PiS - konstytucja 2010.pdf

środa, 30 kwietnia 2014

Ślepa, głucha i zapiekła



Pomyłki są nieuniknione. Gorzej, że system sprawiedliwości nie zawsze naprawia własne błędy. Skazuje niewinnego, wszyscy o tym wiedzą i odwracają się tyłem. Jak w sprawie Adama Dudały.

Więzienia pełne są niewin­nych - tak się mówi o takty­ce przyjętej przez doświad­czonych kryminalistów. Ale w masie takich „niewinnych” gubią się ci, którzy za kraty trafili rzeczywi­ście przez pomyłkę. Piszą listy do ca­łego świata (ministra sprawiedliwości, rzecznika praw obywatelskich, prokura­tora generalnego, Fundacji Helsińskiej, gazet i telewizji), ale najczęściej odbi­jają się jak od muru. To trudne spra­wy, wielowątkowe, wyroki już zapadły - nikt nie chce się pochylić nad losem takich osób.
Błąd sądowy swój początek najczęściej bierze z pomyłki śledczych. Zdarza się, że prokurator i policjanci brną w złą stronę, bo tak jest wygodniej, bo chcą szybko zanotować sukces, bo mają świadka, który zezna to, co chcą usły­szeć. Powstaje akt oskarżenia, a sąd daje wiarę połowicznie zebranym dowodom, nie pochyla się nad materiałem proce­sowym z wnikliwością. Zapomina o do­mniemaniu niewinności. Sąd, to ostat­nio coraz częstsze, podąża krok w krok za prokuratorem.
Tak właśnie było w sprawie Adama Du­dały, skazanego w Białymstoku za rzeko­my udział w dwóch zabójstwach na 25 lat więzienia. To modelowy przykład. Nie zbadano jego alibi, nie uznano za wia­rygodne korzystne dla niego zeznanie. Pisaliśmy o tej historii („Ten Adam to był inny Adam’’, POLITYKA 46/11). Po naszym artykule prokurator gene­ralny zlecił podwładnym przeanalizowanie akt sprawy. Chciał wiedzieć, czy byłoby zasadne wznowienie postępo­wania. Lektura liczącej 47 stron analizy nie pozostawia złudzeń - wykonano ją nie po to, aby rozstrzygnąć wątpliwości, ale wyłącznie, żeby potwierdzić znane już ustalenia. Konkluzja: błędów nie po­pełniono, wznowienie postępowania nie jest potrzebne.
A fakty są takie, że jedynym mocnym dowodem winy Adama Dudały były obciążające go zeznania Sławomira R. ps. Woźny. To on, walcząc o złagodzenie własnego wyroku, opowiedział śled­czym, że uczestniczył w dwóch zabój­stwach, których dokonał nieznany mu Adam z Warszawy. Opisał jego wygląd: niewysoki, ok. 170-173 cm wzrostu, średniej budowy ciała, bez znaków szczególnych. Podkreślił, że Adam z Warszawy „nie był typem pakera”, czyli nie przypominał kulturysty, ale w czasie okazania rozpoznał człowieka wyglądającego zgoła inaczej: wysokiego (ok. 185 cm), atletycznie zbudowanego, z charakterystyczną myszką na twarzy i kropkami wytatuowanymi przy oczach, prawie łysego. Czyli Adama Dudałę.
Według Sławomira R. Adam z War­szawy zastrzelił dwie osoby: mężczyznę o pseudonimie Kozyr w miejscowości Wiartel i właściciela agencji towarzy­skiej w Olsztynie. W pierwszym zdarze­niu brało też udział kilku mieszkańców Łomży, którzy pojechali do Wiartla ze­mścić się na Kozyrze - ale żaden z nich nie rozpoznał w Adamie Dudale Adama z Warszawy.

wtorek, 29 kwietnia 2014

Apokalipsa według Janusza



Ulubionym słowem głównego ekonomisty SKOK Janusza Szewczaka jest „katastrofa”. Zapowiadają od ponad 20 lat. I nic.

CEZARY ŁAZAREWICZ

Polska stoi na skraju bankructwa - pewnym głosem mówi ekspert ekonomiczny Janusz Szewczak. - Ta polityka gospodarcza musi doprowadzić do katastrofy, która jest odkładana na raty, ale tego społeczeństwu się nie ujawnia - dodaje i radzi, by słuchacze rozejrzeli się wokół. - Katastrofa objęła przemysł, a teraz obejmuje sektor finansowy i zapowiada się krach bankowości - tłumaczy spokojnie. -1 będzie tu republika bananowa.
Janusz Szewczak jest bardzo przekonu­jący i niełatwo zbić go z tropu. Nie wierzy w twierdzenia ministra finansów o wzroście gospodarczym. - Według moich obliczeń nie ma żadnego wzrostu - ujawnia. - Mnie to gadanie, że za dziesięć lat będziemy mieli dochód narodowy dwa razy większy niż dzisiaj, przypomina opowieści Chruszczowa, który twierdził, że Związek Radziecki wkrótce przegoni USA w poziomie życia - śmieje się.
To jedna z setek zapowiedzi katastrofy, które ekspert Janusz Szewczak ogłaszał w cią­gu ostatniego ćwierćwiecza. Tę akurat czarną wizję przyszłości dość łatwo sprawdzić, bo ogłosił ją w roku 1993 w radiu, gdy ubiegał się o mandat senatora z list KPN. Wtedy dochód narodowy według Banku Światowego wynosił w Polsce 94 mld dolarów, a 10 lat później już 217 mld dolarów. Nikt nie sprawdza przecież, co kto wygadywał przed laty. I dzięki temu Janusz Szewczak wciąż może straszyć wizją gospodarczej apokalipsy. A że ma w tym wieloletnie doświadczenie i mówi sugestywie, słucha się go z dużą przyjemnością.
- Wszyscy zdają sobie sprawę z dra­matycznej sytuacji polskich finansów pu­blicznych, z totalnego załamania dochodów podatkowych i z realnej groźby bankructwa - ogłosił, gdy w listopadzie zeszłego roku nastąpiła zmiana na stanowisku ministra finansów. - Widać, że ten „Titanic” musi tonąć.
A oznaki ożywienia gospodarczego?
- Niestety oznaki ożywienia widać, także gdy hieny i sępy zlatują się do rozkładającej się padliny - odpiera ataki.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Wszyscy ludzie Jacka Sasina



Brat, żona, kuzynki i mąż jednej z nich. Do tego sznur kolegów. Rodzina i współpracownicy posła PiS Jacka Sasina dostają posady w urzędach państwowych i samorządach. To się chyba nazywa układ.

Opinia posła PiS Jacka Sasina na temat zatrudniania rodzin polityków w urzędach brzmi ja­sno: „Tak naprawdę nie wszyst­ko da się załatwić prawem, bo trudno so­bie wyobrazić takie przepisy, które będą chociażby mówiły, że rodziny polityków nie mogą być zatrudniane w takich lub innych miejscach. To kwestia pewnego obyczaju”. Wygłosił ją, gdy po tzw. aferze z taśmami Serafina PiS zaczął pisać nigdy nieukończoną „Księgę nepotyzmu w Plat­formie Obywatelskiej”. Dość łagodna, jak na polityka niestroniącego od ostrych wy­powiedzi, ale łatwiej zrozumiała, biorąc pod uwagę, ile osób z rodziny Sasina oraz jego współpracowników zajęło intratne posady w różnych urzędach.
Jak na standardy polskiej polityki, w której nepotyzm jest zjawiskiem nie­mal codziennym, tych kilkanaście osób z rodzinno-koleżeńskiego kręgu to dużo.
Szczególnie że wszyscy związani są z jed­nym z najbardziej znanych polityków PiS, prawdopodobnym kandydatem tej partii na prezydenta stolicy w jesiennych wybo­rach samorządowych.
Został bohaterem pisowskiej prawicy, gdy jako wojewoda mazowiecki próbował pozbawić stanowiska prezydent Warsza­wy Hannę Gronkiewicz-Waltz (za niezłożenie na czas oświadczenia majątkowe­go), a potem, po katastrofie smoleńskiej, pełniąc funkcję wiceszefa Kancelarii Prezydenta, stał się niejako strażnikiem pamięci Lecha Kaczyńskiego.
Niesiony tą falą z impetem wpadł do Sejmu. Choć w wyborach 2011 r. de­biutował i dostał dopiero piąte miejsce na liście w okręgu podwarszawskim, zdo­był bez mała 30 tys. głosów, zostawiając za plecami takie nazwiska, jak Ludwik Dorn czy Jan Szyszko. W kampanii nie przebierał w słowach. To wtedy cytował zdanie, za które ostatnio stanął przed sądem: „Lecha nie ma, ale został nam jeszcze ten drugi”. Te słowa Sasin przypi­sał Bronisławowi Komorowskiemu, który miał je wypowiedzieć podczas rozmowy z Radosławem Sikorskim. Prezydent od­powiedział pozwem, a sąd uznał niedaw­no prawomocnie, że poseł PiS minął się z prawdą i musi przeprosić.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Jarosław Kuźniar: Kiedy dopada cię "hejt", czujesz się tak, jakbyś zabił. A to ciebie zabijają



Joanna Miziołek

Uodporniliśmy się na polityków. Oni nie są już dla nas klasą wyżej. Ich chamstwo nie jest już naszym chamstwem. To już tak nie działa. To dwa różne światy - mówi Jarosław Kuźniar, aktywny na Twitterze dziennikarz TVN 24.

"Przekaż ryżemu kundlowi, że zostanie zabity za mord smoleński. Ty bezrobotna dziwko też zostaniesz zabita i cała wasza rodzina. Ścierwo ryżego kundla musi być wytępione do pięciu pokoleń" - esemes do córki premiera. Skąd ta spirala nienawiści do polityków?
Politycy nie są grupą wyróżnioną, choć najbardziej widoczną. To problem wszystkich, których zawód polega na publicznym dawaniu gęby. Ja zgłosiłem kilka spraw. Za ostatnim razem jakiś gnom napisał w mejlu, że już "jedzie do moich kobiet i zaraz go poczują". Pani prokurator zadzwoniła z wiadomością: znaleźliśmy go, przeprasza, miał zły dzień. Za innym razem, kiedy czytałem, że zginę, wychodząc z pracy, okazało się, że autor mejla jest chory psychicznie, "może zamknijmy tę sprawę". Idioci nie potrzebują inspiracji na konferencji Tuska czy Kaczyńskiego. Oni mają swoje wodospady jadu i zła i z nich czerpią niezależnie od wszystkiego.

A słyszą: "Wszyscy w Polsce traktowali PiS jak dzieci specjalnej troski". Podoba Ci się to sformułowanie?
Są gorsze stwierdzenia. I tak nie ma już granic.

"Naczelny grabarz, który szuka kolejnych trumien" - Stefan Niesiołowski o Jarosławie Kaczyńskim, "Przydupas Tuska" - Joachim Brudziński o Kazimierzu Marcinkiewiczu. Te słowa robią większe wrażenie?
Pytasz mnie, gdzie jest granica?

sobota, 26 kwietnia 2014

Pies Cywil odpłynął



Broń, jazda po pijaku, piżama i znikające spinki od koszuli. Pies Cywil, czyli były wiceminister, który odpowiadał za nasze bezpieczeństwo, odegrał rolę życia.


IZABELA SMOLIŃSKA MICHAŁ MAJEWSKI

Atak hakerski zaczął się w połu­dnie. Komputer wiceministra padł. Potem zaatakowany został system alarmowy. Następnie w domu wiceministra zawitał kolega. - Wypiliśmy po dwa drinki. Były mocne - przyznaje Zbigniew R., wiceszef resortu spraw wewnętrznych w rządzie PiS.
- Coś pan zażywał tego dnia?
- Leki nasercowe i silne środki przeciw­bólowe.
Po wyjściu druha R. pamięta już tylko kadry, porwane sceny. Na jednej z nich do domu wchodzi dwóch mężczyzn i kobieta. R. idzie na górę. W portfelu nie ma pieniędzy, wyparowują też spinki od koszuli. Polityk nie odpuszcza złoczyńcom. - Sięgnąłem po broń. Zawołałem: „Policja! Stój, bo strzelam! ”. Wie pan, takie przyzwyczajenie. Jednak przez kilkanaście lat byłem policjan­tem - ożywia się R. Opowieść trochę się rwie. Okazuje się, że pod domem czatują inni ludzie. Są w aucie. R. w piżamie, laczkach, z pistoletem w ręku odpala swoje bmw i zaczyna pościg za bandziorami, których widział w porwanych kadrach.

ZA FOKUSEM W KAPCIACH
Opowiada 19-letni uczeń technikum. - Je­chaliśmy w pięć osób drogą Nowy Tomyśl - Poznań. Chcieliśmy zawieźć kolegę do szkoły w Poznaniu. Za Jastrzębskiem za­jechało nam drogę ciemne bmw. Auto nas wyprzedziło i zaczęło hamować, po czym zatrzymało się na drodze. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Chwilę za nim postaliśmy, bo myśleliśmy, że ktoś wyjdzie z samochodu. Nikt nie wyszedł, więc wyprzedziliśmy samochód i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wtedy znowu nas wyprzedził. Zaczął jechać slalomem, żebyśmy nie mogli go ponow­nie wyprzedzić. Stanął na środku drogi, otworzył okno od strony pasażera i zaczął strzelać w stronę pola. Wystraszyliśmy się i zaczęliśmy uciekać, tym razem w przeciw­nym kierunku. W tylnej szybie widziałem jeszcze, że za nami zawraca, ale już nas nie dogonił. Nawet nie widzieliśmy, skąd ten samochód wziął się za nami na drodze, czy wyjechał z bocznej uliczki, czy nas dogonił. Byliśmy w takim szoku, że nie wiedzieliśmy, co mamy z sobą zrobić. Na policję zgłosili­śmy się dopiero rano. Już wtedy wiedziałem, że chodzi o byłego wiceministra i że został zatrzymany. Nawet nie zauważyliśmy, że napastnik był ubrany w piżamę i kapcie. Było ciemno, nie zwracaliśmy na to uwagi.
Nie wiemy, o co mu chodziło, nic do nas nie mówił, nie krzyczał, nie wiemy, co mogło być motywem. Początkowo myślałem, że to napad i że ktoś po prostu chce nam ukraść samochód. Zamierzamy złożyć pozew przeciwko Zbigniewowi R.

piątek, 25 kwietnia 2014

Jak być byłym



Byłych premierów jest w Polsce 11, kilku wciąż liczy się w grze, ale w tabloidach najgłośniej o tym, który się nie liczy. Czy Kazimierz Marcinkiewicz szykuje wielki powrót?

Wojciech Szacki

Marcinkiewicz rzuca Isabel!”, „Marcinkiewicz wraca do żony!”, „Marcinkiewicz na kolacji z Isabel. Jednak się nie rozstali?”, „Klątwa Marcinkiewicza. To dla­tego zdradził żonę”, „Marcinkiewicz dostał pokutę za seks z Isabel” - to garść tytułów z ostatnich tygodni. „Fakt” pokazał nawet sekwencję zdjęć, jak były premier potknął się o betonowy słup i upadł.
Wszystkie te dramatyczne historie moż­na streścić w jednym zdaniu: 54-letni były premier porzucił 32-letnią blondynkę, bo chce wrócić do byłej żony, którą sześć lat wcześniej porzucił dla tejże blondynki.
Źli ludzie dodają, że Marcinkiewicza nie popchnęły do tego wyrzuty sumienia, lecz pragnienie innego comebacku - politycz­nego. W kampanii wyborczej lepiej prezen­tuje się skruszony grzesznik niż facet, który dla kochanki zostawił żonę i czwórkę dzie­ci; zwłaszcza jeśli sprawa dotyczy polityka chrześcijańskiej prawicy. Wszystkie łzawe opowieści w brukowcach byłyby w istocie nieobcą Marcinkiewiczowi operacją wi­zerunkową. Ekspremier nigdy nie słynął z niedostępności dla takich mediów.
Marcinkiewicz ma także żywot równo­legły. Chodzi do programów w TVN24 czy Radiu Zet, zupełnie jakby był liczącym się politykiem. Omawia sytuację na Ukrainie, atakuje PiS; a to rzuci o Antonim Macie­rewiczu, że zachowuje się, jakby był rosyj­skim agentem, a to nazwie kandydatów PiS na europosłów „przydupasami Kaczyńskie­go”. Mocne słowa jak na kogoś, kto został premierem tylko z łaski prezesa PiS.
„Gdy byliśmy w Alpach Francuskich, wjechaliśmy na tak wysoką górę, że Mar­cinkiewicz zasłabł i trzeba go było zwieźć toboganem na dół” - wspomina byłego premiera Michał Kamiński w wywiadzie rzece „Koniec PiS”.
Podobnie było w polityce. Marcinkie­wicz, wciągnięty na sam szczyt, zaczął zdradzać objawy choroby wysokościowej i wtedy został odtransportowany na dół.
W 2005 r. był ważnym, ale jednak drugoligowym, politykiem PiS. Z przeszłością w ZChN i Przymierzu Prawicy, środowi­skach mniejszościowych w PiS, w którym dominowało dawne Porozumienie Cen­trum. Gdy PiS pokonał Platformę i miał wystawić kandydata na premiera, Marcin­kiewicza wymyślili spin doktorzy - Adam Bielan i Michał Kamiński. Kandydatura Jarosława Kaczyńskiego mogłaby ich zda­niem zaszkodzić Lechowi Kaczyńskiemu w pojedynku z Donaldem Tuskiem o Pałac Prezydencki. Doszło wtedy do jedne­go z nielicznych konfliktów między bliź­niakami - Lech uważał, że to jego brat, lider zwycięskiej partii, powinien zostać premierem. Marcinkiewicza nazywał „premierem z kapelusza" czy „atrakcyj­nym Kazimierzem”. „Marcinkiewicz jest człowiekiem od tańczenia na balach ma­turalnych czy od lepienia bałwanów. Jako premier był leniwy” - mówił Lech Kaczyń­ski w książce „Ostatni wywiad”.
Komentowano, że wybór Marcinkie­wicza na premiera wynikał z tego, iż nie stała za nim żadna zwarta frakcja, która mogłaby w przyszłości zagrozić prezeso­wi PiS. A poza tym osoba Marcinkiewicza miała być zostawioną uchyloną furtką do koalicji z PO. Kaczyński dawał do zro­zumienia, że rozmawiał o tej kandydatu­rze z „niektórymi osobami w PO”, a sam Marcinkiewicz widział jako wicepremiera Jana Rokitę. Nic z tego nie wyszło.

czwartek, 24 kwietnia 2014

Potrzebny jest wróg



W propagandzie chodzi o to, aby zacierać granice. Aby wyraźne stało się niewyraźne. PiS stosuje tę metodę w sprawie tragedii smoleńskiej - mówi prof. Eugeniusz Cezary Król, historyk i politolog.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Profesor Eugeniusz Cezary Król do­konał wyboru i przetłumaczył na polski obszerne fragmenty z li­czących 35 tysięcy stron dzienników Josep­ha Goebbelsa. Właśnie ukazał się trzeci tom. W rozmowie z „Newsweekiem” analizuje, jak mechanizmy propagandy stosowane przez nazistów działają w polityce także dziś.

NEWSWEEK: Politycy mówią dziś o PR, nie o propagandzie.
PROF. EUGENIUSZ CEZARY KRÓL: Bo słowo „propaganda” od czasów II wojny świato­wej źle się kojarzy. Od kiedy Joseph Goebbels uczynił z propagandy koło zamachowe zagła­dy, nabrało ono negatywnego znaczenia. Pro­szę jednak zauważyć, że na przykład w czasie ostatniego kryzysu ukraińsko-rosyjskiego to słowo wróciło. Oni - czyli Rosjanie - robią propagandę. My uprawiamy PR, marketing polityczny.

Czy jest różnica między PR a propagandą?
- W sensie sposobów oddziaływania i mecha­nizmów - nie. PR jest propagandą. Nazwy się zmieniły, metody są podobne. Różnica pole­ga tylko na tym, że w PR chodzi o sprzeda­nie pewnego dobra politycznego czy lidera partyjnego w sensie pozytywnym, a jeśli cho­dzi o tzw. czarny PR, to o jego zniesławienie i zdezawuowanie. Tymczasem propaganda ma dodatkowo podtekst ideologiczny i działa zwykle w dłuższym odcinku czasu. Wszyst­ko musi się gotować w sosie ideologii. Ina­czej mówiąc, politycy nie chcą edukować politycznie swoich odbiorców, ale nasycać ich ideologicznie.

Komu w Polsce to najlepiej wychodzi?
- Najlepiej działanie mechanizmów propa­gandy widać w sprawie smoleńskiej. Została źle rozegrana przez rządzących, dzięki cze­mu opozycja może w nich bić jak w bęben. Przez cztery długie lata, mimo powoływa­nia różnych zespołów eksperckich, nie udało się w przekonujący sposób odpowiedzieć na podstawowe pytania. Nie zdołano wydobyć wraku samolotu z Rosji, oryginałów czarnych skrzynek. To idealna pożywka do sączenia przez opozycję własnej wersji wydarzeń. Nie­udolność rządzących pozwoliła na skuteczne uprawianie propagandy smoleńskiej.

Antoni Macierewicz...
- Jest przykładem osoby, która jeśli ma jakąś ideę, to będzie się jej trzymać.

środa, 23 kwietnia 2014

Trzej przyjaciele z granatem



Zabójstwo w wydawnictwie Magnum-X było polityczną prowokacją - mówi oskarżony na sali sądowej.

HELENA KOWALIK

Cezary S.: - Firma, która była pośrednikiem, w pewnej chwili przestała płacić dru­karni. Krótko mówiąc, była umowa z mojej strony i żad­nego sprawdzenia. Druk październikowego numeru „Techniki Wojskowej” trzeba było przerzucać do innej drukarni. Sorki, powinienem wcześniej wam powiedzieć, jaki jest problem.
Krzysztof Zalewski: - Czarek, ja ci powiem szczerze, ja byłem cały czas prze­konany, że mamy bezpośrednią umowę z drukarnią. Wybacz, ale nie wierzę, że pośrednik nie chciał na nas zarobić. On z góry zaplanował, że weźmie pieniądze, drukarniom nie zapłaci i zostawi nas ze ściągniętymi spodniami.
Cezary S.: - Krzysiu, gdybym wiedział, że tak to wyjdzie, inaczej bym postąpił.
Andrzej U.: - Powiem ci wprost, Cza­rek, nie widzę innej drogi, jak złożenie do prokuratury zawiadomienia, że ktoś nas oszukał. I my jesteśmy czyści. Jakich jeszcze mieliśmy pośredników?
Cezary S. wymienia nazwy spółek. Są łudząco podobne do nazwy drukarni, o której rozmawiają.
Krzysztof Zalewski: - Czy my w ogóle wiemy, co to są za spółki? Może krzaki?
Cezary S.: - Z Litwy. Spółki z o.o.
Krzysztof Zalewski: - Zgarnęli pienią­dze, uciekną i gdzie ich będziesz szukał?
Cezary S.: - Gdybym im nie wierzył, to bym inaczej postępował.
Andrzej U.: - Ta faktura na 70 tys. zł to jedyna niezapłacona?
Cezary S.: - Nie... Napijecie się?
W tym momencie słychać huk eksplozji.
I nakładające się na siebie okrzyki: - Co się stało? O Boże, lekarza. Morderstwo!
Jest to fragment nagrania rozmowy wspólników wydawnictwa Magnum-X w biurowcu na warszawskim Grochowie. Cezary S. jest prezesem, Andrzej U. wice­prezesem. Krzysztof Zalewski to członek zarządu.
Spotkanie odbywa się w południe w ga­binecie prezesa. W sąsiednich pokojach pracują dziennikarze z kilku redakcji ma­gazynów o tematyce militarnej. Słyszą huk, spanikowani gromadzą się na korytarzu. Widzą obryzganego krwią i osmolonego na twarzy wiceprezesa Andrzeja U., który słaniając się, idzie w stronę łazienki. - We­zwijcie pogotowie, policję - mówi słabym głosem.
W tym momencie z gabinetu wybiega Zalewski, zaraz za nim Cezary S. Prawa dłoń prezesa jest w krwawych strzępach.
W lewej trzyma nóż i dźga nim skulonego członka zarządu. Pracownicy wydawnictwa widzą, jak nóż wielokrotnie wbija się po samą rękojeść w bezwładne już ciało ofiary. Ktoś krzyczy: - To morderstwo!
Słychać sygnał nadjeżdżającej karetki.
Pomoc przychodzi za późno. Niespełna 50-letni Zalewski umiera w kałuży krwi. Pozostałych dwóch wspólników karetka zabiera do szpitala. Obaj przechodzą ope­racje. Andrzej U. kilkakrotnie, bo metalowe odłamki granatu uszkodziły mu narządy wewnętrzne. Cezary S. stracił dłoń.
W tym czasie policja ewakuuje ludzi z budynku. W gabinecie prezesa Magnum-X znaleziono dwa noże o ostrzach 12 i 25 cm oraz scyzoryk. W szafie pancernej 186 sztuk różnego rodzaju amunicji, dwa urządzenia sterujące do odpalania rac, trzy petardy kolejowe, dwa granaty ćwiczebne.
Na pochwie zakrwawionego sztyletu, brzeszczocie i rękojeści biegli stwierdzili obecność DNA zarówno Cezarego S., jak i Krzysztofa Zalewskiego. Granat, który wybuchł w gabinecie, był obronny. W opinii biegłych prawdopodobnie prezes wyjął zawleczkę przy swoim biurku (została znaleziona na klawiaturze jego komputera) i trzymając w prawej ręce odbezpieczony granat, a w lewej butelkę z alkoholem, pod­szedł do stolika. Pochylony nad stolikiem odchylił dźwignię zabezpieczającą zapalnik. Oderwanie palców ręki S. wskazywałoby, że w tej sekundzie granat wybuchł. Zda­niem biegłych nie jest możliwe, aby ktoś inny podrzucił odbezpieczony granat do gabinetu.

wtorek, 22 kwietnia 2014

"W 90 proc. składa się z wazeliny". Sylwetka Ryszarda Czarneckiego



Piotr Bojarski

Niezniszczalny. Zawsze spada na cztery łapy. Niegdyś doradzał Lepperowi, dziś szepcze do ucha Kaczyńskiemu. Dlatego będzie europosłem po raz trzeci

 Ryszard Czarnecki, europoseł PiS, a niegdyś polityk ZChN, a także Samoobrony wystąpił na konferencji prasowej w Poznaniu, by poinformować, że został "jedynką" na liście wyborczej PiS do PE (Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Gazeta)
Krzysztof Daukszewicz zażartował w "Szkle Kontaktowym": Normalny człowiek składa się w 90 proc. z wody, a europoseł Ryszard Czarnecki - w 90 proc. z wazeliny. Czarneckiego to nie rusza: - Polityk musi mieć twardą skórę. Ja idę do przodu, jestem skuteczny. Premier Kaczyński postawił przede mną zadanie poprawienia wyniku PiS w Wielkopolsce i ja je zrealizuję.

O tym, że to on będzie liderem listy PiS, zdecydował Jarosław Kaczyński. Nie chciał na czele zbierającego pochlebne recenzje w Parlamencie Europejskim Konrada Szymańskiego, bo ten niezbyt gorliwie wspierał tezę o zamachu w Smoleńsku. Wolał Czarneckiego.

- Wystawienie takiego spadochroniarza jest obraźliwe dla poznaniaków - uważa były europoseł PiS Marcin Libicki.

- Mnie słowo "spadochroniarz" kojarzy się raczej ze spadochroniarzami generała Sosabowskiego - odpowiada Czarnecki. Jego poznańscy partnerzy z PiS robią dobrą minę do złej gry.

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Instrukcja obsługi Korwin-Mikkego



Z Januszem Korwin-Mikkem jest tak jak z nieudanym małżeństwem: najpierw fascynacja, potem zdziwienie, a na końcu porzucenie.

AGNIESZKA BURZYŃSKA

Cezary Grabarczyk, Paweł Graś, Julia Pitera, Tomasz Tomczykiewicz czy Sławomir Nitras - lista osób, które w swoim politycz­nym życiu przeszli przez partię Janusza Korwin-Mikkego, jest długa. Dziś większość niechętnie wraca do dawnej fascy­nacji najbardziej kontrowersyjnym polskim politykiem. Bo przecież trochę wstyd, że szło się ramię w ramię z kimś, kto chce pozbawić praw wyborczych kobiety, wyśmiewa się z niepełnosprawnych, a o gejach mówi „homosie”.
Dziś Kongres Nowej Prawicy Janusza Korwin-Mikkego regularnie przekracza pięcioprocentowy próg wyborczy i jako jedyny z politycznego planktonu ma szanse wprowadzić swoich polityków do parlamen­tu. Ma tylko jeden problem: oprócz lidera nie ma wśród swoich członków praktycznie żadnych rozpoznawalnych twarzy.

niedziela, 20 kwietnia 2014

Bóg, mafia i ojczyzna



Tomasz Adamek miał uratować Solidarną Polskę przed upadkiem, a może się okazać balastem, który ją zatopi.


Szeryf Zbigniew Ziobro ściągnął do swojej politycznej drużyny boksera Tomasza Adamka. Adamek to wartość. Ma do­starczyć głosów na eurowybory partii Zbigniewa Ziobry, która w sondażach szoruje po dnie. Ale Adamek to też związki z mafią, doping i chorobliwy antysemi­tyzm - tak przynajmniej napisał w książce jego były współpracownik. - To kłamstwa. Zemsta ludzi, którym nie chciałem płacić - mówi bokser. Ziobro, który od lat buduje wizerunek praworządnego polityka, powi­nien doskonale wiedzieć o wątpliwościach wokół Adamka. Chodzi bowiem o sprawy z czasów, gdy lider Solidarnej Polski był ministrem sprawiedliwości i prokuratorem generalnym. Bokser zamiast atutem może być kamieniem u szyi Zbigniewa Ziobry.
- Znam Tomka, jego rodzinę i nie daję wiary insynuacjom - mówi Ziobro.

sobota, 19 kwietnia 2014

Nasz posmoleński Kościół



 O politycznej instrumentalizacji katastrofy samo­lotu, w którym 10 kwietnia 2010 r. pod Smoleń­skiem śmierć poniosło 96 osób, napisano wiele. Po­łączona zgrozą i żałobą nasza wspólnota szybko się przemieniła w zwalczające się obozy. Jedni głosili, że był to zamach (sztuczna mgła, wybuch bomby na po­kładzie), inni, że do katastrofy doprowadziły liczne zaniedbania - ani celowe, ani zbrodnicze. Dla zwo­lenników teorii zamachu żadne eksperckie diagno­zy nie są dostatecznie wiarygodne. Mordercą będzie dla nich Donald Tusk albo Władimir Putin, albo obaj razem. Ale druga strona długo lansowała tezę o wymuszeniu na pilotach przez Lecha Kaczyńskiego lub jego otoczenie decyzji o lądowaniu mimo niesprzyjających warunków. To też było nieprzyzwoite.

piątek, 18 kwietnia 2014

Pamiętniki gangsterów



Masa, Dziad, Słowik, Śledź. Polscy mafiosi zabrali się do pisania książek. O kobietach i nie tylko.

Memuary gangsterów znad Wisły nie poszerzą za­pewne wiedzy kryminologów, ale dla socjologów i lubiących sensację czytelników mogą być cenną lekturą. Opowiadają o czasach świetności polskiej mafii i zawierają wiele obserwacji dokonywanych zza kotary oddzielającej uczciwy świat od przestępczego. Ujawniają, jak wygląda organizacja życia poza granicą prawa, jakie są tam relacje między ludźmi.
Masa wydał książkę, która na okładce zawiera nieco mylącą autoreklamę: „Polski świadek koronny numer jeden przerywa milczenie”. Od lat już przecież ten były gangster bynajmniej nie milczał, często zabierał i zabiera głos, można rzec, czynnie uczestniczy w debacie publicznej. Występuje w produkcjach telewizyjnych, wypowiada się na łamach gazet.
Tym razem wspólnie z dziennikarzem i pisarzem Arturem Górskim, byłym naczelnym pisma „Focus Śledczy”, posta­nowił ujawnić tajemnice kobiet polskiej mafii. To rzecz jasna świadomy pretekst, aby sięgnąć głębiej, pisząc o kobietach, nie zapomina bowiem o ich partnerach, swoich kumplach z mafii. Masa charakteryzuje ich z psychologicznym zacięciem, niektó­rych wyśmiewa, innych traktuje z szacunkiem. Siebie na tym tle może nie gloryfikuje, ale traktuje łaskawie. Jego książkowy obraz: sprytny, przewidujący i utalentowany, ma przecież biz­nesową smykałkę.
Znamy go jako Jarosława S. - zawsze domagał się, aby na­zwisko skrywano pod inicjałem. Od pewnego czasu przestał jednak skrywać swoje dane. Już jako Jarosław Sokołowski występuje w galerii ludzi biznesu tygodnika „Puls Biznesu”. Redakcja reklamuje jego działalność, informując „Masa spraw­dza się w biznesie” i dodając krótkie CV: „skruszony gangster inwestuje w deweloperkę, ma wytwórnię pasz i wielkie plany”. Jeden z tych planów właśnie zrealizował - wydał wspomnie­nia pod własnym nazwiskiem. Nie pokazał jedynie twarzy, na okładce jest sfotografowany od tyłu, jego potężny kark robi wrażenie.

czwartek, 17 kwietnia 2014

ALFABET SMOLEŃSKI



Smoleńsk to nie tylko tragedia przekraczająca naszą wyobraźnię. To także klucz do podzielonej Polski.

PAWEŁ RESZKA

Trudno się dziwić, skoro zginęły najważniejsze osoby w Polsce, ustalenia śledztwa rosyjskiego różnią się od naszych, przyczyn katastrofy nie spo­sób sprowadzić do jednego, chwytliwego hasła, a nie wszystko, co działo się przed i po 10 kwietnia 2010 r., może być powodem do dumy odpowiedzialnych za państwo urzędników.
Postanowiliśmy rozwiać smoleńską mgłę jeszcze raz. W „Tygodnikowym” alfabecie występują prezy­dent i stewardesa, eksperci od lotnictwa i politycy, obrońcy krzyża na Krakowskim Przedmieściu i oso­by protestujące pod krakowską kurią przeciwko po­chówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu; pojawia się polityka krajowa i międzynarodowa, ściera język prawników z poglądami publicystów, cierpienie zwy­kłych ludzi i wysokie nakłady posmoleńskiej prasy.


A jak AUTOBUS: Podróż z Witebska do Smoleńska odbywała się niemal w milczeniu. Kilkana­ście osób, z których każda straciła przy­jaciół i kolegów. Wśród nich prezes Jarosław Kaczyń­ski, który jechał rozpoznać ciało brata. Nagle, po prze­jechaniu białorusko-rosyjskiej granicy, autobus zwol­nił: momentami wlókł się 30 kilometrów na godzinę. Nie pomogły monity kierowcy, rozmowa z eskortują­cymi milicjantami, wydzwanianie do urzędników MSZ. Wszyscy doszli do wniosku, że autobus jest ce­lowo opóźniany.
Miało chodzić o to, żeby premier Donald Tusk pierwszy dotarł na miejsce katastrofy, gdzie oczeki­wał już Władimir Putin. Politycy PiS doszli do przeko­nania, że wszystko zostało ukartowane: że nie mogło się zdarzyć bez wiedzy, a nawet „decyzji Tuska”. Poli­tycy z rządu zaprzeczali. Mieli za złe Kaczyńskiemu, że mimo propozycji nie chciał polecieć jednym samo­lotem z premierem. Gdyby tak się stało, nie byłoby żadnego problemu.
Autobusowa historia głęboko zapadła w świado­mość dwóch stron sporu. Paweł Kowal w wywiadzie dla Teresy Torańskiej mówił: „Jak nas minęli [kolum­na z Tuskiem i jego otoczeniem], wiedziałem, że stało się coś bardzo niedobrego. Co spowoduje, że zacznie między nami narastać nieufność, która może okazać się fundamentalna dla późniejszego budowania po­działu w kraju”.

środa, 16 kwietnia 2014

Polowanie na Janickiego



Centralne Biuro Antykorupcyjne przy okazji badania rzekomej korupcji przy przetargach na odzież dla służb mundurowych inwigilowało szefa BOR.

PIOTR NISZTOR

Ta sprawa miała być spekta­kularnym sukcesem organów ścigania. W sidła prokuratury i Centralnego Biura Antykorupcyjnego mieli wpaść wysocy rangą oficerowie służb mundurowych. Głównym celem był gen. Marian Janicki, ówczesny szef Biura Ochrony Rządu, a pretekstem - informacje o rzekomych nieprawidłowościach przy zamówieniach na specjalistyczną odzież dla funkcjonariuszy BOR. Ostatecznie okazało się jednak, że generał ma czyste ręce, i prokuratura musiała umorzyć śledztwo. „Wprost” ujawnia kulisy tej kontrowersyjnej operacji.

IMPREZY I PAKIET VIP
Na przełomie 2010 i 2011 r. do Żandarmerii Wojskowej i CBA zaczęły napływać infor­macje o rzekomo nieuczciwych praktykach stosowanych przez Jerzego K., przedstawi­ciela w Polsce amerykańskiego koncernu Gore, producenta chroniącej przed deszczem i wiatrem tkaniny Gore-Tex. - Wpłynęły do nas pisma, z których wynikało, że kontrakty zawierane przez tę firmę lub inne współpra­cujące z nią podmioty mogą mieć podłoże korupcyjne - mówi osoba znająca kulisy sprawy. W służbach mundurowych Gore-Tex był niemal standardem. Wiatach 2008-2012 firmy korzystające z tkanin koncernu Gore podpisały z wojskiem kontrakty na dostawę kurtek i spodni opiewające w sumie na kwotę ok. 170 min zł.
Sprawą zajęła się krakowska delegatura CBA. Zaczęła się przyglądać przetargom wygrywanym przez firmy oferujące odzież uszytą z tkaniny Gore-Tex. Jerzemu K. za­łożono podsłuch telefoniczny. CBA odkryło, że utrzymuje on przyjacielskie kontakty z wysokimi rangą oficerami służb mun­durowych - od policji, przez wojsko, straż pożarną, straż graniczną, po BOR i Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wszyscy byli zapraszani na organizowane przez niego imprezy. CBA szczególnie zainteresowała ta, która odbyła się w kwietniu 2011 r. w hotelu przy ul. Parkowej w Warszawie. Wśród kilkudziesięciu zaproszonych gości przeważali oficerowie zajmujący kierownicze stanowiska w służbach mundurowych. Nie wiedzieli, że bawią się pod czujnym okiem agentów CBA.
Agenci ustalili również, że bywalcy spotkań organizowanych przez Jerzego K. otrzymywali gadżety firmowe - T-shirty, smycze, długopisy czy pendrive'y. Dla naj­ważniejszych gości przewidziano zestawy VIP zawierające dodatkowo kamizelki i kurtki. W sklepie ich cena wynosiła nawet kilka tysięcy złotych.

wtorek, 15 kwietnia 2014

Znów rozmawiam z premierem



Czasem udaje mi się spotkać z Tuskiem. Rozmowy się bardzo przedłużają - mówi Mirosław Drzewiecki, były minister sportu, który odszedł po aferze hazardowej.


Agnieszka Burzyńska: Co robił Mirek Drzewiecki przez ostatnie dwa lata? Gdzie się podziewał?

Mirek Drzewiecki:  Pierwszy rok po zakończeniu kadencji był spokojny, refleksyjny, ale tez pracowity - po powrocie do prowadzenia biznesu.  Wszystko to zostało gwałtownie przerwane zdarzeniem - kiedy to moja zona i jej koleżanka zostały niesłusznie zatrzymane z podejrzeniem o kradzież.  Już sam ten fakt był wystarczająco traumatyczny, mimo iż mieliśmy pewność, ze cale to nieporozumienie wkrótce się wyjaśni. Ale potem się zaczęło... Mediopochodne, "szanujące" literę prawa i "rzetelną" informacje tabloidy postanowiły zabawić się w sad i wydać wyrok. Zanim zrobi to sad amerykański. Zrobiły to kilkaset razy.
A ponieważ pisanie o „złodziejach” nie zaspokajało najwidoczniej ich żądzy krwi, sięgnęły bruku, wymyślając dziesiątki kłamstw, oszczerstw i pomówień dotyczącej mojej żony. 
 To zmasakrowało nasze życie. Mojej zony zwłaszcza. Szczerze mówiąc, jestem pełen podziwu, że psychicznie to wytrzymała. Ja i nasze dzieci lataliśmy na przemian do niej do Stanów, żeby stworzyć choć namiastkę normalności.

Nie mogła przyjechać do Polski?
Teoretycznie mogła, ale się obawiała, że odmówią jej powtórnego wjazdu do Sta­nów. Nie chciała też dać pożywki brukow­com do kolejnej „sensacji” że ucieka przed wymiarem sprawiedliwości.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Najpierw pokuta panie Donald



KAMILA BARANOWSKA: Viktor Orban, do któ­rego PiS lubi nawiązywać, wygrał właśnie kolejne wybory na Węgrzech. Dlaczego mu się udaje?
ADAM HOFMAN: Węgry są małym krajem, który ma zupełnie inną strukturę spo­łeczną, inną historię, inną geopolitykę, co widać zresztą w obecnym stosunku Orbana do Rosji i konfliktu na Ukrainie. Kluczem do jego sukcesu są zintegrowane zaplecze plus poparcie swoich mediów.
Całe zaplecze dzięki jego działaniom i pew­nemu kontekstowi sytuacji, czyli kompro­mitacji postkomunistów, spowodowało, że ogromna część środowisk społecznych skupiła się wokół niego, stając się prężnym i zorganizowanym pionem jego partii. Żeby powtórzyć zwycięstwo Orbana, niezbędne jest to, by wszyscy szli równym krokiem. Tymczasem u nas, w środowisku prawico­wym, panuje taki szlachecki duch - każdy wie najlepiej, jak dojść do upragnionego celu. Trzeba to zmienić. Odłożyć na bok różnice, spory wewnątrzśrodowiskowe i z pospolitego ruszenia przekształcić się w dobre wojsko.

niedziela, 13 kwietnia 2014

Kraj Polska



Rozmowy Żakowskiego Dorota Masłowska, pisarka, piosenkarka, laureatka Paszportu POLITYKI za „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną", o sobie, swoim pokoleniu, narodowych traumach i braku wolności

Dorota Masłowska: - O czym to będzie wywiad?
Jacek Żakowski: - O Polsce.
...Proszę.
15 sekund zastanawiała się pani, jak zareagować.
Polska jest dużym krajem w Europie Środkowej.
Dość średnim.
Stolica: Warszawa. Dostęp do morza. Pasma górskie...
Lubi pani?
Lubię. Siłą rzeczy. Tak jak się lubi, co się ma.
Jak się nie ma, to się bardziej lubi. Takie jest doświadczenie mojego pokolenia.
Niech pomyślę...
A jak pani myśli, to robi się ciepło? Mrocznie? Wieje chłodem?
W kraju Polska jest cała gama tempe­ratur. Bywa Afryka i bywa Syberia. Pod tym względem jest akurat ciekawie i róż­norodnie. Hmmm, czy wpana odczuciu ja nie lubię Polski?
Pani podejrzewa, że mam wobec pani podejrzenia.
Bo często oskarżano mnie o przed­stawianie ojczyzny w negatywnych, ostentacyjnych barwach. Ale mnie bar­dziej interesuje rzeczywistość w ogóle - a że mieszkam w Polsce, to akurat jest to polska rzeczywistość.
Chodzi pani na marsze rodzin albo ateistów?
Na żadnym nie byłam.
Kolorowa Niepodległa czy Marsz Niepodległości?
Nie chodzę. Jestem trochę wyabstra­howana społecznie. Nie potrafię do ni­czego należeć i z niczym się utożsamić. Nie nadaję się do marszu, bo zaraz bym gdzieś skręciła, zboczyła...

Komornika nikt nie tyka



W Sejmie trwa cicha kuluarowa wojna o zmianę ustawy o komornikach. Czas najwyższy. W majestacie prawa komornicy mogą postępować jak rabusie i paserzy.

Wydaje się to proste: ktoś nie spłaca długów, wierzyciel skarży się do sądu, zjawia się komornik i zmusza dłużnika do spła­cania, a przy okazji sam na tym zarabia.
To jest praca ciężka i niewdzięczna, często mówią komornicy. W terenie i niebezpiecz­na. By dobrać się do pieniędzy dłużnika, komornik najczęściej licytuje jego majątek.
Niestety - jak pokazują dowody - bywa, że jedynym zarabiającym jest tu komornik.
Otaczająca komornika aura powagi funkcjonariusza publicznego - zwłaszcza we wsiach i w małych miasteczkach, gdzie istnieje silna sieć powiązań między lokalnymi notablami - powoduje, że ucho­dzi on za człowieka władzy. Wielu myśli nawet, że komornik ma immunitet jak dyplomata. To przekonanie wzrastało, kiedy się widziało, jak bardzo po macoszemu prokuratury i sądy lokalne traktują skargi ofiar komorników- prawie same umorzenia. Wy­dawało się, że nic nie osłabi tej niemal boskiej władzy komornika nad dłużnikiem.

piątek, 11 kwietnia 2014

Posmoleńskie dzieci. Zdrajcy i szaleńcy. [cz. 1]



Piotr Głuchowski, Jacek Hołub*

Po katastrofie "Gazeta Polska" pyta: drugi Katyń czy drugi Gibraltar? A potem już jedzie wprost: "Gdzie są ranni ze Smoleńska?".

Sobotni ranek 10 kwietnia 2010. Na czerwonym pasku TVP Info napis: "Prezydencki samolot rozbił się". Stacje telewizyjne i radiowe zmieniają ramówki, wstrzymują reklamy. Ludzie niosą znicze pod Pałac Prezydencki. Na miejscu katastrofy zjawia się Donald Tusk. Towarzyszy mu Władimir Putin, co okaże się w tej opowieści istotne.

Ojciec Tadeusz Rydzyk łączy się na antenie z posłem PiS Antonim Macierewiczem. Dyrektor Radia Maryja: - Słyszałem też, nie wiem, czy to prawda, że jeden z ministrów radził panu prezydentowi, podobno minister spraw zagranicznych, żeby nie leciał do Katynia.

Macierewicz: - Ja też słyszałem.

Redemptorysta: - Jeden z posłów Platformy miał się wyrazić przed paroma dniami, że prezydent jest trupem...

- Inny poseł Platformy dzisiaj stwierdził, że sprawa się sama rozwiązała...

- Na pewno nie wolno nam poprzestać tylko na współczuciu, na żalu. Trzeba bardzo być czujnym.

Posmoleńskie dzieci. Fala uderzeniowa. [cz. 2]



Piotr Głuchowski, Jacek Hołub

Zwolenników teorii zamachu przybywa. W 2013 r. to już prawie co trzeci Polak. Przybywa też posmoleńskich mediów. Po aferze trotylowej rozkwitają kolejne pisma: "Do Rzeczy" oraz "wSieci".

Po katastrofie smoleńskiej o. Rydzyk pyta: "kto wyreżyserował?". Słuchacze sugerują zamach bombowy, rozpylenie sztucznej mgły, dobijanie rannych. Pod krzyżem na Krakowskim Przedmieściu płoną znicze, poeci piszą natchnione wiersze. Niszowa "Gazeta Polska" odnotowuje zaskakujący wzrost sprzedaży. Rosnącym powodzeniem cieszą się prawicowe serwisy internetowe: Niezależna, Salon24 i wPolityce. Michał Karnowski, współtwórca tego ostatniego, zakłada nowy tygodnik opinii. Powołane wspólnie z redaktorem naczelnym "Rzepy" Pawłem Lisickim "Uważam Rze" odnosi sukces. Czytelników zyskuje też nowy dziennik: "Gazeta Polska Codziennie".

W lutym 2011 r., kiedy powstaje "Uważam Rze", 49 proc. udziałów wydającej je Presspubliki ma państwowe Przedsiębiorstwo Wydawnicze "Rzeczpospolita". Pozostałe 51 proc. - brytyjska grupa Mecom.

W październiku 2011 r. większościowy pakiet Presspubliki obejmuje spółka Gremi Media, której właścicielem jest Grzegorz Hajdarowicz, były opozycjonista, drukarz, działacz KPN, teraz producent filmowy, wydawca i wielobranżowy biznesmen. Płaci Mecomowi 80 mln zł.

Posmoleńskie dzieci.Poszerzenie pola walki.[cz. 3]



Piotr Głuchowski, Jacek Hołub

Gdy nadchodzi odpływ, widać, kto był bez majtek - to powiedzenie sprawdza się także na rynku mediów. Ci, którzy zainwestowali w jakość - jak bracia Karnowscy - wygrywają. Z innymi gorzej. I może to jest powód zmiany tonu w smoleńskiej orkiestrze?

Po katastrofie smoleńskiej wydawcy o prawicowych sympatiach dostrzegają szansę - w kurczącym się świecie mediów papierowych niespodziewanie eksplodował nowy rynek czytelniczy. Trzeba tylko dużo pisać o Smoleńsku. Jako drugi tygodnik - obok "Gazety Polskiej" - startuje "Uważam Rze". Odnosi sukces, przebijając sprzedażą magiczny pułap 100 tys. Jego właściciel - kontrolujący także "Rzeczpospolitą" Grzegorz Hajdarowicz - wchodzi jednak w konflikt z własnym zespołem i traci go. Autorzy - ekspaci z "Rzepy" i "Uważam Rze" - tworzą kolejne dwa tygodniki: "Do Rzeczy" oraz "wSieci"...

3 kwietnia 2013 r. KRRiT przyznaje koncesję na program "o charakterze publicystyczno-informacyjnym". Rozpowszechniana w internecie, przez satelitę i kablówki TV Republika będzie prawicową odpowiedzią na TVN 24. Pomysł narodził się jesienią 2012 roku. Autorka filmu "Solidarni 2010" i szefowa ruchu społecznego o tej samej nazwie, Ewa Stankiewicz, ogłosiła wówczas zbiórkę na "telewizję Sakiewicza".

czwartek, 10 kwietnia 2014

Historia pewnego szaleństwa



Czy wszystkie prawicowe drogi prowadziły do Smoleńska? Dzieje „Gazety Polskiej” wskazują, że tak.

RAFAŁ KALUKIN

Pamiętam go, jak odwiedził zlot mło­dej prawicy we Władysławowie. Usiadł na pieńku, pośród młodzieży łaknącej prawdy o różowym salonie oraz gromkich słów o nadchodzącym przełomie. Lecz starszy pan nie spełnił oczekiwań. Był zdystansowany i jakby zrezygnowany. Młodzi wysłuchali z szacunkiem, lecz rozchodzili się zawiedzeni. Piotr Wierzbicki był przecież naczelnym „Gazety Polskiej”. Ich gazety.
Był rok 1999  Na zlocie mieszały się różne środo­wiska. Działacze młodzieżówek AWS, korwinowcy, zadymiarze. Przywódcą tych ostatnich był Piotr Lisiewicz, znany w środowisku happener. Jego zanarchizowana grupka po pijaku zakłócała kolejne spotkania z prominentami AWS, aż gospodarz im­prezy Krzysztof Kwiatkowski (obecny prezes NIK) poszedł negocjować warunki rozejmu.
Poza wszystkim Lisiewicz był dziennikarzem „Gazety Polskiej” i wychowankiem Wierzbickiego.

Umorzenie możliwe



Prokurator generalny Andrzej Seremet o katastrofie smoleńskiej, innych głośnych śledztwach oraz sporach z rządem

Janina Paradowska: - Oto mamy czwartą rocznicę katastrofy smo­leńskiej. To zarazem cztery lata prokuratorskiego śledztwa. Czego jeszcze w tej sprawie nie wiemy, że nadal nie ma osta­tecznej decyzji prokuratury?
Andrzej Seremet: - Wiemy bardzo dużo, ale nadal brak nam kilku elementów pozwalających zakończyć śledztwo. Musimy mieć kompletny materiał, aby końcowa decyzja była nie do podwa­żenia, bo że zostanie zaskarżona, nie mam wątpliwości - o ile oczywiście postępowanie zostanie umorzone.
Prokuratura dopuszcza możliwość umorzenia?
Nie jest to wykluczone i jestem przekonany, że w odwoław­czym postępowaniu sądowym podniesiona zostanie każda, nawet najbardziej marginalna sprawa, aby tę decyzję pod­ważyć. Po ewentualnym uchyleniu decyzji prokuratury przez sąd trzeba byłoby wiele rzeczy zaczynać od początku i sprawa
znacznie się przedłuży. Lepiej więc teraz zrobić więcej, nawet na zapas, niż narazić się na zarzut, że coś zaniedbano, czegoś nie zbadano. Każde zdanie decyzji kończącej postępowanie będzie dokładnie analizowane, odbędzie się wielka debata społeczna.
Rozumiem skrupulatność, ale wielokrotnie zapewniano nas, że np. nagrania rejestratorów lotu są absolutnie autentyczne i wiarygodne, a kilka tygodni temu znów słyszymy, że prze­grywamy je w Moskwie jeszcze raz, i znowu opinia publiczna ma wątpliwości, o co chodzi. Nagrania są niewiarygodne?

środa, 9 kwietnia 2014

Wdowy brukselskie



Poseł Małgorzata Gosiewska i senator Beata Gosiewska dostały wysokie miejsca na listach PiS do europarlamentu. Wygląda na to, że partia ta wyeksportuje do Brukseli nie tylko temat Smoleńska, ale i rodzinne urazy.

Malwina Dziedzic
Wejście obu pań do par­lamentu prasa brukowa obwołała „wydarze­niem bez precedensu”, porównywalnym z pojawieniem się w nim „pierwszej na świecie trans-posłanki”. Bo to raczej ewe­nement, aby dwie wdowy (tak są nazywane w Sejmie) po tym sa­mym mężu spotykały się w klubie tego samego ugrupowania. Jak jed­nak twierdzą zainteresowane, - nie mają ze sobą styczności, więc to nie problem. A przecież nie jest tajem­nicą, że obie za sobą nie przepada­ją. W kuluarach sejmowych można usłyszeć, że rywalizują o tytuł „wdo­wy po Gosiewskim”, że na jego na­zwisku i dokonaniach chcą budować własne kariery polityczne, a Kaczyń­skiemu to odpowiada, bo pamięć po byłym wicepremierze jest wciąż żywa wśród wyborców. Poza tym, tak po ludzku, prezes troszczy się o „smoleńskie wdowy’1. Obu paniom dał miejsca na listach PiS do euro­parlamentu, bo: - Tam po prostu są lepsze pieniądze - tłumaczy jeden z posłów PiS. Po czym dodaje: - Ka­czyński niczym król Salomon musi jednak godzić ich ambicje i interesy.
Dlatego w 2011 r. jedną z żon umieścił na listach do Sejmu, a drugą do Senatu (choć obie chciały być posłankami). Teraz rozdzielił je po okręgach, bo znów podob­no obie chciały startować z tego samego: małopolsko-świętokrzyskiego. W Świętokrzyskiem legendą obrosły dokonania Przemysława Gosiewskiego. Podróżni trasy Warszawa-Kraków kpią czasem z postoju we Włoszczowej, gdzie nierzadko wysiada tylko parę osób, ale okoliczni mieszkańcy pamiętają, kto ich połączył ze światem. A przecież głosują swoi, nie przejezdni. Ten okręg przypadł Beacie (trzecie miej­sce na liście), żonie numer dwa, od 2011 r. senator PiS. Małgorzata, pierwsza żona Gosiewskiego, dostała drugie miejsce w okrę­gu mazowieckim (ale nie Warszawę). Prezes Kaczyński tak to wymierzył, żeby na starcie miały porównywalne szanse. Według ostat­nich prognoz socjologa dr. Jarosława Flisa dla „Gazety Wyborczej” obie Gosiewskie powinny zdobyć mandat.
- Byłem parę razy w Brukseli, to ogrom­ny gmach, dużo większy niż kompleks Sejmu i Senatu, trudniej się spotkać - śmieje się Marek Suski, który przyjaź­nił się z Gosiewskim. - Poza tym ludzie na obczyźnie się wspierają, więc to może je akurat zbliżyć.

Triumf i schyłek religii smoleńskiej



Wciąż żyjemy w cieniu brzozy. Ale jest on coraz krótszy i bledszy.

Cztery lata temu prawie straciliśmy Polskę. „My” to w tym wypadku lewica, liberałowie, chadecy, konserwatyści, nieraz krytykujący błędy III RP, ale z pozycji lojalnej wobec tego państwa. Akceptujący zachodni kierunek polskiej polityki po 1989 r. W konsekwencji katastrofy smoleń­skiej Polska o mało co nie dostała się w ręce ludzi, którzy całą tę „zapadnicką” agendę postanowili odrzucić. W imię polskiej wersji „demokracji suwerennej ”, mniej poważnej niż wizja ro­syjska, jednak równie mocno rozpalającej wyobraźnię znacznej części polskiej prawicy, a także najbardziej konserwatywnego skrzydła polskiego Kościoła.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Bohater polityczny



PiS ma nowego bohatera: który zginął w katastrofie smoleńskiej. Ale za życia dowódca Sił Powietrznych budził raczej kontrowersje niż zachwyty.

MARCIN DZIERŻANOWSKI

Wyjątkowo ambitny generał nowej generacji, który świetnie się odnalazł w nowych natowskich warunkach - mówili o nim jedni. - Dowódca, który dla kariery pomiata ludźmi - kontrowali inni.
Po katastrofie smoleńskiej dla PiS stał się bohaterem. Doczekał się czterech tablic pamiątkowych, komitetu W Hołdzie Ge­nerałowi, a jego czapka wojskowa trafiła na Jasną Górę. Teraz, przy okazji kampanii wyborczej do europarlamentu, ma się stać czymś więcej: symbolem IV Rzeczypospolitej. „Wzorowy oficer Wojska Polskiego”, „do końca wiemy przysiędze i honorowi” „jeden z najwybitniejszych polskich przywódców” - takie określenie generała znalazło się w uzasadnieniu projektu uchwały sejmowej upamiętniającej Andrzeja Błasika, który PiS złożyło w ubiegłym tygodniu w parlamencie.
A redakcje prawicowego tygodnika „Gazeta Polska” oraz „Gazety Polskiej Codziennie” zachęcają do udziału w ogólnopolskiej akcji wieszania plakatów broniących dobrego imienia generała. „Zawiei plakat w widocznym i godnym miejscu! Upomnijmy się o honor polskiego oficera, jest on przecież honorem Rzeczypospolitej Polskiej” - apelują na swoich łamach prawicowe redakcje.
Kim jest nowy święty polskiej prawicy?

Chcemy mówić o życiu



Cztery lata po katastrofie smoleńskiej dla bliskich ofiar przyszedł moment,
gdy próbują przejść na stronę życia. Czasem to trudniejsze, niż samo przeżywanie żałoby.

KATARZYNA NOWICKA

Nadal przeżywają śmierć bli­skich, ale nie chcą wyłącznie o tej śmierci mówić. Postano­wili skupić się na życiu. Matki, ojca, żony, męża, ale także na swoim. Jest satysfakcja i „coś zbliżonego do radości”. A to już dużo.
Jakub Płażyński, prawnik, syn byłego marszałka Sejmu, Macieja Płażyńskiego, już kilka tygodni po katastrofie smoleńskiej podjął decyzję: będzie kontynuował to, co zaczął jego ojciec. Czyli prace nad ustawą repatriacyjną umożliwiającą powrót do kraju przesiedlonym rodakom. - Potrze­bowałem chwili, żeby się zastanowić, czy dam radę. Jednak postanowiłem działać, bo ustawa była dla taty ważna. No i ruszyłem z akcją zbierania podpisów pod obywatel­skim projektem - opowiada.
Potem wspólnie z dziennikarską or­ganizacją Press Club wpadł na pomysł nagród imienia Macieja Płażyńskiego dla dziennikarzy zajmujących się sprawami Polaków rozsianych po całym świecie. - Dlaczego ja się tym wszystkim zająłem? Po prostu miałem potrzebę rzucenia się w wir pracy. Ale też dzięki temu czułem obecność taty - tłumaczy. - Każdy z nas, bliskich ofiar, czuje pustkę i próbuje sobie z tym radzić na różne sposoby. Zrozumiałem, że nie mogę odwrócić czasu ani wpłynąć na sytuację po katastrofie. Chciałem zrobić coś konstruktywnego. Dla mnie był to sposób na poradzenie sobie z sytuacją - podkreśla.
Taką drogę obrał nie tylko on. Po czterech latach od katastrofy, ci, którzy zdecydowali się kontynuować działania i pasję bliskich, mówią zgodnie: chcemy żeby patrzono na nich przez pryzmat życia, a nie tego w jak tragicznych okolicznościach zginęli. Tak jest lepiej.
Zdaniem Ewy Chalimoniuk psychoterapeutki z warszawskiego Laboratorium Psychoedukacji, w procesie przeżywania żałoby po stracie bliskiej osoby to wręcz kluczowa decyzja i dobry kierunek. - To jest moment godzenia się ze śmiercią i przejście na stronę życia. Nie tylko rozpamiętywanie tego, co się stało i analizowanie przyczyn, ale też zaangażowanie się w coś nowego - podkreśla.
Bo żałoba jest naturalnym stanem pod warunkiem, że nie trwa wiecznie. Jej znaczące się przedłużanie wymaga analizy, dlaczego się tak dzieje. Ile powinna trwać? U większości osób powinna się zakończyć po około roku. Ale nie ma jakiegoś ustalonego czasu jej przeżywania. W przypadku śmierci nagłych, jak choćby w katastrofie lotniczej, żałoba trwa zazwyczaj dłużej.
Dla tych, którzy stracili bliskich pod Smoleńskiem, od początku proces jej przeżywania mógł być zaburzony. Odby­wała się na oczach wszystkich, w świetle kamer. Często nawet gdy rodziny chciały zapomnieć o obrazach z miejsca tragedii, one nieustająco powracały. I wciąż zresztą powracają - z telewizora, gazet, z internetu. Do tego przedłużające się śledztwo, różne
teorie dotyczące wydarzeń z 10 kwietnia. Informacje o kolejnych ekshumacjach i wrażenie, że medialne i polityczne dyskusje nigdy się nie skończą. Ciężko funkcjonować w takich warunkach gdy zabliźniająca się rana co jakiś czas znów jest rozdrapywana. Tym bardziej trudno jest przeżywać żałobę i znaleźć siłę i sposób na życie. Dlatego dla rodzin ofiar opowiadanie o tym, co się przeżywa w związku ze stratą bliskiej osoby i wychodzeniem z żałoby, jest szczególnie trudne.
- Te osoby mają prawo się bać o tym mówić, obawiać się tego, kto i co zrobi z ich odpowiedzią. Śmierć i żałoba nie były intymną sprawą tych ludzi. Oni często byli w tym potraktowani dość instrumentalnie, ich emocje były nadużywane. Nie można tego było przeżywać indywidualnie, tylko wszystko mogło być skomentowane i oce­nione. To ten cały proces żałoby utrudniało i mogło znacznie zaburzać - podkreśla Ewa Chalimoniuk.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

Kto się żywi na PiS



W łańcuchu pokarmowym partii Jarosława Kaczyńskiego panuje niezmienna symbioza. Najlepiej wiedzie się w nim ekspertom i złotym dzieciom z Nowogrodzkiej.

ANNA GIELEWSKA

Prawie trzy miliony złotych z kasy PiS trafiło w ciągu kilkunastu ostatnich miesięcy do spółki MTML - wynika z informacji uzyskanych przez „Wprost”. To dużo więcej, niż PiS wydało na ochronę prezesa: w 2013 r. - podobnie jak w po­przednich latach - partia przeznaczyła na ten cel ponad 1,7 min zł.
Prezesem firmy MTML jest Tomasz Pierzchalski, którego biznesowa kariera rozkwitła, gdy kilka lat temu pojawił się na Nowogrodzkiej, w siedzibie PiS.
Pierzchalski (rocznik 1978) zaczynał jako współpracownik Adama Lipińskiego.
- Kiedyś nawet woził Lipińskiego swoim prywatnym samochodem, leciwym czer­wonym fordem - wspomina jeden z naszych rozmówców z PiS. Tak Pierzchalski trafił do biura PiS, gdzie od lat niepodzielnie rządzi Barbara Skrzypek. Pracował razem z nią w pokoiku obok prezesa Jarosława Kaczyńskiego i uchodził za jednego z najbardziej zaufanych ludzi na Nowogrodzkiej.
To była już prosta droga do kariery, choć wcale nie politycznej. Pierzchalski szybko zamienił starego forda na nowiutkie mo­tocykle, które są jego pasją.
Polityk PiS: - Nagle stał się potentatem na obsługę medialną partii, a jego firemka zarabia dziś na tym wielkie pieniądze.

Czeladnik



Pytany, czy jest cynikiem, nie zaprzecza. Palikota nazywa mężem stanu.
O Rydzyku mówi: rzygać się chce. Prof. Jan Hartman chce być politykiem za wszelką cenę.

ALEKSANDRA PAWLICKA

Po co panu polityka? - pytam.
- Bo lubię być w centrum wyda­rzeń - odpowiada Jan Hartman.
- I dlatego zamienił pan Kartezjusza na Palikota?
- Można mieć wizerunek poważnego filozofa dla pięciu tysięcy odbiorców. Ale można też mieć wizerunek poważnego fi­lozofa dla pięciu tysięcy, a jednocześnie być dla miliona etykiem i politykiem wal­czącym z obłudą oraz dla kolejnego mi­liona wstrętnym ateistą i lewakiem. Wolę to drugie rozwiązanie.

Kazirodcze lesby
Prof. Jan Hartman, szef Zakładu Filozofii i Bioetyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, wszedł właśnie w nową rolę - zaciekłe­go obrońcy Janusza Palikota. Co Palikot chlapnie, to Hartman posprząta. Gdy Pa­likot zorganizował konferencję Europy Plus, na której Aleksander Kwaśniewski wyglądał, jakby był nietrzeźwy, w obro­nie byłego prezydenta wystąpił właśnie prof. Hartman: „Dwie godziny siedzia­łem z nim przy wodzie mineralnej i roz­mawiałem twarzą w twarz” - zapewniał. Gdy Palikot powiedział o Wandzie Nowi­ckiej, że „chciałaby być zgwałcona, ale to nie ze mną”, Hartman tłumaczył: „Palikot stara się wypowiadać jak mąż stanu, ale gdy czuje się zdradzony, nie potrafi utrzy­mać języka na wodzy”.
Ostatnio broni Palikota w związku z jego wypowiedzią, że politycy Two­jego Ruchu, nie rozgrywając protestu rodziców niepełnosprawnych dzieci, „stracili nieprawdopodobną szansę zro­bienia kampanii do Parlamentu Europej­skiego i kariery w polityce”. Posypał się za to na Palikota grad oskarżeń o polityczny cynizm.
Hartman natychmiast napisał oświad­czenie: „Ani przez chwilę nie odniosłem wrażenia, że jest to wypowiedź cynicz­na. Cynizmem jest za to udawanie, że politycy nie powinni myśleć o karierze i wykorzystywaniu po temu okazji. Jako etyk i polityk potwierdzam myśl Janu­sza Palikota: kariera polityka powinna być budowana na zdobywaniu zaufania i udzielaniu realnej pomocy ludziom”. Tylko że Hartman potwierdza coś, czego Palikot nie mówił.
Na oświadczeniu się nie skończyło. Na swoim blogu Hartman dopisał, że lincz na Palikocie to zemsta politycznych rywali za to, że Twojemu Ruchowi rośnie popar­cie w przedwyborczych sondażach: „Py­cha spotka się z siostrą obłudą i skotłują się, kazirodcze lesby, na wioskowym pla­cyku na oczach całego plemienia. Dzidy do góry, Koleżanki i Koledzy z SLD i PO”.
- Nie sądzi pan, że takie wypowiedzi nie przystają profesorowi ? - pytam Hartmana.
- To zwrot retoryczny. Z obłudą walczę od lat.
- Nazywają pana nowym Urbanem.
- Z przejawami wrogości spotykam się od dawna. Przestałem na to zwracać uwagę. Nie jestem adwokatem Palikota, mówię to, co myślę. Podoba mi się to, że Janusz przełamuje polityczne tabu i jest w tym bezkompromisowy. A swoją rolę w jego partii postrzegam jako ideowe do­ciążenie. Dołączyłem do Twojego Ruchu jako mądry profesor, zacny kolega, osoba publicznie znana, ale politycznie wciąż jestem czeladnikiem.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Wojny sztabowe z elementem kabaretowym



W sztabie PiS zapanowało bezhołowie. Działacze boją się wpadek prezesa, nad którym nie sposób zapanować. A sam Kaczyński myśli o czystce, by przed kolejnymi wyborami zostali z nim tylko najwierniejsi.

MICHAŁ KRZYMOWSKI

Do siedziby PiS kilka dni temu dotarł donos: Wojciech Paw­lak, który współpracuje ze sztabem PiS, miesiąc temu oferował swoje usługi Platformie.
- To prawda? - pytam w PO bez przekonania. Przecież Pawlaka, zna­nego specjalistę w dziedzinie analizy badań socjologicznych, ludzie z bran­ży kojarzą z PiS. Chociażby dlatego, że w 2005 r. pracował w kampanii Lecha Kaczyńskiego.
- Było tak - zaczyna jeden ze szta­bowców PO. - Kilka tygodni temu Ja­cek Protasiewicz powiedział nam, że Wojciech Pawlak chce sprzedać Plat­formie swój model, czyli analizę op­artą na danych Państwowej Komisji Wyborczej pochodzących z poszcze­gólnych obwodów. Dzięki niej, jak miał twierdzić Pawlak, można spraw­dzić, w której gminie należy zintensyfi­kować kampanię, żeby zdobyć kolejny mandat. Protasiewicz chciał się w tej sprawie z nami skonsultować, bo mo­del podobno był drogi.
- Kupiliście go?
- Nie, bo któryś z kolegów powie­dział, że Pawlak jest już zakontrak­towany przez PiS i branie go do nas byłoby samobójstwem. Sprawa była tym bardziej dwuznaczna, że według słów Jacka Pawlak chciał robić dla nas analizy bieżących sondaży, ale bez wchodzenia do naszego sztabu. Miał­by nam doradzać z zewnątrz, po cichu. Słabo to brzmiało.
Pawlak trafił do sztabu PiS dzięki Tomaszowi Żukowskiemu, wielolet­niemu doradcy prezesa odpowiedzial­nemu za sondaże. Zapytany o historię z Platformą odpowiada w esemesie.
- Jestem profesjonalistą - reklamu­je się - a nie petentem żadnej partii. Mam wysokie kwalifikacje w obszarze badań opinii i mediów, które przynio­słyby wymierne korzyści każdej partii.
Kiedy dopytuję go, czy kontaktował się z Protasiewiczem, dostaję niejasną odpowiedź: „Odwrotnie:)”.
- To znaczy, że to on kontaktował się z panem?
- Jakie to ma znaczenie, skoro on nie jest szefem sztabu PO? Traktuję ten kontakt jako prywatny. Byłoby czymś niestosownym z mojej strony mówie­nie o tym.
Według informacji „Newsweeka” do tego kontaktu doszło we Wrocła­wiu, przy okazji wizyty Pawlaka u pre­zydenta Rafała Dutkiewicza, jednego z jego klientów. Pozostaje jednak pytanie, kto komu proponował tę współ­pracę. Pawlak Protasiewiczowi czy Protasiewicz Pawlakowi? Były szef sztabu Platformy nie odpowiedział na to pytanie. Z kolei wersja, którą Pawlak jakiś czas temu przedstawił jednemu ze znajomych, jest taka: to Platforma zgłosiła się do niego, ale on odmówił, twierdząc, że jest już zajęty.
To jednak tłumaczenie nielogicz­ne. Jeśli Pawlak rzeczywiście odmówił Platformie, to dlaczego Protasiewicz po rozmowie z nim pytał partyjnych kolegów, czy warto zainwestować w jego analizę?
Polityk z władz PiS: - Moim zdaniem ta historia dyskwalifikuje Pawlaka. Po­winien wylecieć z naszej kampanii.

sobota, 5 kwietnia 2014

Bohaterowie powieści prezesa



Diaboliczny Raskolnikow i idealistyczny Don Kichot. Są jak awers i rewers polskiej prawicy.

Zamiast celebrytów - eksperci. Tak reklamował Jarosław Kaczyński listę wyborczą PiS do Parlamen­tu Europejskiego. Do krakowskiego filozofa Ryszarda Legutki, który już drugi raz stanie do wyborów, dołączą ko­lejne postacie ze wspierającego partię grona intelektualistów. Warszawską listę otwiera Zdzisław Krasnodębski. Z dwójki w Toruniu wystartuje zaś Andrzej Zybertowicz.
Obu debiutantów znacznie więcej jednak dzieli, niż łączy.

piątek, 4 kwietnia 2014

Polski głos Moskwy



Władimir Putin ma nad Wisłą gorliwych popleczników. Opowieści o niemądrych Polakach, złej Ukrainie i dobrej Rosji płyną na falach eteru dzięki polskim dziennikarzom.

WOJCIECH CIEŚLA

Radio nazywa się Hobby. Nada­je z piętrowej, brzydkiej wil­li w centrum podwarszawskiego Legionowa. Mały szyld na dachu, kilka an­ten i profesjonalnie mierzona słuchalność: 0,0 proc., w porywach 0,5. To oznacza, że nikt, nawet w najbliższej okolicy, nie usta­wia sobie radia na częstotliwość 89,4 FM.
Z nadajników z PRL-owskiej willi pły­ną na okolicę polskie audycje moskiew­skiej rozgłośni Głos Rosji, która produkuje programy dla zagranicy.
Wystarczy włączyć wieczorne pasmo (dwie godziny dziennie), żeby przenieść się w czasy ZSRR: propaganda, że aż cierpnie skóra. Władza w Kijowie jest „tymczasowa i samozwańcza” na dokładkę „coraz bar­dziej przypomina skorpionów [tak w ory­ginale - przyp. red.] w szklanym słoiku”. Ludzie z Majdanu to „uzbrojeni bojówkarze, uważani niegdyś za rewolucjonistów”.
Paweł Kubalski, założyciel radia: - Pro­paganda? W serwisach, które transmitu­jemy, nie ma propagandy. Zresztą mamy mały zasięg. W Warszawie już by pan nas nie usłyszał.

czwartek, 3 kwietnia 2014

WSI w Watykanie



Jak służby specjalne III RP w latach 90. inwigilowały Watykan, jak papież zareagował na zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich Wspomina Stefan Frankiewicz  były ambasador Polski przy Stolicy Apostolskiej.


Ta książka wywoła kontrowersje. Stefan Frankiewicz, ambasador Polski przy Watykanie w latach 1995-2001, po raz pierwszy opowiada o kulisach swojej misji. Robi to wyjątkowo szczerze, choć nie przekracza dyplomatycznych granic. „Nie stracić wiary w Watykanie” to unikatowy wywiad rzeka, który z Frankiewiczem prze­prowadził katolicki publicysta, były redak­tor naczelny miesięcznika „Więź” Cezary Gawryś. Z książki wyłania się obraz Jana Pawła II widzianego z bliska, przez pryzmat prywatnych rozmów, często myślącego pod prąd. A także niekiedy gorzka ocena tego, jak Polacy przyjęli pontyfikat Karola Wojtyły. „Wprost” jako jedyny publikuje fragmenty książki, która w sprzedaży będzie od 2 kwietnia.           

Marcin Dzierżanowski

KWAŚNIEWSKI W WATYKANIE
Stefan Frankiewicz: Wynik wyborów prezydenckich z 1995 r. był dla Jana Paw­ła II podwójną traumą. Zawiedziony był i tym, że przegrał Wałęsa, i tym, że wygrał Kwaśniewski. Mówił mi: „Wynik wybo­rów trzeba uszanować. Pan Kwaśniewski został demokratycznie wybrany. Ale on nie ma moralnego prawa do sprawowania w Polsce rządów”. Nie wiem, która trauma była większa: czy ta pierwsza - z powodu klęski Wałęsy, czy ta druga - z powodu zwycięstwa Kwaśniewskiego. Trzeba przecież pamiętać, że papież od pewnego momentu krytycznie oceniał prezydenturę Lecha Wałęsy, a zwłaszcza jego postawę w czasie kampanii wyborczej. Słyszałem to kilkakrotnie.(...)
W końcu września 2000 r., w szczytowym momencie kampanii prezydenckiej, Marian Krzaklewski, mając na celu pogrążenie przeciwnika, ujawnił niewybredny żart podchmielonych prezydenta Kwaśniew­skiego i jego ministra Siwca sprzed trzech lat. Chodziło o „całowanie ziemi kaliskiej” Niewątpliwie był to incydent godny ubole­wania. W Watykanie myśleniem o sprawach politycznych rządzi jednak stara zasada discernimento, czyli odróżniania rzeczy naprawdę ważnych od marginaliów i spraw drugorzędnych. Patrząc z tej perspektywy, uznałem wtedy od razu, że incydent ten winien być oceniany jako uchybienie ogól­nej kulturze i zasadzie dobrego tonu, a nie w kategoriach moralnych czy w ramach wielkiej polityki. Tymczasem w kraju rozpętała się histeria. Pojawiły się żądania postawienia prezydenta Kwaśniewskiego przed Trybunałem Stanu za czyny „godzące w honor i godność narodu polskiego”, powstała lista miast uznających prezydenta za persona non grata, ojcowie paulini z Jasnej Góry wezwali społeczeństwo do modłów ekspiacyjnych, senatorowie AWS sformu­łowali zarzut naruszenia przez prezydenta „konstytucyjnego obowiązku strzeżenia godności narodu”, nawet Lech Wałęsa zażądał rezygnacji przez Kwaśniewskiego z kandydowania. Kancelaria marszałka sejmu Macieja Płażyńskiego została za­sypana zawiadomieniami o popełnieniu przestępstwa „publicznego znieważenia głowy obcego państwa”...
Cezary Gawryś: A jak zareagowano w Watykanie?
Stefan Frankiewicz: 23 września zate­lefonował do mnie ks. Henryk Nowacki z Sekretariatu Stanu, który skomentował całą rzecz krótko: „Tonący brzytwy się chwyta”. 25 września wieczorem odbyłem długą rozmowę z nuncjuszem Kowalczykiem przebywającym akurat w Rzymie. Jego zdaniem „błogosławieństwo” wykonane przez Siwca w obecności prezydenta było prostackim żartem, ale z kolei ujawnienie całej sprawy podczas kampanii prezy­denckiej przez sztab Krzaklewskiego było nikczemne. To wiatr w żagle pobożnisiów, demonstrujących swą rzekomą przewagę moralną, a jednocześnie w sposób instrumentalny traktujących religię i Kościół.
Po rozmowach ze współpracownikami Jana Pawła II26 września rano zatelefonowałem do Warszawy do ministra Ungiera z sugestią, by prezydent przeprosił tych, których mogły dotknąć wydarzenia pokazane w filmie, i by zapewnił, że niczyich uczuć nie zamierzał obrazić. Jeszcze tego samego dnia Kwaś­niewski na spotkaniu przedwyborczym w Myślenicach wyraził publicznie swój żal, a wkrótce potem przesłał list do Ojca Świętego z przeprosinami. Następnego dnia, 27 września rano, przekazałem tekst publicznej wypowiedzi Kwaśniewskiego Ojcu Świętemu, który skwitował to krótko: „Sprawa zamknięta”.

Między impotencją a infantylizmem



Putina można pokonać. Potrzebna jest kombinacja sankcji politycznych, presji ekonomicznej i racjonalnej dyplomacji.
Władimir Putin dał Ameryce, Europie, naszej władzy i opozycji szansę na wydoroślenie. Nasza władza wydoroślała szybko, Zachód dorośleje bardzo powoli. Natomiast nasza opozycja z PiS na czele wydaje się skazana na infantylizm.
W sprawie Ukrainy polski rząd musi się poruszać po wybitnie wąskiej ścieżce. Z jednej strony Zachód, który na drastyczne złamanie prawa międzynarodowego przez Rosję zareagował niemrawo. Z drugiej PiS-owska opozycja wrzeszcząca: „a nie mówiliśmy”, bo oni przecież wiedzieli, a jakby mogli, toby Ruskom pokazali. Rząd chciałby ostrzejszych sankcji wobec Rosji nałożonych przez Unię, ale nie może być tu za bardzo w awangardzie. Bo szybko mogłoby się okazać, że dla rosyjskiej propagandy ekstremistami są już nie tylko partia Swoboda i Tiahnybok, ale także Tusk i Sikorski. Rząd chciałby więc sankcji ostrzejszych, ale musi kalkulować, bo retorsje uderzyłyby głównie w naszą gospodarkę, co oczywiście skwapliwie wykorzystałoby PiS.

środa, 2 kwietnia 2014

W tupolewie zawiodło wspomaganie



Z prof. Markiem Czachorem, pracownikiem Katedry Fizyki Teoretycznej i Informatyki Kwantowej Politechniki Gdańskiej

CEZARY GMYZ: Co sprawiło, że zajął się pan katastrofą smoleńską?
MAREK CZACHOR: Po prostu musiałem to zrobić. Od początku zastanawiałem się, jak - jako fizyk - mógłbym pomóc wyjaśnić przyczynę tej katastrofy. Problem w tym, że początkowo nie było dostępu do żadnych danych. Dopiero gdy pojawił się raport MAK, a potem Jerzego Millera, wreszcie symulacje prof. Wiesła­wa Biniendy, można było zacząć krytyczne analizy.
Pańskie pomiary dokonane wraz z prof. Andrzejem Wiśniewskim w Smo­leńsku wywołały sensację. Zakwestiono­wał pan tezę prof. Chrisa Cieszewskiego, według której brzoza była złamana już wcześniej, przed katastrofą.
Uczestniczyłem w konferencji smoleńskiej i początkowo byłem entuzjastą wyniku ogłoszonego przez Cieszewskiego. Jednak wie­działem od razu, że tak radykalna teza musi być sprawdzona przez niezależny zespół. Zresztą sam Cieszewski publicznie poprosił mnie i Andrzeja Wiśniewskiego o zweryfikowanie jego analiz.
Już tego samego dnia wieczorem wiedziałem, że się pomylił.

Błaszczak i afera ZUS. Poseł pokazuje przelew na 9 tys.



Adam Zadworny

Wątkiem w aferze korupcyjnej ZUS są prace wykonane na działce posła PiS Mariusza Błaszczaka. Szczeciński sąd rejonowy, który ma osądzić oskarżonych, poprosił o przeniesienie sprawy do wyższej instancji ze względu na jej ''polityczny'' charakter - napisaliśmy w czwartek.
Po ukazaniu się tekstu w ''Gazecie'' dostaliśmy maila od posła Błaszczaka, szefa Klubu Parlamentarnego PiS, z załączonym potwierdzeniem przelewu na firmę E. z grudnia 2007 na ponad 9 tys. zł. Tak jak wcześniej Błaszczak nie odebrał naszego telefonu.

Dlaczego poseł pokazał przelew? Bo szczeciński biznesmen zeznał, że jego zleceniodawcy kazali mu zrezygnować z jego zapłaty, by pokryły się koszty prac przeprowadzonych na działce Błaszczaka.

Wczoraj przeczytaliśmy akt oskarżenia dotyczący afery ZUS oraz poznaliśmy szczegóły z opowieści wspomnianego biznesmena i oskarżonych. Są nimi m.in. były prezes ZUS Sylwester R. i dyrektor ZUS w Szczecinie Tadeusz D.

Według ustaleń prokuratorów miało być tak:

wtorek, 1 kwietnia 2014

Ukąszony



Prof. Zdzisław Krasnodębski latami grawitował ku PiS, aż został „jedynką" warszawskiej listy tej partii do Parlamentu Europejskiego - w istocie prestiżowym kandydatem numer jeden tej partii. Czym sobie na to zasłużył?

Idea ulokowania go tak wysoko urodziła się ponad rok temu w rozmowie Krasnodębskiego z Jarosławem Kaczyń­skim i początkowo mało kto o tym wiedział, a później - mało kto wierzył.
- W Warszawie podobno ma kandydo­wać Krasnodębski, ale to byłby taki pre­zent dla Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry, że wydaje się to nieprawdopodob­ne - mówił mi kilka miesięcy temu były polityk PiS.
Chodziło mu o to, że prof. Krasnodęb­ski, w porównaniu z konkurentami z in­nych, nawet sporo mniejszych partii, jest mniej znany i nie ma żadnego doświad­czenia kampanijnego.
A jednak to Krasnodębski dostał naj­ważniejszy okręg wyborczy. Co więcej, lista została tak skonstruowana, by fawo­rytowi prezesa nie stała się krzywda. Bez­pośrednio za Krasnodębskim jest Hanna Foltyn-Kubicka, rodem z Pomorza, która mimo pierwszego miejsca na liście PiS przegrała tam poprzednie eurowybory. „Trójką” w Warszawie jest szerzej niezna­ny radny miejski Jarosław Krajewski. Do­piero z piątego miejsca kandyduje Marek Jurek. Były marszałek Sejmu przy dobrej indywidualnej kampanii ma szansę prze­ścignąć Krasnodębskiego, ale PiS liczy w Warszawie na dwa mandaty i w partii powszechnie uważa się, że wezmą je Krasnodębski i Jurek.

Seks, kłamstwa i rany na rękach



Polskie nastolatki Lubią żyletki, głodówki i seksting. Nie lubią za to samych siebie. I jeszcze rodziców nie lubią, bo przestali się nimi interesować.

ANNA SZULC

Wszystko zaczęło się od tajnej grupy na Facebooku, którą dla młodych fanek założyła Bea­ta Andrzejczuk, autorka bestsellerowej se­rii „Pamiętnik nastolatki”. - To miał być pozytywny eksperyment. Same nastolatki i ja jedna dorosła, której ufają na tyle, że są w stanie zwierzyć mi się z tego, czego nie opowiedzą innym dorosłym - tłumaczy pi­sarka. Była pewna, że będą pisać głównie o tym, o czym zawsze pisały dziewczyny w tym wieku: o chłopakach i pocałunkach. Ewentualnie o tym, że ich starzy niczego nie rozumieją. Dlatego należy się przeciw nim zbuntować. - Tymczasem dziewczyny, które do mnie piszą, nie buntują się, tylko skarżą się na życie jak zbite psiaki. Nasto­latka pisze, że dostała od matki w twarz za to, że poszła sama do ginekologa. Chcia­ła mieć tabletki, bała się ciąży. No i teraz się tnie. O tym właśnie piszą - że gdy jest im źle, zadają sobie rany żyletkami - mówi Andrzejczuk.
Dostaje takie listy codziennie. Jak ten od 15-letniej Zosi: „Proszę poprosić Lenkę, by więcej się nie cięła”. Albo od Justyny: „Na­tknęłam się na żyletkę na ulicy, taką za­krwawioną. Uśmiechnęłam się lekko na jej widok, bo wiedziałam, co mogę zrobić w domu i co zrobię”.
Justyna przyznaje, że tnie się regular­nie od września. Poza tym nie je, to zna­czy je, ale tylko raz na dwa dni. I przypala się zapalniczką. A jej chłopak Tomek za dużo ćpa. Mamie o tym nie powie. Mama lubi Tomka, chwali go za to, że jest miły i świetnie się uczy.
Andrzejczuk odkryła jeszcze coś bar­dziej szokującego. - Dorośli o swoich dzie­ciach nie wiedzą nic - mówi.