PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 30 września 2013

Rodzina na swoim.

Daleki krewny, cioteczny brat, przyjaciółka rodziny, kolega z żoną, znajome małżeństwo, sekretarki, kierowcy... „Gazetę Polską" i prezesa PiS łączy długi łańcuszek mocno splecionych ogniw.

Prezesem wydającej „Gazetę Polską Codziennie” spółki Forum od niemal roku jest Grzegorz Tomaszewski. W Prawie i Sprawiedliwości mówią, że Tomaszewski jest wiedzieć się czegoś więcej, słyszę tylko: to rodzina od strony mamy. Żadnych szczegółów. 
   Więcej w tej sprawie może wiedzieć jeden człowiek: Jan Maria Tomaszewski, cioteczny brat prezesa. Nie licząc Marty, córki nieżyjącego prezydenta, to dziś najbliższy krewny Jarosława Kaczyńskiego. Tomaszewski, z wykształcenia plastyk, od lat plącze się przy PiS. Dzięki rodzinnym koneksjom był na liście płac Orlenu, TVP i stołecznych wodociągów, a nawet pracował przy jednym ze spotów Lecha Kaczyńskiego. Wjego domu na Saskiej Kępie kręcono też film "Lider" poświęcony szefowi PiS.

Partia wykorzystała go w kampanii wyborczej w 2011 roku.
 DZwonię do Tomaszewskiego. Wszystko się zgadza: prezes spółki Forum należy do rodziny.
- Grzegorz to mój kuzyn - wyjaśnia Tomaszewski i zaraz dodaje: - A jednocześnie rodzony brat Konrada. Wie pan, kto to taki?
Oczywiście. Konrad Tomaszewski, leśnik, były dyrektor Lasów Państwowych, to bliski współpracownik byłego ministra środowiska Jana Szyszki, wieloletniego posła. W czasie rządów PiS pełnił funkcję dyrektora jego gabinetu politycznego. Przy Nowogrodzkiej mówią, że jeśli Kaczyński zostanie premierem, to Konrad Tomaszewski najpewniej wróci na dyrektora do Lasów.
-    A wie pan, jak wyglądają relacje Grzegorza Tomaszewskiego z Jarosławem Kaczyńskim?
dopytuję prezesowskiego kuzyna.
-    Znają się z czasów dzieciństwa, ale dziś ich kontakty są głównie po linii fachowej.
-    To jak Grzegorz Tomaszewski trafił do Forum?
-    Normalnie, bo to menedżer. Został wzięty z rynku, bo akurat był, że tak powiem, bez pracy. A czy pan w ogóle wie, kim ja jestem? - zaskakuje mnie Tomaszewski. Zanim odpowiem, zdąży się przedstawić: - Janek Tomaszewski, redakcja rozrywki Telewizji Polskiej. A co ty tam właściwie smarujesz? Smaruj, smaruj. Kończę, cześć!
Jak się okazuje, Tomaszewski rzeczywiście pracuje w TYP. Jednocześnie prowadzi w telewizji internetowej
 "Gazety Polskiej" program "Artyści o sobie”. Przy kieliszku wina rozmawia z nieznanymi szerszej publiczności malarzami i plastykami.

poniedziałek, 23 września 2013

Córa prezesa


Po Adamie Hofmanie jest wielu chętnych, którzy ustawiliby kordon, mur, żeby tylko Kempa do PiS się nie przedostała. A ja się nie pcham tam, gdzie mnie nie chcą - mówi Beata Kempa, posłanka, kiedyś PiS, teraz SP.


Żałuje pani?
A czego, pani redaktor?
Że od dwóch lat nie jest pani w PiS.
Z PiS zostałam wyrzucona. I bardzo to przeżyłam, bo poczułam się zdradzona. Miałam łzy w oczach. Przypomnę, że Orban, wielki wzór dla PiS, nikogo z partii nie wyrzucił. Tymczasem z PiS zostali wyrzuceni lub wypchnięci m.in. Ludwik Dorn, Kazimierz Ujazdowski czy Marek Jurek. Koledzy, z którymi się przyjaźniłam, którym pomagałam w kampaniach, w tym czasie pokazali, kim są naprawdę.
Kim?
Dla mnie nikim.
Antoni Macierewicz też?
Też. Wszyscy popełniają błędy...
Mówi pani teraz o przewodniczącym Macierewiczu czy o sobie?
Jak pani słusznie zauważyła, upłynęły już dwa lata, odkąd wspierałam Antoniego Macierewicza, więc na pewne rzeczy patrzę z dystansem. Jest mi żal, że coraz bardziej oddala się moment, kiedy przyczyny katastrofy smoleńskiej zostaną wyjaśnione. Tą drogą, tymi metodami nic się nie osiągnie. Powiedzmy sobie szczerze, w tych warunkach nic wyjaśnić się nie da. Trzeba wygrać wybory. Musimy pokonać rząd Tuska.
My, czyli kto?
My, czyli szeroko pojęta prawica. Po tej stronie jest bardzo wielu wartościowych ludzi. I wtedy to będzie możliwe.
Rozumiem, że po odsunięciu Macierewicza od sprawy katastrofy smoleńskiej?
Potrzebne jest bardziej profesjonalne podejście do tej sprawy.
Ośmieszył się poseł Macierewicz?
Mnie interesuje bardziej, jak działa państwo w tej sprawie, a państwo wykazuje słabość. A jak jest słabość, to rodzą się różnego rodzaju podejrzenia, insynuacje, wnioski. Nie dziwmy się więc, że coraz więcej ludzi wierzy w zamach. Tym bar -dziej potrzebny jest profesjonalny, oderwany od politycznych rozgrywek zespół. Powinna powstać komisja obywatelska złożona z najwybitniejszych autorytetów i ekspertów. Taki projekt złożyła zresztą Solidarna Polska. A polityków bym od tego wszystkiego odsunęła.
Sama pani nie wierzy w to, co mówi.

Po wygranych wyborach, kiedy podejście do sprawy byłoby racjonalne, zgodne ze sztuką prowadzenia śledztwa, politycy mogliby się już tylko przyglądać.
Oj, przecież pani siebie zna, z pani temperamentem, dociekliwością nie pozwoliłaby pani sobie jedynie na przyglądanie się.
Powtarzam, trzeba to zostawić ekspertom. Przez trzy lata politycy zajmują się wyjaśnianiem przyczyn katastrofy i wciąż nie wiemy niczego na pewno.
I nie będzie politycznego grania sprawą katastrofy?
Nie. Myślę jednak, że prawda o Smoleńsku prędzej czy później wyjdzie na jaw. Do prawdy uda się przekonać zarówno tych, którzy wierzą, że to był zwykły wypadek, jak i tych, którzy traktują to w kategoriach zbrodni.
Zbrodni?
Powiedziałam to w cudzysłowie. Jeszcze raz mówię: musimy wygrać wybory, żeby sprawa poszła do przodu.
A ja jeszcze raz pytam: my to kto - PiS i Solidarna Polska?
Ale jestem przeciwnikiem gry politycznej tą sprawą.
„Mości panowie” - mówi pani o tych kolegach z PiS, o których dwa tygodnie temu mówiła pani, że wątpi w to, czy są w stanie uczciwie zmieniać ten kraj.
Spór w polityce, ale oparty na prawdzie, na dokumentach, jest wskazany. Przecież pani wie, co się wydarzyło na Podkarpaciu. Trwała radosna kampania, aż nagle koledzy z PiS zaczęli roznosić kłamliwe ulotki, na których naszego kandydata Kazia Ziobrę oskarżyli, że nie był bohaterem „Solidarności”. Zrównano go z seksaferzystą Karapytą. Gdyby mój szef kazał mi coś takiego robić, to bym tego nie wykonała i tyle. Albo się ma kręgosłup, albo się nie ma.
Sam główny szef, prezes Kaczyński, kazał im roznosić takie ulotki?
Nic się nie dzieje bez woli głównego szefa. Powinni posypać głowę popiołem i powiedzieć: „Przepraszam”.
Już widzę posła Hofmana mówiącego „Przepraszam”. Pani widzi?
(śmiech) Wszystkich można nauczyć pokory.
Albo nakazać pokorę.
Albo nakazać, ale wtedy jest to nieszczere. A ja nieszczerość wyczuwam w lot.
U posła Hofmana pani wyczuwała?
Pani redaktor, ja mam to do siebie, że nie biorę udziału w libacjach alkoholowych... Nie może być tak, że w kampanii wyborczej wszystkie chwyty są dozwolone. Zresztą te wybory na Podkarpaciu wcale nie musiały się odbywać. Można było zaoszczędzić kupę pieniędzy. To przecież PiS wystawiło kandydata na nowego marszałka województwa, który był senatorem.
Ile pani wydała?
Promowałam Solidarną Polskę i Kazika. Nie prowadziłam kampanii. A Hofman powinien przeprosić, postanowić poprawę i powiedzieć, że już nie będzie tak robić.

Za libację alkoholową, molestowanie podwładnych też?

czwartek, 19 września 2013

Siedem sekund na ścięcie.

 Działający w studiu Radia Maryja program identyfikacji dzwoniących to system nowej generacji. A nawet jeśli ktoś się przedrze - czeka na niego opóźniacz.


Ojciec Tadeusz Rydzyk komunikuje się z Rodziną Radia Maryja - czyli po prostu ze słuchaczami - na kilka sposobów. Po pierwsze, przez własne audycje: •Poranne katechezy, podczas których rozmawia z telefonującymi. Mówi o sprawach wiary, ale też i o technikach manipulacji stosowanych przez „media mętnego nurtu”, zdarzają się dyskusje na temat polityki bieżącej.
•    Programy z cyklu „W Rodzinie Radia Maryja” (w powszednie dni tygodnia przed południem). Dzwonią ludzie z kół przyjaciół radia i ci, którzy organizują jakieś imprezy, pielgrzymki, manifestacje. Ojciec Tadeusz zachęca do kolportowania „Naszego Dziennika”, wzywa do dalszego apostołowania w słusznej sprawie.
•    Niedzielne audycje z serii „By odnowić oblicze ziemi”. Dyrektor czyta w nich świadectwa słuchaczy, którzy piszą, jak Radio Maryja zmieniło ich życie, np. przestali pić, pogodzili się z dziećmi, uratowali małżeństwo. •Ukochane i sztandarowe wieczorne „Rozmowy niedokończone”, które osobiście prowadzi sporadycznie, ale często dzwoni w trakcie, gdy coś go poruszy. Telefonuje: z zagranicy, z trasy, skądkolwiek - najczęściej pod koniec audycji, po dwudziestej trzeciej lub jeszcze później, kiedy rusza program dla słuchaczy w USA i Kanadzie.
-    Wchodzi przez tak zwaną linię specjalną numer sześć - mów absolwent toruńskiej Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, były dźwiękowiec radia, teraz dziennikarz próbujący swych sił poza mediami Ojca Dyrektora. - Bywa też, że dzwoni nie na antenę, ale prosto do reżysera dźwięku, czego słuchacze już nie słyszą. Przez radio lecą nocne rozmowy, a dyrektor wydaje polecenia, np.: „Tego utrzymaj, ciekawie mówi” albo „Ją wyłącz, bo przynudza”. Czasami interweniuje ostro: „Natychmiast ściągnij z anteny!” Ale to rzadko, bo jest taki system - program identyfikacji dzwoniących. Gdy ktoś telefonuje z aparatu niezastrzeżonego, jego numer wyświetla się na ekranie w studiu. Razem z województwem albo krajem, z którego dzwoni - to jest wykrywane po numerze kierunkowym. Dzwoniącym nadaje się kolory. Zielony oznacza rozmówcę neutralnego lub jeszcze niesprawdzonego. Takiego, który pierwszy raz dzwoni czy też robi to z nowego dla nas numeru. Niebieski zarezerwowany jest dla przyjaciół radia. Ksiądz albo jakiś założyciel koła Radia Maryja w powiecie. Żółtym oznacza się nudziarzy. Ględzące niezrozumiale stare babcie i na przykład pewnego Marka z Hamburga, który marudzi o swoich problemach. Żółtego telefonu się raczej nie odbiera. A już absolutnie należy się strzec numerów oznaczonych na czerwono. To są telefony wrogie albo od tych, którzy dzwonią, by zrobić sobie jaja. W radiowym języku to „dyżurni podsłuchiwacze” czyli po prostu „dyżurni”.

poniedziałek, 16 września 2013

Poseł i jego (duże) dobra osobiste. Magdalena Środa

W mijającym tygodniu przyszło mi się zgodzić z dwoma bardzo różnymi politykami (różnymi zarówno od siebie, jak i ode mnie). Pierwszym był Joachim Brudziński, który bardzo się oburzył na widok zdjęć oraz nagrań pijanego posła Hofmana i domagał się - wraz z całym kierownictwem PiS - „przestrzegania najwyższych standardów” na sesjach wyjazdowych partii oraz w innych sytuacjach publicznych. Drugim był Janusz Palikot, ubolewający nad podwójną moralnością prawicowych posłów, którzy deklarując wierność tradycji i rodzinie, „uganiają się po pijaku za koleżankami, rekomendując swoje przyrodzenie”.
Decyzja kierownictwa PiS jest słuszna, miejmy nadzieję, że szczera, choć nieco spóźniona. Nie wiem, dlaczego Jarosław Kaczyński, który szedł onegdaj do wyborów z hasłem „rewolucji moralnej” na ustach, nigdy nie wyciągnął wniosków z tego, że jego partia wyhodowała i uhonorowała tytułem premiera największego bodaj nihilistę: Kazimierza Marcinkiewicza, który w świetle (zamawianych przez siebie!) fleszów deptał wartości rodzinne, na których „obronie” zbudował całą swoją karierę. Prawica ma i zawsze będzie miała problem z hipokryzją. Im silniej deklaruje przywiązanie do wartości tradycyjnych, religijnych, prorodzinnych, w tym bardziej fałszywym świetle się stawia. Bo prawicowi politycy mają wiele pokus wokół siebie i ulegają im jak wszyscy inni. Tylko że dziś wiara w to, że szumne polityczne deklaracje oraz kościelna spowiedź ochronią przed złem lub spełnią funkcje oczyszczające, jest - wobec potęgi i swawoli mediów - więcej niż krucha. Lepiej tedy korzystać z zasady Arystotelesa i wszystko stosować z umiarem. Również prawicowe (prorodzinne, moralistyczne) deklaracje.
Cieszę się jednak, że kierownictwo PiS rzuca hasła podobne do tych, które promuje Kongres Kobiet, a mianowicie: „Polityka to służba, na służbie się nie pije”. W ocenie Kongresu Kobiet hasło to nie odnosi się bynajmniej do jednej partii, lecz do tych, które mają charakter patriarchalny, czyli do wszystkich. Solidarność pijących polityków (ponad podziałami) jest równie głęboka jak tych, którzy „broniąc tradycyjnych wartości”, wykorzystują seksualne przywileje mężczyzn u władzy. A imię ich milion. Bogobojny poseł Hofman czuje się wyśmienicie zarówno w roli (deklarowanego) posiadacza dużego penisa, jak i w roli (deklarowanego) świętoszka - obrońcy religii, monogamicznej rodziny i świętej polskiej tradycji. I nie on jeden. Mówiąc jednak szczerze, wolę nieskrywany
pijacki seksizm Hofmana niż jego zatruwający życie publiczne cynizm. Seksizm można wyśmiać, wobec cynizmu jesteśmy bezbronni. Cynizm niszczy bowiem nie tylko wzajemne zaufanie, ale i wiarę w jakiekolwiek wartości.
Inną sprawą są metody, dzięki którym seksizm, hipokryzja, cynizm są obnażane, czyli dziennikarska inwigilacja. Wielu moich kolegów (co ciekawe, nie koleżanek) bardzo się oburzyło publikacją „Wprost” o rajfurskich skłonnościach Wojciecha Fibaka. Skłonności są złe, ale metoda ich ujawniania jest jeszcze gorsza - twierdzili.
Widzę tu pewien problem, i to w znacznie szerszym znaczeniu. Czy media mają prawo do ujawniania zachowań i dokumentów, które informują nas o pewnych prywatnych lub zatajanych faktach i praktykach mających wpływ na rzetelność osób lub instytucji? Jeśli domagamy się prawa do prawdy, to czy nie obejmuje ono również takiego rodzaju informacji? Banki, udzielając nam kredytu, docierają do wszelkich danych dotyczących naszej wypłacalności. Czy media nie powinny więc informować nas o moralnej rzetelności polityków, o ile mamy obdarzyć ich politycznym zaufaniem? Wyznam, że nie jestem przekonana, czy pozytywna odpowiedź na te pytania jest właściwa, czy nie. Nie bez znaczenia dla wahań jest to, że sfera tego, co jest publiczne, a co prywatne, zaciera się. Politycy równie chętnie sprzedają swoją prywatność dla zwiększenia popularności, jak i prowadzą procesy o naruszenie dóbr osobistych, gdy media podadzą do wiadomości fakty z ich życia partyjnego. O ile wiem, poseł Hofman będzie się procesował o naruszenie takich dóbr. Osobistych i zapewne dużych. Jak je zdefiniuje? Czego - w rzeczywistości - będzie bronił? Być może proces ten rzuci jakieś światło na nurtujące nas pytania. A może wszystko zostanie po staremu? Aż do następnej wpadki.

ŹRÓDŁO

Prezes PiS o Hofmanie: takie zachowanie jest niedopuszczalne.

Na posiedzeniu komitetu politycznego PiS Jarosław Kaczyński nie krył pretensji do rzecznika partii Adama Hofmana - wynika z nieoficjalnych informacji.
Po nagraniu ujawnionym tydzień temu przez „Wprost” PiS przyjęło też specjalną uchwałę o potrzebie godnego zachowania się polityków.
Nagranie pokazuje zachowanie kilku posłów PiS w czasie partyjnego wyjazdu na Podkarpacie. Adam Hofman dyskutuje na nim z pracownicami biura klubu PiS na temat wielkości swego przyrodzenia. W klubie wybuchła burza. Nieoficjalnie wiadomo, że z powodu afery w poniedziałek PiS zrezygnowało z organizacji hucznej konferencji podsumowującej wysokie zwycięstwo w wyborach na Podkarpaciu.
Dzień później sprawę poruszono na posiedzeniu klubu PiS. Hofmana na nim nie było. Opowiada poseł PiS: - Posłowie z Podkarpacia mieli żal, że Hofman z kolegami popsuł im zwycięstwo. Pod adresem rzecznika padały krytyczne uwagi, lecz szef klubu Mariusz Błaszczak zamknął dyskusję. Przyznał jednak, że czas skończyć ze spoufalaniem się z pracownikami klubu.

poniedziałek, 9 września 2013

Rzecznik bez pudru.

Hofman ogłosił, że bóg jest po jego stronie.

Drugich pisatieliej u mienia niet!” - mawiał do swych pracowników Jarosław Kaczyński, gdy pytano go o przyczyny szybkiej partyjnej kariery Adama Hofmana. I wyjaśniał, że nawiązuje w swej przypowieści do rozmowy, jaką w latach 40. odbył w Moskwie Stalin i sekretarz Związku Pisarzy Radziec -kich Mikołaj Polikarpow. Ten ostatni skarżył się na artystów, których nadzorował: „Piją, mają kochanki, a jak już coś napiszą, to nie tak, jak trzeba”. „Towarzyszu Polikarpow, na dzień dzisiejszy, niestety, nie mogę panu zapewnić innych pisarzy” -uciął dyskusję Stalin. 
Aluzja była zrozumiała: Adam Hofman, tak samo jak radzieccy pisarze ideałem nie jest. Ale innego partia nie ma, więc itakiego trzeba go tolerować.





PiS: Picie i Swawole.


Posłowie PiS na partyjnym wyjeździe na kilka godzin zdjęli maski nobliwych polityków, hołdujących konserwatywnym wartościom. W pijackiej dyskusji rzecznik PiS Adam Hofman chwalił się nawet pracownicom biura klubu PiS

Sobota przed tygodniem, późne popołudnie. Pod sklepem w podmieleckiej Woli Chorzelowskiej zatrzymuje się czarny mercedes GLK. Wysiadają z niego posłowie PiS: Adam Hofman i Dawid Jackiewicz. W garniturach, pod krawatem. Po chwili wychodzą z siatkami wypełnionymi butelkami wódki.
Tak się zaczyna wieczór z udziałem czołowych polityków Prawa i Sprawiedliwości w czterogwiazdkowym hotelu Rado w Woli Chorzelowskiej. Pod ten sam sklep samochód będzie wracał jeszcze kilka razy, żeby uzupełnić zapasy alkoholu.
Do hotelu przyjechało autokarem ponad 40 parlamentarzystów PiS. Pozostali członkowie klubu zostali zakwaterowani w dwóch innych obiektach. Oficjalnie przybyli na Podkarpacie, żeby odbyć wyjazdowe posiedzenie klubu. Tak naprawdę chodziło o to, by przed uzupełniającymi wyborami do Senatu wesprzeć Zdzisława Pupę.
Od samego początku ta, wydawałoby się, mało istotna kampania była pełna silnych napięć między Prawem i Sprawiedliwością a Solidarną Polską. Bo tak naprawdę nie chodzi o pojedynczy mandat senatorski, lecz pozycję na prawicy. PiS chce pokazać, że jest w tej części sceny politycznej monopolistą. Partia Zbigniewa Ziobry - że ciągle jest w grze.





niedziela, 8 września 2013

Imperator. Kim jest człowiek który trzęsie Polską?


 
DZIĘKUJĘ ZA TO, ZE LUDZIE MNIE ZNOSZĄ. WIEM, ŻE NIE JEST TO ŁATWE

 Fragment  premierowej biografii Tadeusza Rydzyka.

Piotr Głuchowski, Jacek Hołub.

1
-Jest już mocno schorowany. Bardzo się postarza - mówi nam bliski znajomy księdza Tadeusza Rydzyka.
-         
Tak, zauważyliśmy, że chodzi o lasce.
-Zawsze miał kłopoty z kolanami, doszła rwa kulszowa. Ma też kłopoty z gardłem, wysiada mu. Kilka lat temu dal się więc przekonać do noszenia czapki i szalika. Jedna z radiowych pań zrobiła na drutach komplet, ale nie moherowy. Ciało w nim słabnie, za to duch się wzmacnia Nie zwalnia tempa. Myślę, że chce umocnić radio instytucjonalnie, żeby to potem szło nawet bez niego.
-Zwróćcie uwagę, że mimo wieku, zmęczenia, tych ataków na jego osobę ojciec wygląda jak człowiek szczęśliwy, pogodny - dodaje prof. Andrzej Tyc, były wojewoda toruński i dawny znajomy księdza. -Nie da się tego zrozumieć, jeśli się nie weźmie pod uwagę jego osobistej relacji z Bogiem. Dla niewierzącego ona może być iluzją, ale ojciec Rydzyk to przeżywa jako coś głęboko prawdziwego i ważnego. I to go napędza, daje siłę...
-Silę do czego?
-Do budowania Polski narodowo-katolickiej, ostoi obyczaju i kultury. To zamysł grubo przekraczający doraźną politykę. Gdy zabraknie Prawa i Sprawiedliwości, ojciec poprze coś innego i będzie robił swoje. Bez względu na to jak by go krytykowano. Zresztą, gdy się porówna jego krytyczny obraz budowany w mediach z tym, jaki jest naprawdę, wdać totalny kontrast. Na przykład mówi się o nim i pisze, że atakuje. A on nie namawia, aby strzelać do lekarzy, którzy dokonują aborcji, czy do dziennikarzy TVN. W Ameryce radykalni ewangelizatorzy wzywaj ą do zamachów na kliniki aborcyjne. Tymczasem ojciec pokojowo walczy o swoją wizję. Przy całym moim krytycyzmie wobec konkretnych rzeczy, które robi, muszę mu przyznać, że nie niszczy ludzi. Przynajmniej w bezpośredni sposób. Chociaż na pewno jest cholerykiem i czasami potrafi kogoś zranić, zerwać stosunki, zrugać, nawet niesprawiedliwe. Potrafi wyrzucać za drzwi z radia. Zakończyć spotkanie słowami: „Nie marny o czym więcej rozmawiać”. Jak ktoś ma cienką skórę, to będzie długo przeżywał. On potrafi być zimny jak stal. Choć czasami przeprasza.
Tak jak w ciemne grudniowe popołudnie 2009 roku, gdy wzruszony pieśniami na swoją cześć Ojciec Dyrektor pełnym emocji głosem mówi do dziesięciu tysięcy zebranych w Toruniu wiernych:
-I dziękuję jeszcze za jedno, za to, że mnie ludzie znoszą. Tak, to nie jest łatwe. I dlatego każdego przepraszam za wszystko, za każde może jakieś słowo, może minę... ale każdy ma swoje zmęczenie. I przepraszam, że nie pamiętam o wszystkich którym może dokuczyłem. Taki jestem, niedoskonały.
-„Kiedy kładę się w celi spać, mówię często: »Maryjo, weź w swoje ręce wszystko, weź mnie. Tobie wszystko oddaję. I daj mi sen spokojny bo jak się nie wyśpię, to nerwy mogą nie wytrzymać«”
-dodaje kapłan w rozmowie z księdzem Ireneuszem Skubisiem, redaktorem naczelnym tygodnika „Niedziela”.
Obok zdjęcia z mamą, Stanisławą Rydzyk z domu Piątek, na ścianie celi Ojca Dyrektora w toruńskim klasztorze Redemptorystów w ostatnim czasie zawisła jeszcze kartka pocztowa. Nie ma na niej żadnego obrazka, jest. tylko napis po niemiecku: „Der Weg zur Quelle fahrt gegen Strom”. Czyli: droga do źródła wiedzie pod prąd.
Kto słucha Radia Maryja, ten wie, że sztandarowe hasło Oj ca Dyrektora ,Aleluja i do przodu” coraz częściej zastępowane jest przez niego nowym: , Alleluja i pod prąd”.
Po pięciu latach rządów Platformy Obywatelskiej ksiądz jest takim samym kontestatorem polskiej rzeczywistości jak w szkole podstawowej, gdy -jako jedyny w klasie - wystąpił z harcerstwa. Jak w Szczecinku, gdzie będąc młodym katechetą, pomagał wieszać zakazane krzyże w czasach PRLowskich szkól. Jak w Krakowie, w którym wygłaszał antykomunistyczne kazania rok przed śmiercią księdza Jerzego Popiełuszki.
Jak w przedszkolu, kiedy nie chciał mówić wiersza o Stalinie.


środa, 4 września 2013

Kaczyński: Biznes często to przystań ludzi PRL

Rz: Po latach PiS wraca na czoło sondaży. Czy w razie dojścia do władzy, przeprowadzi pan tak fundamentalne zmiany 
w państwie, jak to zrobił 
na Węgrzech Viktor Orban?
Jarosław Kaczyński, prezes PiS, były premier: Chcemy mieć większość konstytucyjną, aby móc przebudować państwo. Ale zdaję sobie sprawę, że wygranie wyborów z tak znaczną przewagą nad Platformą będzie niebywale trudne. Możemy być skazani na koalicjanta. Jeśli nasi partnerzy koalicyjni uznają, że warto podjąć się wspólnego wysiłku, to będziemy chcieli pójść bardzo daleko. Jeśli takiej woli nie będzie, to konstytucja tworzy pewne ramy, które są nie do przekroczenia. Ale jestem przekonany, że nawet drogą ustawową albo poprzez decyzje niższego szczebla, można zrobić wiele dobrego. Obecna konstytucja jest naprawdę niedobra. Wchodząc w życie w 1997 r. spetryfikowała ona czysty postkomunizm. Przecież polski aparat państwowy nie został zbudowany do nowa, jest mutacją aparatu 
komunistycznego.
Odległą mutacją. Przecież zmienił się przez 20 lat.
Tak? Przykład – nigdy nie rozwiązano Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, w którym królują skamieniałe układy personalne z poprzedniej epoki.
W nowej konstytucji trzeba jednak przede wszystkim wyraźnie zapisać kwestie aksjologiczne. Obecny wstęp [„Obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i niepodzielający tej wiary" – red.] przypomina sformułowanie z czasów Gomułki: „partyjni i bezpartyjni, wierzący i niewierzący". To jest całkowicie puste. Aksjologia konstytucji musi być jasna i zakorzeniona w tradycji – konstytucja powinna się zaczynać wezwaniem „W imię Boga wszechmogącego".