS i wspierający ich tzw. niepokorni dzienni­karze. Jak mówią byli pracownicy „Wiadomości”, każdy się spodzie­wał, że będzie źle, ale nie że aż tak. Z ponad 20 osób, które jeszcze na początku stycznia wydawały flagowy program informacyjny TVP dziś została szóstka. Z bardziej znanych tylko prezenter Krzysztof Ziemiec. Nie ma Piotra Kraśki czy Beaty Tadli, których los był przesądzony już po jesiennych wyborach, ale także Piotra Jaźwińskiego, wydawcy z 24-letnim stażem, który pracował przy pierwszych wy­daniach „Wiadomości”, czy Jacka Tacika, obiecującego reportera. Zwolniony z TVP znalazł już pracę wTVN24. - W normalnej firmie byłoby to potraktowane jako działanie na szkodę spółki - złości się jeden z byłych reporterów „Wiadomości”. Nie ma złudzeń - gdyby nie to, że kimś ten program trzeba robić, ofiarami „dobrej zmiany” zostaliby wszyscy ze starej ekipy.

środa, 17 lutego 2016

Mam alergię na endeków



Odbieranie Grossowi medalu jest elementem mało istotnym, wręcz rozrywkowym. To kamyczek w lawinie rujnującej kraj. Polska w ruinie to Polska PiS - mówi historyk Jan Tomasz Gross.

ROZMAWIA ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Czuje się pan zdrajcą ojczyzny?
JAN TOMASZ GROSS: Wręcz przeciwnie. Czuję się polskim patriotą.
Prezydent Duda na wniosek środowisk prawicowych rozważa odebranie panu Krzyża Zasługi. „Taki gest pokazałby opinii publicznej w kraju i za granicą, że Gross jest wrogiem Polski. Jako byłego polskiego obywatela należy go - w stylistyce XXI wieku - nazwać zdrajcą ojczyzny” - twierdzi jeden z polityków PiS.
- Znam tę wypowiedź pana Dziedziczaka, obecnego wiceministra spraw za­granicznych. Pan Dziedziczak myli się kompletnie. Taki gest byłby przez wielu Polaków i większość opinii międzynaro­dowej odebrany jako dowód tego, że naj­wyższe władze Rzeczypospolitej Polskiej wystawiają się na pośmiewisko i zajmu­ją kompletnie nie tym, czym powinny się zajmować.

Czyli?
- Prezydent jest powołany do tego, aby strzec konstytucji. Prezydent Duda nie tylko konstytucji nie chroni, ale wręcz patronuje jej rozmontowywaniu. PiS uznało, że wraz z wyborczym zwycię­stwem stało się właścicielem Polski i wszystko mu wolno. Zawłaszcza dobra, które zupełnie do niego nie należą. Od­biera Polakom ochronę konstytucyjną, czyli zabezpieczenie przed nadużycia­mi władzy; pozbawia sprawności świat urzędniczy, bo kwalifikacje służby cywil­nej zastępuj e kolesiostwem w PiS; odzie­ra Polskę z dobrego imienia i doskonałej reputacji w świecie, W tym kontekście odbieranie Grossowi medalu jest ele­mentem mało istotnym, wręcz rozryw­kowym. To kamyczek w potężnej lawinie rujnującej ten kraj od trzech miesięcy. Polska w ruinie to Polska PiS.

Odda pan medal?
- Jeśli dostanę poważne pismo od pana prezydenta wystosowane na eleganckiej papeterii, to oprawię je sobie w ramki, powieszę na ścianie i będzie to najbar­dziej intrygujący element wśród roz­maitych odznaczeń i dyplomów, które w życiu dostałem. Z pewnością znajo­mi będą to czytali z dużym zaintereso­waniem. Jeżeli prezydent Duda wraz z pismem przyśle ambasadora RP albo innego umyślnego uprawnionego do odbioru odznaczenia państwowego, to naturalnie je oddam.

Mówiąc „ojczyzna”, myśli pan o konkretnym miejscu na ziemi?
- Nie mam prostej odpowiedzi na to py­tanie. Ojczyzna to dla mnie grono przyjaciół, z którymi dorastałem. W tym sensie jest i w Polsce, i rozrzucona po świecie. Ojczyzna to również język, którym roz­mawiam z dziećmi i z sobą samym, gdy prowadzę dialogi wewnętrzne. Moja oj­czyzna jest szeroko rozumianą polskoś­cią osadzoną w oświeceniowej tradycji wolności i praw człowieka.

wtorek, 16 lutego 2016

Kaczym obśmiany + [Video]



A potem ochota, by się z tego wszystkiego pośmiać. Ci, którzy nie cierpią PiS, próbują żartami oswoić swoją traumę.

RENATA KIM

Kiedy Barbara Borzymowska, psycholog z Wrocławia, usłyszała, że członkowie nowej komisji smoleńskiej będą zara­biać 25 tysięcy złotych miesięcznie, strasznie się wkurzyła. I zaraz napisa­ła na facebooku, że też chce tyle zara­biać. Sporo latała samolotem, zawsze wyglądała przez okno na skrzydło, kwalifikacje ma. Okaza­ło się, że wielu jej znajomych z fejsa czuje podobnie, więc utworzyła grupę o nazwie Kontr komisja ds. największej katastrofy.
   - Błyskawicznie posypały się zgłoszenia. Ktoś napisał, że ma gotową ekspertyzę, która może być końcowym oświadcze­niem komisji. Wie też, kogo trzeba oskarżyć o zamach. Inny zgłosił akces, bo - jak wyjaśnił - potrzebuje pieniędzy, a na­stępny wyznał, że nadaje się do tej pracy, ponieważ spędził bardzo dużo czasu w szpitalu psychiatrycznym i sporo się na­uczył od pacjentów - wspomina Barbara Borzymowska.
   Wszystkich przebił mieszkający we Wrocławiu amerykań­ski pastor, który oświadczył, że dzięki niemu komisja smoleń­ska wreszcie będzie miała międzynarodowy charakter. Kiedy został przyjęty, szybko zaczął się rozpychać: usiłował przejąć komisję strzelecką (argumentował, że kiedyś był skautem), a potem zaproponował, by zweryfikować dziadków członków komisji.
   Prezesem samozwańczo ogłosił się informatyk Szymon So­lecki, który przyznał, że co prawda na niczym się nie zna, ale przy odpowiedniej gaży jest gotów poświęcić cenny czas dla oj­czyzny. Natychmiast też zażądał, by zwykli członkowie składa­li mu wiernopoddańcze hołdy i nie wahali się podlizywać.
   - Przy niektórych wpisach ubawiłam się do łez, były ko­miczne - mówi Barbara. Zaskoczyło ją to, z jaką radością lu­dzie wchodzili w tę zabawę. Pisali, że dawno nie czuli się tak dobrze. Część z nich poznała dopiero niedawno przy oka­zji demonstracji organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji.
   Były też zaskoczenia: daleki znajomy, z zawodu lotnik wojsko­wy po kilku godzinach wycofał się z prac w komisji. - Napisał, że przeprasza, ale nie jest wstanie z tego żartować, zbyt wiele widział wypadków lotniczych, w których ginęli jego znajomi. Wytłuma­czyliśmy, że nie robimy sobie żartów z katastrofy lotniczej, tylko z nowej komisji Macierewicza. Bo inaczej nie mamy jak z nią wal­czyć. Obśmiewamy kaczystowski reżim, żeby jakoś sobie z nim poradzić.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Dwójka ze sternikiem



Pani premier dzwoni na Nowogrodzką, żeby nie dać pretekstu. A prezydent niedawno gościł prezesa w pałacu. Po czwartej godzinie rozmowy jeszcze go zatrzymywał.

Michał Krzymowski

Sala już prawie pełna. Prezydent Andrzej Duda za­raz wkroczy, by odebrać nagrodę Człowieka Wol­ności tygodnika „wSieci” i przemówić ze sceny. - Bardzo wzruszająca to dla mnie chwila. Laure­atami tej nagrody tak naprawdę są wszyscy Pola­cy, którzy poszli do wyborów w przekonaniu, że są ludźmi wolnymi i chcą dobrej zmiany - mówi.
- Nie byłoby tego dnia, gdyby nie ryzykowne decyzje podejmowa­ne przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Nie byłoby tego dnia, gdyby nie pani premier Beata Szydło.
Przemówienia słuchają prezydenccy ministrowie, szefowie pań­stwowych spółek, artyści, dziennikarze. Tylko delegacja PiS jest skromna: dwóch członków rządu, Jan Szyszko i Dawid Jackiewicz, sekretarz stanu Piotr Naimski i poseł Waldemar Andzel. A miała być cała partyjna czołówka z wymienionymi w przemó­wieniu Jarosławem Kaczyńskim i Beatą Szydło na czele. Miała, ale nie dotarła, bo prezes w porze gali postanowił zwołać na Nowogrodzkiej posie­dzenie ścisłego kierownictwa. To najwęższe wła­dze PiS, na ich naradach nie można nie być. A już na pewno nie należy iść w tym czasie na bankiet.
   - To spotkanie było poświęcone jakiejś pilnej sprawie? - dopytuję
   - Nie, omawialiśmy sprawy bieżące - przy­znaje członek władz PiS.
   Inny rozmówca dodaje: - Jarosław to zrobił specjalnie. Iden­tyczna sytuacja miała miejsce podczas uroczystości na Zamku Królewskim w dniu zaprzysiężenia. Duda odbierał tam insygnia władzy i też do końca trzymano miejsca dla kierownictwa PiS, ale prezes i j ego ludzie się nie zjawili. A czego dotyczyła narada w dniu gali „wSieci”? Między innymi gali „wSieci”! Prezes narzekał, że ty­godnik jednego dnia fetuje Dudę, a innego atakuje PiS za utrzy­mywanie gabinetów politycznych w rządzie.

niedziela, 14 lutego 2016

Kuźnia kadr



W tej uczelni jest mało studentów, ale wielu polityków. W sporze o to, czy i skąd dać medialnej szkole o. Rydzyka 20 min zł, w ogóle nie padło pytanie: po co?

MAŁGORZATA ŚWIĘCHOWICZ, WERONIKA BRUŹDZIAK

Na co on wyda te 20 min zł? - zastanawia się Rafał Maszkowski, informa­tyk, bloger, który od lat obserwuje poczyna­nia o. Tadeusza Rydzyka i Radia Mary­ja. - Nie widziałem jego rachunków, bo to chyba jedna z najtajniejszych rzeczy. Ale łatwo się domyślić, że ma wiele wy­datków - mówi i wylicza: nadawanie Te­lewizji Trwam i Radia Maryja kosztuje miesięcznie 2,5 min zł, kolejna dziura bez dna to geotermia. A jeszcze przecież trwa budowa świątyni.
   Gdy wjeżdża się do Torunia od stro­ny Bydgoszczy widać to wielkie dzieło już prawie ukończone: kościół pod wezwaniem Maryi Gwiazdy Nowej Ewan­gelizacji i św. Jana Pawła II. Ma 50 m wysokości, zwieńczenie w postaci zło­conej korony, która ponoć waży 320 ton. Tym dziełem o. Rydzyk przyćmił sto­jącą w pobliżu Wyższą Szkołę Kultu­ry Społecznej i Medialnej: 15 tys. mkw., z salami wykładowymi, pracowniami, i hotelem dla studentów.
   Polska Komisja Akredytacyjna, która sprawdza i ocenia kierunki studiów, za­wsze gdy odwiedza tę toruńską uczelnię, raportuje z zachwytem, że wyposaże­nie mają tu rzadko spotykane: w salach tablice multimedialne, konsolety, ka­mery, komputery z oprogramowaniem do montażu obrazu. W auli są nawet ka­biny do symultanicznego tłumaczenia. Studenci po zajęciach nie muszą wycho­dzić ze szkoły, łącznikiem mogą przejść do części hotelowej. Chcący się pomod­lić mają na miejscu kaplicę Zawierzenia (z ławkami, które mają miękkie obicia). Pragnący relaksu mają zimowe ogro­dy (z widokiem na rzekę), bilard, tenis, salę fitness, a w niej rowerki i bieżnie. Wszystko tu jest najlepszej jakości, więc te 20 min zł, które rząd PiS chciałby po­darować, to raczej nie na wyposażenie.
   Prosimy uczelnię o informację: na co?
   Bez odpowiedzi.
   Pytamy, ilu studentów uczy się w tak wielkim i doskonale wyposażonym kompleksie?
   Bez odpowiedzi.
   Ilu posłów i ministrów tu wykłada?
   Też bez odpowiedzi.

sobota, 13 lutego 2016

TVPiS nadaje i Wiadomości (p)o dobrej zmianie



TVPiS nadaje

„O dobrej zmianie”, czyli poradnik propagandysty w dziesięciu punktach.

RAFAŁ KALUKIN

Czasem szyte grubo, częś­ciej cienką fastrygą. Za­wsze w słusznej sprawie. Poniższe przykłady po­chodzą wyłącznie z czte­rech głównych wydań „Wiadomości”, wyemitowanych w ubiegłym tygodniu pomiędzy poniedziałkiem a czwartkiem. Ambitnym adeptom propagandy PiS za­leca się kontynuowanie badań w kolej­nych tygodniach - niektóre zalecenia mogą bowiem wymagać rozwinięcia.

PO PIERWSZE: DOBRZE SKOMPONUJ SERWIS
Bez tego cała robota na nic. Idealny serwis informacyjny musi zawierać trzy kluczowe materiały. Najpierw „dobra zmiana” na dziś, czyli otwarciowy mate­riał wyjaśniający widzom, dlaczego dzię­ki władzy ich życie już wkrótce stanie się lepsze. Potem „zaplute karły reakcji”, czy­li z kamerą wśród awanturującej się opo­zycji. Na koniec mroki przeszłości, czyli wycinkowy wgląd w ośmiolatkę Platfor­my ze wskazaniem przekrętów, zaniechań i niedociągnięć. Cała reszta to mniej lub bardziej niezbędne wypełniacze.

piątek, 12 lutego 2016

Polsza today, KOD PiSu i Jak zostać milionerem



Polsza today
Nie program, nie obietnice, nie charyzmatycz­ny lider i nie inspirujące przesłanie są najważ­niejszymi atutami PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Jest nim propaganda tej partii. Toporna, bezceremonialna i bezczelna, ale wyjątkowo skuteczna.
   Bronisław Komorowski i Platforma Obywatelska ponieśli klęskę głównie na płaszczyźnie propagandowej. PiS-owska machina perswazyjno-obezwładniająca zepchnęła ich do defensywy, z której nigdy się nie wydostali. Właśnie to zde­cydowało o wyniku wyborów. Wybory bowiem - tu kłania się pierwsza reguła kampanii politycznych - wygrywa ten, kto zdefiniuje przeciwnika szybciej i lepiej niż rywal.
   PiS-owska propaganda oparta jest na dwóch klasycz­nych założeniach. Prostota i powtarzalność. Krótkie hasło, najlepiej jedno słowo, wbijane jest do głów non stop przez PiS-owskich polityków, PiS-owskich propagandystów i PiS-owskich hejterów. Żadnych wahań, żadnych subtelno­ści, żadnych półcieni. Propagandowe przesłanie jest zawsze proste jak konstrukcja cepa, a wstukiwane jest do głów za po­mocą młotka. Wydział propagandy na Nowogrodzkiej jest nie­zwykle sprawny i metodyczny. A przede wszystkim, jako się rzekło, skuteczny. Dowodów jest aż nadto. Wystarczy jeden. Poddana propagandowej obróbce Polska stała się – wbrew faktom i statystykom - „Polską w ruinie”. Że to bzdura? Proszę to powiedzieć 37,5 proc. wyborców głosujących na PiS.

czwartek, 11 lutego 2016

Co powiem samotnej matce i Polityka rosnącego ryzyka



Co powiem samotnej matce?

Rząd odtrąbił sukces programu „Rodzina 500 plus”.
A samorządy trąbią, że flagowy projekt Prawa i Sprawiedliwości to gigantyczny problem dla gmin. A co do szczegółów - oszustwo.

ANNA SZULC

Czego najbardziej się boję? Że ludzie ze złości futrynę w urzędzie mi wyrwą. Tak to się skończy - Tomasz Brzo­skowski, wójt kaszubskiej gminy Stę­życa, snuje czarną wizję w sprawie wypłat z rządowego programu „Rodzina 500 plus”.
- Od miesięcy już dzwonią, pytają, nawet awantu­rują się, kiedy wreszcie będzie to 500 złotych na ich dziecko?
   Stara się ludziom tłumaczyć, że to jeszcze projekt rządowy, że ustawą dopiero zajmie się parlament. I że te pieniądze wcale nie na każde dziecko. Nie wie­rzą. Więc czasem wybucha: - Ludzie, mówię, jak jest: oszukali nas!
   Brzoskowski sam czuje się przez państwo zrobio­ny w konia. Nie tylko jako wójt, lecz także jako oj­ciec dwóch córek: 8- i 15-latki. Owszem, on również będzie dostawał od państwa 500 złotych na dziecko, ale tylko przez trzy lata. Bo gdy jego starsza córka stanie się pełnoletnia, świadczenie zniknie. Wtedy Brzoskowscy dla państwa będą mieć już tylko jed­no dziecko.
   - Jak to się ma do obietnic wyborczych? - zasta­nawia się wójt. Pamięta, że Prawo i Sprawiedliwość szło do wyborów z hasłem: 500 złotych na każde dziecko. Ale program, który ma ruszyć od 1 kwiet­nia, obejmie z automatu tylko rodziny z dwójką dzieci i więcej. Polacy z jednym dzieckiem dostaną świadczenie, jeśli dochód w rodzinie nie przekro­czy 800 zł na osobę, lub ponad 1200 zł w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym.

środa, 10 lutego 2016

Kadrówka resentymentu



Kaczyński oddał państwo w ręce ludzi, których sam nie ceni, ale o których wie, że będą wobec niego dyspozycyjni. Łączą ich frustracje, zawiść, poczucie krzywdy - czasem faktycznej, a czasem wynikającej z emocjonalnego pokręcenia.

CEZARY MICHALSKI

Od dwóch miesięcy wiemy już wszystko o władzy Ja­rosława Kaczyńskiego. Także o jego prawdziwych priorytetach. A raczej o jego jedynym priorytecie, jakim okazała się rewolucja kadrowa, głębokie przejęcie wszystkich struktur państwa, a także ca­łego obszaru styku polityki z gospodarką - spółek i agencji skarbu państwa, a nawet szpitali i remiz strażackich. Ta kadro­wa rewolucja dokonywana jest przez Kaczyńskiego nie po to, by państwo zre­formować, instytucjonalnie czy struktu­ralnie odmienić, ale by obsadzić je swoimi ludźmi, co w wyobrażeniach prezesa PiS ma doprowadzić do poprawy jego dzia­łania. Nawet nie dlatego, że ludzie PiS są uczciwsi i lepsi niż ludzie Platformy. Ka­czyński nie jest tak naiwny - Jacka Kurskiego, Zbigniewa Ziobrę czy Stanisława Piotrowicza używa nie dlatego, że ich sza­nuje, tylko dlatego że lepiej niż ktokol­wiek inny zna ich polityczne biografie - uważa za ludzi najbardziej wobec siebie dyspozycyjnych.
   Tu nie ma żadnych wątpliwości, nawet najbardziej prawicowi eksperci od poli­tycznej teorii i praktyki Jarosława Ka­czyńskiego - od Ludwika Dorna po Marka Migalskiego, od Rafała Matyi po Jana Ro­kitę - powtarzają od dawna, że Kaczyń­ski nigdy nie myślał o reformie polskiego państwa. Jego wizja IV RP polegała wy­łącznie na jak najgłębszym kadrowym przejęciu państwa. A jedyną akceptowa­ną przez Kaczyńskiego „reformą” jest odwrócenie wszystkich wcześniejszych reform decentralizujących władzę, two­rzących dla niej prawne ograniczenia, wyłączających spod bezpośredniej par­tyjnej kontroli niezawisłe sądy, niezależ­ną prokuraturę, służbę cywilną, media publiczne, edukację i kulturę.
   A ekonomiczna część programu Ka­czyńskiego u władzy? Dziesiątki mi­liardów złotych z nowych podatków i z budżetowego długu, przeznaczone nie na zwiększenie inwestycji rozwojowych, nie na budowanie innowacyjności, nie na polską Nokię czy naszą Krzemową Doli­nę, które jako hasła nie schodziły z ust po­lityków PiS w czasie kampanii wyborczej, ale na najbardziej prymitywne rozdaw­nictwo mające osłaniać kadrową rewo­lucję dopóty, dopóki wystarczy pieniędzy z budżetu. Zatem całe państwo w ręce ka­drówki Kaczyńskiego i całe finansowe re­zerwy państwa wykorzystane w funkcji politycznej czy wręcz partyjnej.

wtorek, 9 lutego 2016

Nie dać się ogłupić



Gdyby wtedy, w Marcu 468, nie złamano Polakom kręgosłupa moralnego, bylibyśmy dziś może innym narodem - mówi reżyser Janusz Kijowski.

ROZMAWIA ALEKSANDRA PAWLICKA

NEWSWEEK: Napisał pan: „Naplułbym wicepremierowi Gowinowi w twarz, gdyby ten miał honor”.
JANUSZ KIJOWSKI: Pan Gowin raczył stwierdzić, że mój ojciec był związa­ny z komunistycznym aparatem repre­sji, dlatego jego wnuk, a mój bratanek, Mateusz Kijowski, stoi dziś na czele Ko­mitetu Obrony Demokracji. Krótko mó­wiąc, Mateusz to „resortowe dziecko.

Ulubiona kategoria wykluczenia dla prawicy.
- Gdy kilka lat temu pani Dorota Kania wypuściła książkę zatytułowaną „Re­sortowe dzieci”, której nie wziąłem na­wet do ręki, bo sam tytuł jest odrażający, był to jednostkowy przypadek choroby we w miarę zdrowym społeczeństwie. Dziś to epidemia przekraczająca grani­ce absurdu i kłamstwa. Każdy, kto chce bronić w Polsce demokracji, jest komu­nistą, złodziejem, gorszym sortem, a za chwilę usłyszy, że miał dziadka w Weh­rmachcie. Przerażająca jest skala i to, kto się takich manipulacji dopuszcza. Gdyby mojego ojca oczernił na przy­kład Patryk Jaki, to może bym się nawet nie oburzył.

To wiceminister sprawiedliwości.
- Owszem, ale po panu Jakim nie spo­dziewam się niczego wielkiego. Zawsze to, co mówił, było odrażające i głupie. Kłamliwymi oszczerstwami obrzu­cał z mównicy sejmowej posła, a po­tem gdy błoto zbrukało już człowieka, pan Jaki zgrywał niewiniątko i prze­praszał. Ale wicepremier Gowin? Jemu stawiałem wyższą poprzeczkę. Minister szkolnictwa wyższego odpowiedzialny za kształcenie elit, były rektor uczelni, krakowski inteligent - tak by się przy­najmniej mogło wydawać - i on oczer­nia mojego ojca? Jak najgorszy hejter, tyle że hejter chowa się za anonimowoś­cią internetu, a Gowin podpisuje kłam­liwe oszczerstwa własnym nazwiskiem i reputacją. Może dlatego odebrałem to
jako cios w plecy i może stąd moje obu­rzenie jest tak wielkie.

Kim był pana ojciec?
- Dobrym człowiekiem, po prostu. W odróżnieniu od pana Gowina nie zmieniał poglądów politycznych. Po­chodził ze wsi. Dorastał w biedzie. Jego rodzice byli zubożałymi, pozbawionymi roli chłopami z podlubelskiej wsi. Oj­ciec walczył w kampanii wrześniowej, potem w konspiracyjnych Batalionach Chłopskich, a po rozwiązaniu AK po­szedł do armii Berlinga. Walczył o Wał Pomorski, był ranny pod Kołobrzegiem.
Po wojnie zapisał się do Stronnictwa Ludowego i do końca pozostał mu wier­ny, nigdy nie był w aparacie represji. Zresztą w czasach stalinowskich sam był aresztowany i represjonowany.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Dobrodziej prawicy śpi spokojnie



Prokuratura chciała zbadać finanse SKOK ów i senatora Biereckiego. Śledztwo toczyło się z impetem, ale pięć dni przed wyborczym zwycięstwem PiS przejął je inny prokurator.
Dwa miesiące później sprawę umorzono.

Michał Krzymowski, Wojciech Cieśla

Postępowanie toczyło się w gdańskiej pro­kuraturze i dotyczyło przepływów finanso­wych między luksemburską spółką, której członkiem zarządu jest Grzegorz Bierecki, a krajowymi SKOK-ami, Senator Prawa i Spra­wiedliwości był dwukrotnie przesłuchiwany, żądano od niego wydania dokumentów, a do akt zaczęły trafiać tezy o konflikcie interesów oraz uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Gdy w trój miejskiej pro­kuraturze zaczęto mówić, że w sprawie padną wkrótce zarzuty, postępowanie przekazano innemu śledczemu i umorzono.
   I tak zakończyło się pierwsze śledztwo dotyczące centrali Spółdzielczych Kas Oszczędnościowo-Kredytowych.

niedziela, 7 lutego 2016

TO BYŁ TAKI FAJNY KRAJ



Wyrwij murom zęby krat... Jedni zwolennicy KOD odnajdują się w emocji sprzed lat, inni śpiewają w ramach biernego oporu. Ale są i tacy, którzy chcieliby wreszcie przejść od pieśni do czynów.

WOJCIECH STASZEWSKI

Małgorzata Kalicińska, pisarka znana z bestsellerowej serii „Nad rozlewi­skiem” (60 lat, głosowała na Nowo­czesną), przejechała 80 km, żeby pójść na zeszłotygodniową manifestację KOD. Ubrała się w wełniany płaszcz z second-handu z wesołymi guzikami, a nie w żadne futro z norek, które za mundur obrońców demokra­cji uznał prezydencki minister Krzysztof Szczerski.
   Kiedy weszła w tłum, niemal fizycznie poczuła ciepło: - Jak się już wchodzi w ten tłum, to jest inaczej niż np. w markecie. Tam jesteśmy sobie obcy, a tu - razem, w ważnej, polskiej spra­wie, zjednoczeni. Widziałam, jak się ludzie spontanicznie brali pod ręce, zaczynali rozmawiać. Tyle ciepła... Fajni jesteśmy! To takie od dawna niepraktykowane przez nas zachowanie społecz­ne. Nareszcie.
   Małgorzacie podoba się idea biernego oporu: - Dziwię się, że PiS nas dyskredytuje, nie szanuje jako ważnego głosu naro­du. Drażnimy ich, bo nie jesteśmy ślepo poddani. Dlatego chcą z nas zrobić frajerów w szynszylach albo szukają nam dziadków w Wehrmachcie.

sobota, 6 lutego 2016

Druga Beata po Beacie



Politycznym idolem Beaty Kempy jest Zbigniew Ziobro. Nawet prezes PiS napisał o niej kiedyś, że czasami jest zbyt ostra. Ale taka właśnie Beata jest dziś potrzebna.

Anna Dąbrowska

Polityk (nie lubi, jak się mówi o niej polityczka), poseł od trzech kadencji (posłanka jakoś ją śmieszy), szefo­wa Kancelarii Premiera, wiceprezes Solidarnej Polski. Jarosław Kaczyński napisał w swojej książce „Polska naszych marzeń”, wydanej w 2011 r., że ceni Beatę Kempę „(...) bo jest zdolna, energiczna, odważna, bojowa, czego u nas wielu osobom brakuje. Czasami jest nadto ostra. Ale ją wolę od tych, którzy tylko ple, ple (...)”.
   Kilku posłów PiS zapytaliśmy o to, dlaczego to właśnie Kempa została szefową kancelarii. Prawie wszyscy są zgodni, że Beatę Szy­dło i Beatę Kempę poza imionami różni wszystko, więc chemii między nimi nie ma, ale w tym szaleństwie widzą metodę Kaczyń­skiego. Premier jest zdystansowana, chłodna i trzeba było wydać
sporo partyjnego grosza, aby na potrzeby kampanii nauczyć ją okazywania emocji. Co innego     Kempa - rozemocjonowana, nieprzebierająca w słowach i z dyżurną puentą „tyle i tylko tyle”. W partii byli przekonani, że szefem KPRM zostanie ktoś całkowicie wyprany z emocji, typ urzędnika, taki Mariusz Błaszczak bis (były szef KPRM w latach 2006-07, dziś szef MSW). -       Kempa idzie na zwarcie i już kilka razy doszło do spięć z panią premier, ale Szydło nie odważy się jej na razie odwołać, bo prezes potrzebuje stanowczej Kempy, a w dodatku ulubienicy Radia Maryja - mówi współpracownik prezesa, który ma oko na gmach przy Alejach Ujazdowskich.

piątek, 5 lutego 2016

Piosenka,Pierwsza salwa, Pałką pisane, Trzynaście groszy i Przeszłość naszą przyszłością



Piosenka
Spór o prawo śpiewania przez tłum manife­stantów piosenki Przemka Gintrowskiego „Modlitwa o wschodzie słońca” zaiskrzył ni­czym zimny ogień, efektownie, ale krótko, po czym zgasł, zostawiając w niejednych rękach kostropaty kawałek drutu. Nie tak to poszło, jak powinno.
  Piosenka jest piękna, ma niesamowicie nośną, a za­razem prostą i zapętloną niczym współczesny loop (po­wtarzaną w kółko jedną frazę) melodię, wraz z tekstem tworzy dzieło przejmujące, idealnie nadające się do wy­śpiewania przez tysiące gardeł. Przekaz literacki tekstu jest uniwersalny, jak to w modlitwie, i może go zawłasz­czyć niejedna dusza. Byłoby czymś niepojętym, gdyby zabronić ludziom modlić się przy jej użyciu.
   Słowa nie są dziełem Przemka - te napisał wygnany z PRL w 1968 roku do Szwecji przymusowy polski emi­grant Natan Tenenbaum, poeta STS i Hybryd. De facto to jest wiersz, a nie tekst piosenki. Niezależny, samo­rządny wiersz. Tak jak istnieją wiersze Mickiewicza, T.S. Eliota czy Szymborskiej - do nich też można skompo­nować muzykę i uczynić z nich pieśni, ale nie zmienia to faktu, że wiersz jest to dzieło odrębne.
   Wiele utworów tak powstało. Do wierszy Norwida, Asnyka i Gałczyńskiego muzykę tworzył Czesław Nie­men, do poezji Tuwima, Białoszewskiego, Baczyńskiego, Mandelsztama i Cwietajewej muzykę komponowali róż­ni ludzie i śpiewała je Ewa Demarczyk. Wtedy skłonni jesteśmy odruchowo mówić, że „Grande Valse Brillante” to piosenka Demarczyk, zapominając, że tak napraw­dę jest to wiersz Juliana Tuwima, do którego Zygmunt Konieczny napisał wspaniałą muzykę, a Ewa „jedynie” zwieńczyła całość bajecznym wykonaniem. „Modlitwa” nie jest więc piosenką Przemka w sensie dosłownym - jest wierszem, do którego Przemek skomponował mu­zykę, a całość wykonywali (jako trio): Jacek Kaczmar­ski, Przemek Gintrowski i Zbyszek Łapiński (absolutnie najsłynniejsze, wspaniałe wykonanie).
   I jest wreszcie czwarty właściciel utworu, nieformal­ny, nigdzie nieodnotowany i nieposiadający żadnych praw do niego - miliony Polaków, którzy tę pieśń w 1981 roku śpiewali. To oni byli w jakimś sensie współtwórcą sukcesu utworu i całego tria. Nikt wtedy nie pytał, czy mają prawo śpiewać, to było oczywiste. Słowa „Zbaw mnie, Panie, od nienawiści” czy „Od pogardy zbaw mnie, Panie” frunęły w kierunku mistycznym, nie były skiero­wane przeciwko komukolwiek, nie były linią ideologicz­ną jakiejś partii - w 1981 roku po prostu dodawały siły milionom Polaków. Sława tria: Kaczmarski, Gintrow­ski, Łapiński w ogromnej części zbudowana została na takich właśnie utworach i to niekoniecznie przez nich napisanych: „Mury” to pieśń hiszpańskiego barda, „Obława” - Rosjanina Wysockiego.

czwartek, 4 lutego 2016

Jak się przejechać na rewolucji



„Dobra zmiana” to tylko retoryczna zasłona skrywająca wymierzoną w III RP rewolucję Jarosława Kaczyńskiego. Miała zapewnić PiS poparcie klasy średniej, ale propagandowe szwy już się rozłażą. Kontrrewolucja jest nieunikniona.

RAFAŁ KALUKIN

Ogrom rewolucyjnych emo­cji egzekutorów „dobrej zmiany” najlepiej poka­zuje seria internetowych donosów na Jadwigę Sta­niszkis, gdy ta stwierdziła coś w sumie oczywistego - że obrany po wyborach kierunek rządzenia rozmija się z oczeki­waniami społecznymi. Jej prawo do kry­tyki jest bezdyskusyjne, bo któż lepiej niż Staniszkis nadaje się do roli sumienia polskiej prawicy?
   Tymczasem okazuje się, że rewolucyj­nie zaczadzona prawica już nie potrzebuje sumienia. Tym gorzej dla niej.

ZAPLUTY KARZEŁ POSTKOMUNY
Główne ośrodki propagandowe wstrzemięźliwie potraktowały aktywność pani profesor Niezręcz­nie było atakować, skoro w przeszło­ści ochoczo się korzystało z jej diagnoz.
Zresztą co trzeźwiejsi prawicowi ko­mentatorzy muszą zdawać sobie spra­wę, że kolizyjny kurs PiS kontra reszta świata prowadzi do nieuchronnej klę­ski. Coś takiego zdarzało się nawet kilka lat temu głosić samemu Jarosławowi Ka­czyńskiemu, gdy analizował przyczyny upadku IV RP z lat 2005-2007.
   Ale w czasie rewolucyjnym realizm nie ma szans w starciu z emocjami.
   Modelowe studium rewolucyjnej świadomości odnajdziemy w tekście opublikowanym na portalu Solidarnych
2010 przez poetę i tłumacza Marka Baterowicza, który w latach 80. wyemi­grował do Australii. Teraz gorszy się, że oto: „Staniszkis nagle zmienia front i broni Platformy, tej najgorszej formacji w dziejach naszego kraju! (...) Czy nagle wyparowała inteligencja pani profesor? Nie widzi, że PO ewidentnie wybrała sobie Trybunał jako narzędzie saboto­wania prac Sejmu i rządu PiS, a zatem działa destrukcyjnie wobec całego społe­czeństwa, bo tym samym chce torpedo­wać misję rządu, który dla dobra narodu przygotował program reform”.
   72-letni Baterowicz zdołał zawrzeć większość elementów języka, którym posługiwali się niegdyś pryszczaci re­wolucjoniści. Jest tu myślenie spisko­we (,,sabotowanie prac Sejmu i rządu”), demonizowanie wroga („najgorsza for­macja w dziejach naszego kraju”) oraz absolutyzacja swoich („misja rządu dla dobra narodu”).
   Skąd ten nagły zwrot u Staniszkis - pyta poeta - „rozrzedzenie mózgu” to czy „garść srebrników”. Odpowiedź od­najduje w sekwencji cyfr 00191/413. Pod takim numerem zewidencjonowane zo­stały materiały SB dotyczące socjolożki. „Tak, dwa zera wskazują, że była tajnym współpracownikiem. A układ postkomu­ny (trzymający krzepko władzę) dobiera sobie autorytety z takiej półki, to prawie żelazna reguła” - triumfuje Baterowicz.
   Teza, że to postkomuna wykreowa­ła autorytet autorki „Postkomunizmu” - dzieła fundamentalnego w kształto­waniu świadomości prawicy w latach 90. - jest kusząca. Po zdemaskowaniu wroga od dawna znane fakty z jego ży­ciorysu nabierają nowego sensu. Prze­ciwko Staniszkis świadczy już nie tylko fakt rejestracji przez bezpiekę (bez żad­nych dowodów na współpracę), ale i to, że w latach 80. napisała krytyczną roz­prawę o Solidarności (czyli - pisze Ba­terowicz - „nie lubi koncepcji państwa solidarnego”).
   To logika dawnych trybunałów rewolucyjnych.

środa, 3 lutego 2016

Ciąg technologiczny 2.0



Pospieszne działania PiS i przepychanie ustaw po nocach mogą robić czasami wrażenie chaosu, ale jeśli się dobrze przyjrzeć tym posunięciom, widać, że zmierzają do jednego celu. Jest nim odtworzenie znanego z lat 2005-07 tzw. ciągu technologicznego obróbki wrogów, tyle że w wersji odświeżonej i wzmocnionej. System właśnie się domyka.

Radykalne podporządkowanie mediów publicznych rządowi, ponowne zwierzchnictwo ministra spra­wiedliwości nad prokuratorami, porządki w służ­bach specjalnych, wzmocnienie Instytutu Pamięci Narodowej i zablokowanie Trybunału Konstytucyjnego, aby się w te zmiany nie wtrącał, świadczą o tym, że wraca znany z przeszłości mechanizm, którym partia Kaczyń­skiego lubi urabiać polską politykę.
   Ciągiem technologicznym PiS nazwano dziesięć lat temu system ściśle połączonych działań na linii władza polityczna-służby specjalne-prokuratura-media, któ­ry służył zwalczaniu politycznych wrogów tego ugru­powania, indywidualnie i zbiorowo. Instrukcję obsługi ciągu technologicznego znanego z czasów IV RP można prześledzić na przykładzie rozprawy z lekarzami, którzy zastrajkowali w 2006 r., w czasie kiedy do władzy po pre­mierostwie Kazimierza Marcinkiewicza szykował się już Jarosław Kaczyński.
   Najpierw pojawiały się pierwsze sygnały w pisowskich mediach o nieprawidłowościach, łapówkach, tuszowanych błędach medycznych, szpitalnych klikach i zawodowej zmowie. Te sygnały były podchwytywane przez polityków PiS jako oddolny głos, którego przecież nie wolno zlekcewa­żyć, stąd stwierdzenia „pokaż lekarzu, co masz w garażu” i „lekarze w kamasze”. W ramach polityczno-medialnej symbiozy prawicowe gazety kontynuowały temat i pisały o związkach lekarzy z firmami farmaceutycznymi i nieli­czeniu się z prawami pacjenta. Nieuchronnie pojawiło się „społeczne oburzenie”. Do pracy wzięło się więc świeżo utworzone Centralne Biuro Antykorupcyjne we współpracy
z rządową wówczas (i wkrótce znowu) prokuraturą. Stawało się jasne, że muszą nastąpić zatrzymania. I następowały, z tym najgłośniejszym, doktora G. w lutym 2007 r., ale za­rzuty prokuratorskie postawiono także kilku innym sławom medycyny. (Po latach nic się z tego nie ostało).
   Ujawnił się zatem pełny ciąg technologiczny: 1. dyspozy­cja polityczna z ośrodka rządzenia, czyli uderzenie w zbyt pewną siebie, uchodzącą za zamożną i niezależną część elity, która nie chciała się poddać władzy, 2. przekaz do pisowskich mediów, że teraz kolej na lekarzy, 3. wkroczenie służb i prokuratury (na ogół filmowane), zakończone spek­takularnym aresztowaniem, 4. pokazanie tego wszystkiego w mediach i podsumowanie akcji przez rządowych polity­ków, także w formie groźby i przestrogi (ze słynną wypo­wiedzią ministra Ziobry).
   Przykład lekarzy jest klasyczny, ale podobne metody za­stosowano m.in. w przypadku Beaty Sawickiej (tzw. wyjście na Platformę), Barbary Blidy (wyjście na lewicę), Andrzeja Leppera (poskromienie koalicjanta i próba przejęcia jego posłów) czy Ryszarda Krauze (wyjście na tzw. oligarchów). Do tego mechanizmu wbudowano również wielką lustra­cję z tamtych lat - wówczas ważną jego częścią był IPN dostarczający w trybie ekspresowym dowolnie dobierane fragmenty esbeckich akt. Służyło to nie tylko piętnowaniu politycznych czy środowiskowych wrogów PiS, ale także wykańczaniu wybranych biznesmenów. Towarzyszyła temu zmasowana propaganda i niesłychane jak na demo­kratyczny system zdarzenia, jak wymienienie z nazwisk przez ówczesnego szefa CBA prywatnych przedsiębiorców, którzy powinni mieć się na baczności.

wtorek, 2 lutego 2016

Henryk skromny



Henryk Kowalczyk nie wydaje się pierwszoplanową figurą w politycznej talii prawicy. Niesłusznie. Bo mało jest dziś w Polsce osób mających większy wpływ na faktyczny kształt pisowskiej „dobrej zmiany".

Rafał Woś

Wiem, że wiele z tego, co robi­my, nie wygląda zbyt eleganc­ko. Ale ta faza już się kończy. A tak właściwie, to już się... skończyła - mówi minister Henryk Ko­walczyk. Taka deklaracja może zaskaki­wać, bo rzeczywistość dookoła zdaje się mocno przeczyć takim zapowiedziom. W przedsionku prowadzącym do gabi­netu ministra gra telewizor nastawiony na TVN24. A w nim temat rozpoczęcia przez Brukselę procedury praworząd­ności w Polsce. Na tapecie jest też pro­jekt proponowanych przez PiS zmian w sądownictwie i prokuraturze oraz zwolnienia dziennikarzy z telewizji publicznej. Gdzieś w tyle głowy maja­czy nowa ustawa o służbie cywilnej. No i ciągle nierozwiązany kryzys trybuna­łowy. Do tego dojdzie wkrótce obniżka polskiego ratingu zwiastująca starcie rządu z tzw. rynkami finansowymi. Jak u licha minister Kowalczyk może ocze­kiwać, że teraz nagle nastąpi uspokoje­nie sytuacji na pootwieranych przez PiS licznych frontach?

poniedziałek, 1 lutego 2016

Taśma wicepremiera



Wicepremier Mateusz Morawiecki komplementuje ekipę Donalda Tuska, chwali Angelę Merkel i krytykuje młode pokolenie. Ujawniamy zapis jego rozmowy nagranej w restauracji Sowa i Przyjaciele.

MICHAŁ KRZYMOWSKI, WOJCIECH CIEŚLA

Mateusz Morawiecki, wicepremier i mini­ster rozwoju, to je­dyny członek rządu Beaty Szydło nagra­ny przez kelnerów z restauracji Sowa i Przyjaciele. Kilka fragmentów jego roz­mowy trafiło do mediów w połowie listo­pada, parę dni po tym, jak kandydatura Morawieckiego została zaprezentowana na konferencji przez przyszłą panią pre­mier. Cytaty opublikowane przez Radio Zet były niekontrowersyjne: Morawiecki miał zaprosić swoich rozmówców na wy­stawę obrazów zorganizowaną przez BZ WBK, którym wówczas kierował. Poza tym głównie się przysłuchiwał temu, co mówią inni.
   Mimo to nagranie, którego w całości nie ujawniono, do dziś pozostaje przed­miotem licznych domysłów i spekulacji. Także w PiS. - Krąży wiele plotek - opo­wiada jeden ze współpracowników Ja­rosława Kaczyńskiego. - Gdyby któraś z nich okazała się prawdą, to Morawiecki miałby gigantyczne kłopoty. A my razem z nim. Oczywiście pytaliśmy go, co jest na tym nagraniu. Zapewniał, że nic. Ja mu wierzę, bo gdyby było inaczej, to przecież nie zdecydowałby się na wejście do rządu, ale z drugiej strony, co miał powiedzieć?
Postanowiliśmy sprawdzić, co jest na nagraniu z udziałem Mateusza Morawieckiego.