niedziela, 15 marca 2015

Dzięki zbrodni stałem się lepszy



Matka obcięła mu kieszonkowe, więc zabił.

HELENA KOWALIK

Drobny chłopak, który wcho­dzi do lombardu przy jednej z bocznych ulic w Kłodzku, ma czapkę głęboko nasuniętą na oczy. Nie widać twarzy. Tak rejestruje to ukryta w pomieszczeniu kamera. Na kolejnym ujęciu widać głowę starszego mężczyzny po drugiej stronie lady. Początek rozmowy między tymi oso­bami zagłusza włączone radio. W pewnej chwili przez głos spikera przebijają się wy­powiedziane podniesionym tonem słowa: „Nic z tego, jeśli nie zobaczę pieniędzy!”.
Kamera wciąż pracuje: starszy męż­czyzna szuka czegoś w kieszeni. W tym momencie napastnik wyciąga z plecaka nóż, rzuca się na właściciela lombardu. Widać uniesioną do góry rękę tego star­szego. Kolejne ujęcie: chłopak przyciąga głowę mężczyzny i trzymając go za kark, nachyla twarzą do lady. Uderza. Nie poma­ga zasłanianie się przed kolejnymi ciosami; napastnik ma dogodną pozycję, bo leży na ladzie, a jego ofiara jest na podłodze. Krzyk, jęki, zagłuszane trzaskiem spada­jących z półek przedmiotów.
Teraz chłopak wskakuje na ladę kola­nami, jest już po drugiej stronie. Odgłosy rytmicznych uderzeń, niewyraźne, bełko­tliwe słowa: „Spierdalaj, k.. jebana”. A po chwili: „No, chodź, chodź szybko, nie uciekaj, chodź do mnie”. Poruszone radio samo się podgłaśnia, wyraźnie słychać Tinę Turner śpiewającą „Private Dancer”. Starszy mężczyzna znika z kadru.
Z kolei z prawej strony pojawia się mało wyraźna twarz młodego człowie­ka, tym razem bez czapki. Jego długie, opadające lokami włosy są w nieładzie, przysłaniają oczy. Chłopak przechodzi w głąb pomieszczenia, skrzypią odsuwane szuflady. Następnie wraca, kładzie na ladzie jakieś rzeczy, wyjmuje z plecaka reklamówkę. Porusza się powoli, ciągle coś wkłada do plastikowej torby. W pewnej chwili wyjmuje z plecaka butelkę z colą, spokojnie pije.
Otwierają się drzwi lombardu, wchodzi klient z charakterystycznymi wąsami. Chłopak za ladą jest tyłem do kamery. Cicho mówi coś do tego mężczyzny, ale nic nie można zrozumieć. Słychać tylko prośbę wychodzącego klienta: „To ja przepraszam, jak przyjdzie, niech do mnie dryndnie”. Chłopak przekręca klucz w oszklonych drzwiach. Pół godziny później do lombardu puka młoda kobieta, która bezskutecznie naciska na klamkę. Chłopak rozmawia z nią przez szybę, po chwili mówi głośniej: „Tak, na pewno będzie za godzinę”.
Klientka odchodzi. Młody człowiek nadal buszuje na zapleczu. Jeszcze łączy się z kimś z telefonu właściciela. Słychać pytanie: „O której dziś wracasz? To bądź na przerwie w palarni”. Napastnik opuszcza lombard, nie zamykając drzwi na klucz.
Data na końcu nagrania: 26 listopada 2012 r., godzina 3.28 po południu.

MOŻE BRAKUJE MU PIENIĘDZY
Pół godziny później do lombardu wróciła klientka, która już wcześniej była pod drzwiami. Gdy tym razem nie zastała nikogo, zaczęła nawoływać, a potem zaniepokojona widokiem krwi na drzwiach zajrzała do pokoiku na za­pleczu. Zobaczyła martwego właściciela lombardu z licznymi ranami na całym ciele. Zaalarmowała policję.
60-letni Tadeusz P. prowadził w Kłodzku lombard od 23 lat. Był znanyw mieście, bo chętnie angażował się w akcje charytatywne. Specjalizował się w skupie i sprzedaży wyrobów ze złota. Pogodny, ufający ludziom, już kiedyś został okradziony. Wtedy uległ namowom żony i zainstalował w lombardzie kamerę ukrytą w radioodbiorniku.
Dzięki niej szybko odszukano męż­czyznę z wąsami. Okazało się, że był to siostrzeniec Tadeusza P. Bezrobotny, chorujący na silne bóle kręgosłupa, ko­rzystał z pomocy finansowej krewnego. Tego dnia był w lombardzie dwa razy. Najpierw około godziny 12, gdy wracał z receptą od lekarza. Dostał od wujka pieniądze na wykupienie zastrzyków i napił się z nim kawy. Tadeusz P. pytał go, czy na uliczce stoi jeszcze taki drobny chłopak z plecakiem, bo od godziny raz po raz pojawia się przy oknie wystawowym. Siostrzeniec potwierdził, że owszem, widział jakiegoś młokosa, pewnie to ćpun.
- Za szybko osądzasz ludzi - zganił go właściciel lombardu. - Może matka tego biednego dziecka coś zastawiła u mnie i teraz on chciałby to odebrać, ale brakuje mu pieniędzy.
Pokazano przesłuchiwanemu film na­grany ukrytą kamerą. Napastnik sylwetką przypominał chłopaka krążącego koło lombardu.
Trzy godziny później policja zatrzymała na jednej z ulic Kłodzka 18 -letniego Kon­rada S. Znaleziono przy nim zrabowane z lombardu złoto (kilkadziesiąt pierścion­ków) , banknoty po50złitelefony komórkowe. Wszystko o łącznej wartości 100 tys. zł. W parkowym koszu leżały oderwane przez S. metryczki od biżuterii, a w rowie zakrwawiony nóż. Ponadto zatrzymany miał w plecaku młynek do mielenia suszu z konopii indyjskich.

WSZYSTKO MACIE NA FILMIE
Na komendzie policji Konrad S. podniósł krzyk, że go się wrabia w morderstwo. Groził funkcjonariuszom Strasburgiem. Spokorniał dopiero wtedy, kiedy pokazano mu film z monitoringu w lombardzie.
- Przyznaję się - zaczął składanie wyjaśnień. - Myślałem, że pchnięć no­żem było kilka, a nie kilkadziesiąt. Jak już zacząłem, nie miałem wyjścia: albo go zabiję, albo on zadzwoni na policję. Nóż wziąłem z domu, z kuchennej szuflady - na wypadek komplikacji, bo nie potrafiłem przewidzieć, co się tam stanie.
Liczył się z niespodziankami, choć napad starannie zaplanował; dwa tygo­dnie wcześniej poszedł do lombardu na rekonesans. Pretekstem było zastawienie telefonu. - Nie potrzebowałem pieniędzy, co miesiąc przychodziło ponad 900 zł renty po ojcu, ale byłem zły, bo matka obcięła mi kieszonkowe. Chciałem się zorientować, co jest wartościowego na półkach. Zobaczyłem, że w gablocie leży sporo złotej biżuterii. Pomyślałem, że łatwo będzie to ukraść, bo właściciel ma swoje lata, dam sobie z nim radę.
- Co robiłeś w dniu zabójstwa? - za­pytał śledczy.
- Babcia jak zwykle zawiozła mnie swoim samochodem do szkoły, bo ja mieszkam pod Kłodzkiem. Gdy tylko od­jechała, zrobiłem w tył zwrot i opuściłem szkolny dziedziniec. Pół godziny później stałem pod lombardem. Właściciel był już w środku. Czekałem na odpowiedni moment.
Przesłuchiwany nie chciał zdawać szczegółowej relacji z mordowania Ta­deusza P. - Po co to powtarzać - bronił się. - Przecież wszystko macie na filmie.
Gdy zobaczył, że mężczyzna leży nieruchomo, schował złoto i pieniądze do plecaka. Opuścił lombard, nie za­mykając drzwi. Na mieście zaszedł na hamburgera do pizzerii. Potem kupił sobie dżinsy, bo na starych były plamki krwi, i plecak za 105 zł. Przebrał się w toalecie na dworcu PKS. Niepotrzebne rzeczy wrzucił w reklamówce do przepływającej przez miasto Nysy.
Następnie nabył smartfon za 1950 zł. Powałęsał się jeszcze trochę po mieście, bo babcia miała go zabrać spod szkoły o 16.30. Czekał na nią na chodniku, gdy podjechał policyjny radiowóz.

BEZRADNOŚĆ KURATORA
Konrada S. wychowywała matka, funkcjo­nariuszka Straży Granicznej. Ojciec, uza­leżniony od alkoholu, zmarł przed rokiem, już w okresie separacji rodziców. 18-latek był uczniem drugiej klasy kłodzkiej szkoły zawodowej. Powtarzał rok z powodu wa- garowania. Matka robiła wszystko, aby sprowadzić syna ze złej drogi. Chodziła z nim do szkolnego psychologa, a ponieważ wciąż miała trudności z nawiązaniem z dzieckiem kontaktu, zdecydowała się na prywatną psychoterapię.
Nic nie pomagało. Przeciwnie, Konrad zaczął kraść. Nie miał obiekcji przed zwinięciem w sklepie telefonu komórkowego, bo akurat chciał mieć nowy model. Gdy tego rodzaju sytuacje się powtarzały, stanął przed sądem; jako niepełnoletni dostał rok w zawieszeniu. Do wychowywania włączyła się babcia, która kontrolowała czas wolny wnuka, wożąc go do szkoły i z powrotem. Chło­piec dostał też kuratora.
Do akt sądowych mordercy właściciela lombardu zostały dołączone sprawozdania z nadzoru kuratorskiego.
„Marzec 2012 r. Podopiecznego ce­chuje duża kultura osobista, lubi czytać, bywać w teatrze. Otwarty w kontaktach personalnych. Jego autorytetem jest Paulo Coelho. Do nadzoru kuratora odnosi się pozytywnie; rozumie, że musi ponieść konsekwencje tego, co zrobił. Ogromnie żałuje, że ukradł ten ostatni telefon. Tak naprawdę nie miał potrzeby posiadania nowej komórki. Jak sam mówi, wyłączyło mu się myślenie”.
Kolejny raport, po miesiącu: „Dozoro­wany nie uporał się z dwoma przedmio­tami, grozi mu, że nie otrzyma promocji. Konrad ma zdolność przewidywania konsekwencji swego lenistwa. Jest zmo­tywowany na sukces, bo dziadek obiecał mu sprezentować wyjazd zagraniczny w wakacje, jeśli tylko zda do następnej klasy. Matka załatwiła korepetycje. Trzeba zauważyć, że pani S. wzorowo organizuje swym dzieciom (chłopiec ma jeszcze siostrę) wolny czas”.
Czerwiec 2012 r. Niestety, ubolewa w raporcie kuratorka, Konrad nie zdał do następnej klasy. To jest już czwarta szkoła, która nie spełnia jego oczekiwań. „Porażka nie pozbawiła chłopca dobrego nastroju. Jeśli coś chce mieć, a akurat nie ma pieniędzy, nic nie jest w stanie go powstrzymać. Znów coś ukradł w sklepie. Matce udało się powstrzymać właściciela przed zgłoszeniem sprawy na policję. Oczywiście naprawiła szkodę. Pani S. bardzo się stara, ale nie zawsze panuje nad sytuacją; z tego stresu wpadła w depresję. Skarży się, że syn w stosunku do niej staje się coraz bardziej obcy. Konrad naprawdę stanowi dla mnie zagadkę. Prawdo­podobnie drogą nadzoru kuratorskiego nie uda się jej rozwiązać, bo ta opieka już się kończy z powodu osiągnięcia przez chłopca pełnoletności”.

JOANNA O’ARC TO JA
Oskarżony o zabójstwo został poddany obserwacji psychologiczno-psychia­trycznej. Psychologowi przedstawił się jako anarchista. - Pół Kłodzka zamaza­łem znakiem anarchii [litera A wpisana w koło - red.] - pochwalił się. Wygłosił swój polityczny manifest: - Identyfikuję się z Joanną d’Arc. Jestem za zniesieniem instytucji państwa. Prawdziwe życie po­winno się odbywać bez zasad narzucanych przez kogoś innego. Wszelka władza stoi na przeszkodzie równości społecznej i poszanowaniu wolności.
Matka nie przejawiała zrozumienia dla jego poglądów. - Uznałem, że nie możemy razem mieszkać z powodu różnic w pojmowaniu hierarchii wartości i stylu życia. Ja chciałem żyć spontanicznie, nie stać w miejscu. Obdarzony wolną wolą, kieruję się zasadami, które sam sobie wyznaczyłem. Nie tak jak moi rodzice; dla nich najważniejszy jest obowiązek, a dopiero potem przyjemność. Dlatego zamieszkałem z koleżanką.
Na pytanie, dlaczego ubiera się na czarno, Konrad wyjaśnił chełpliwie, że należy do subkultury heavy metalu. Wierzy, że szatan nie jest czystym złem, które należy odrzucić. A ofiara krwi ma moc oczyszczającą. - Gdy zaplanowałem pójście do lombardu, zabrałem nóż, bo chciałem przeżyć jakiś szał emocjonal­ny, który by sprawił, że się dowiem, co jest ważne. Dzięki popełnionej zbrodni odnalazłem poprawny system wartości; stałem się lepszym człowiekiem. Tylko nie mogę sobie darować, że nie przewidziałem ukrytej kamery w lombardzie.
Po tygodniu pobytu w szpitalu na obserwacji S. do tatuażu anarchisty na ramieniu dodał rysunek splecionych de­monów zła i anielskiej miłości. Psychiatrze skarżył się, że ma koszmary, wszędzie widzi zmasakrowaną twarz swej ofiary. Ma dość życia w Polsce, po wyjściu z więzienia wyjedzie do Anglii.
Biegli sądowi orzekli, że badany jest bardzo odporny na stres. Nie mając poczu­cia winy, w czasie rozmów z psychologiem i psychiatrą cynicznie posługuje się róż­nymi technikami manipulacyjnymi, dba o stwarzanie pozorów. Jego osobowość postrzegana jest jako pasywno - agresywna.
Akt oskarżenia wpłynął do Sądu Okrę­gowego w Świdnicy. Prokurator wyeksponował w nim szczególne okrucieństwo - brak poczucia winy podsądnego.
Podczas procesu oskarżony już się nie popisywał anarchistycznymi prze­konaniami; pod wpływem adwokatów przyjął inną linię obrony. Mówił cicho, na samym początku rozprawy kilka razy przeprosił zarówno rodzinę zamordowa­nego, jak i swoją, której, jak się domyśla, też przysporzył sporo bólu. Twierdził, że tuż przed wejściem do lombardu po­łknął działkę amfetaminy, co wywołało u niego nieposkromioną agresję. Sam się zdiagnozował psychiatrycznie: od dawna cierpi na depresję spowodowaną śmiercią ojca i samobójstwem koleżanki, z którą wynajmował mieszkanie. Nie pamięta, co się działo w lombardzie: „Byłem pod silnym wpływem narkotyków”. Wie tyl­ko, że zapragnął mieć na własność złoto i pieniądze Tadeusza P.
Na pytanie sędziego, dlaczego zabił, odparł: „Nie miałem wyjścia. Gdyby ten człowiek przeżył, poszedłby na policję”.
Sędzia odczytał wyjaśnienia, które Konrad S. złożył po zatrzymaniu przez policję. Oskarżony pytany, czy pod­trzymuje to, co powiedział w śledztwie, zasłonił się niepamięcią. Ale uznał, że skoro się podpisał pod protokołem, to pewnie tak było.
Obecny na procesie biegły psycholog uznał, że demonstrowany przez oskarżo­nego brak pamięci to świadomie przyjęta linia obrony: „Analiza zarejestrowanego przez kamerę zachowania S. w lombardzie nie wskazuje na występowanie u niego zaburzeń świadomości”. Tę opinię po­twierdziły zeznania świadków.
Koledzy Konrada nie dostrzegli też, żeby przeżywał śmierć współlokatorki. To nie była jego dziewczyna, chodził z inną. Tego wieczoru, gdy samobójczyni skoczyła z mostu do wody, bawił się na prywatce. Nie zrobił nic, aby powstrzymać desperatkę. Zachowały się ich ostatnie SMS-y: „Idę się zabić. Zrzuci mnie z mo­stu”. On w odpowiedzi: „Pogadajmy”. Ona: „O czym? Jestem już na moście”. Na tym korespondencja się kończy.
Obrońca nadal twierdził, że jego klient zachowywał się w lombardzie jak w ma­lignie. Na korzyść oskarżonego miała też świadczyć rozmowa między mordercą a ofiarą w ostatnich chwilach jej życia. Niestety, nagranie nie obejmowało wyda­rzeń od momentu, gdy oskarżony przeskoczył przez ladę. Dalszy rozwój wypadków był możliwy do odtworzenia wyłącznie na podstawie słów, jakie słychać na nagraniu, oraz wyjaśnienia S. Zdaniem adwokata słowa „Spierdalaj, k.. jebana” oraz „Chodź szybko, chodź, nie uciekaj, chodź do mnie” wypowiedział Tadeusz P. A skoro tak, to można przypuszczać, że w pewnym monecie oskarżony zaprzestał ataku, chciał się wycofać, co właściciel lombardu odebrał jako próbę ucieczki. I dlatego krzyknął do napastnika: „Chodź do mnie”. Niewyklu­czone zatem, że te słowa sprowokowały nastolatka do ponownego ataku.
Sądy okręgowy, a następnie apelacyjny odrzuciły ten wniosek obrony, uznając, że są to okoliczności bez znaczenia, bowiem słowa padły już po ciosach. Nawet gdyby wypowiedziała je ofiara, nie zirytowałaby nimi sprawcy, bo już wcześniej sięgnął po nóż.
Konrad S. został skazany na dożywo­cie. Kasacja wniesiona przez obrońców do Sądu Najwyższego nie została jeszcze rozpatrzona.
Inicjały mordercy zostały zmienione.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz