niedziela, 16 czerwca 2013

SKOK nad przepaścią

Sytuacja finansowa spółdzielczych kas
oszczędnościowo-kredytowych, którym
swe oszczędności - w sumie prawie 16 mld
zł oszczędności - powierzył co dziesiąty dorosły
Polak, była ostatnio jedną z najpilniej strzeżonych
tajemnic państwowych. Wiedziało o niej kilkanaście
osób w rządzie i w instytucjach odpowiadających za
stan finansów państwa, od Narodowego Banku Polskiego
po Komisj ę Nadzoru Finansowego (KNF),
przed którymi szefowie SKOK-ów musieli odkryć
karty.
Musieli odkryć, bo ich imperium - wcześniej
strzegące swoich sekretów - poddane zostało jesienią
zeszłego roku nadzorowi KNF. Ale dopiero
w końcu zeszłego tygodnia KNF ujawniła swój raport.
Wynika z niego, że spora część z 55 istniejących
kas jest zagrożona bankructwem, a liczba kas
na granicy finansowej zapaści rośnie lawinowo - od
końca zeszłego roku prawie się podwoiła! Większość
kas wymaga pilnych działań ratunkowych.
Folwarki prezesów
Obrońcy SKOK-ów (a takich nie brakuje, dowodem
są wpisy na prawicowych portalach o tym, jak pod
dyktando obcego kapitału niszczy się polskie kasy)
przypominają, że oferują one klientom wysokie odsetki
od lokat - znacznie atrakcyjniejsze niż w bankach
komercyjnych. To prawda - nawet ostatnio,
gdy większość banków zeszła z oprocentowaniem
do najwyżej 3 proc. w skali roku, wiele SKOK-ów
dawało 5-6 proc. Problem w tyn1, że na wypłacanie
talach odsetek bank musi zarobić - przede wszystkim
udzielając wyżej oprocentowanych kredytów.
Kasy robiły to, lekceważąc rosnące w czasach kryzysu
ryzyko, że nie zostaną one spłacone. Skończyło
się tym, że co trzecia pożyczona przez nie złotówka
(w sumie ok. 3,5 mld zł) może nie być nigdy
zwrócona.
Dla poró,vnania - w bankach komercyjnych tych tak zwanych złych kredytów jest ok. 8 proc. Mniej
niż w SKOK-ach jest ich nawet w Providencie, parabanku
nastawionym na lichwiarsko oprocentowane
pożyczki, z natury rzeczy trudniejsze do odzyskania.
Jeszcze bardziej „skokowcy" lekceważyli ryzyko,
udzielając kredytów hipotecznych. W całym sektorze
bankowym są one najsolidniej spłacane (zagrożone
jest niespełna 3 proc.), bo ludzie boją się stracić
mieszkanie czy dom, będące zabezpieczeniem kredytu.
W SKOK-ach zagrożona jest spłata niemal co
siódmej złotówki z takich kredytów!
O tym, jak funkcjonowały SKOK-i, wiele mówi
historia opowiedziana na appfunds.blogspot.com.
Anonymous 48 opowiada: „Pracowałem przez pewien
czas w centrali jednego z największych SKOKÓW,
do którego trafiłem po I O latach pracy w dużym
banku. Przyjęli mnie z otwartymi ramionami, bo jak
się okazało, tylko ja miałem doświadczenie w ban-
kowości. Zarząd i duża część pracowników tej kasy
to była rodzina - brat, kuzyn, siostra, szwagier itp.,
ludzie sympatyczni, ale bez przygotowania. Przez
moje biurko przechodziły wszystkie znaczące kredyty.
Zacząłem wprowadzać procedury i metody rzetelnej
oceny kredytobiorców, bo wcześniej wszystko
było uznaniowe. I takie jednak pozostało. Ja dawałem
odmowę, bo nie było sensownych dochodów czy
zabezpieczeń, ale zarząd zmieniał decyzję i kredytu
udzielano. Popularną metodą ( ... ) był też np. zakup
kamienicy, w której miała być placówka SKOK-u.
Zakupu dokonuje członek zarządu (np. brat prezesa)
na kredyt udzielony przez ten sam SKOK, po
czym nowy właściciel wynajmuje lokal placówce
swojego SKOK-u, która płaci czynsz w wysokości
3-4 razy większej niż rata kredytu. Interes się kręci,
a środki kasy stopniowo stają się prywatnym majątltiem
prezesa i jego zaufanych. Sporadyczne kontrole
placówki przeprowadzał sam prezes, będący we
władzach Kasy Krajowej, do niedawna jedynego organu
nadzorującego SKOK-i, bądź kuzyn prezesa
z tejże Kasy''.
Parę takich spraw trafiło do prokuratury. Na przykład
w SKOK-u Kujawiak z Włocławka rencista
otrzymujący z ZUS 500 zł miesięcznie dostał kredyt,
którego sama rata była trzy razy wyższa! - Komitet
kredytowy SKOK negatywnie zaopiniował wniosek
o udzielenie tego kredytu, a mimo to prezes samodzielnie
decydował, że kredyt się należy - mówi
Bogdan ·wesołowski z włocławskiej prokuratury
okręgowej.
Skrypty z Luksemburga
Sprawa Kujawiaka to w sumie drobiazg. Poważniejsze
rzeczy działy się w SKOK-u w Wołominie, gdzie
np. jeden z klientów dostał kilka milionów złotych
pod zastaw działki wartej ok. 30 tys. zł. Kredyt nie
jest spłacany. Podobnych spraw w Wołominie jest
więcej. - Śledztwo jest bardzo rozwojowe i wielowątkowe
- mówi nam Mariusz Piłat, pienvszy zastępca
prokuratora okręgowego w Prokuraturze
Warszawa-Praga.
Wołomiński SKOK - drugi co do wielkości w kraju
- to, przynajmniej teoretycznie, jedna z najlepiej
prosperujących kas. Chwali się ponad 40 mln zł czystego
zysku za zeszły rok. - Jesteśmy w doskonałej
kondycji finansowej . Mamy bardzo niski wskaźnik
przeterminowanych pożyczek - mówiła niedawno
wiceprezes Joanna Przewoźna. To dziwne, biorąc
pod uwagę lawinowy wzrost wartości pożyczek
i kredytów, co potwierdza niedawny audyt. Czy to
jakaś księgowa ebvilibrystyka? Wiele na to wskazuje,
także w innych SKOK-ach.
Dokonana przez KNF ocena kondycji kas na koniec
2012 r. bazuje na sprawozdaniach finansowych
samych kas, niezweryfikowanych przez ze,vnętrznych
biegłych rewidentów. Rzeczywistość może być
jeszcze czarniejsza. - Faktyczną sytuację
finansową kas poznamy dopiero po weryfikacji
ich sprawozdaf1 - powiedział nam
jeden z wysokich urzędników resortu finansów.
- NaJwiększe zastrzeżenia budzi
kwestia wyceny aktyv.rów, zwłaszcza przeterminowanych
pożyczek i kredytów oraz
stworzonych na nie rezerw. SKOK-i podeszły
do tego mało rygorystycznie.
Szefowie imperium SKOK, od lat powiązani
z PiS, próbują różnych sztuczek,
by odgonić widmo katastrofy finansowej.
Wykorzystują do tego spółkę z Luksemburga
SKOK Holding - zarejestrowali ją
w 2007 r., tuż przed wygranymi przez PO
wyborami parlamentarnymi. To wehikuł
biznesowy służący do zamiatania pod dy
wan kredytów, których nie spłacają klienci
kas. SKOK Holding kupuje od nich całe
portfele złych kredytów, płacąc podejrzanie
wysoko 'vycenianymi tzw. skryptami
dłużnymi. Taki skrypt to po prostu zobowiązanie
luksemburskiej spółki, że odkupi
go po spłacie kredytów przez klientów.
Tyle że szanse na to są znikome.
W zeszłym roku ta sztuczka poprawiła
wyniki finansowe SKOK-ów o ponad pół
miliarda złotych - o tyle wyżej wyceniono
otrzymane skrypty od kwoty, za jaką luksemburska
spółka nabyła kredyty. Operacja
przypomina to, co przed kilku laty
robiły amerykańskie banki, z Lehman
Brothers na czele, zamieniaj ąc utracone
kredyty na nowe instrumenty finansowe.
- Zasada jest podobna. 'fyle że SKOK-i nie
próbują sprzedawać swych skryptów na
rynku - komentuje nasz rozmówca z Ministerstwa
Finansów.
Wiadomo, jak się skończyło w przypadku
Lehman Brothers - na samym końcu
okazało się, że król j est nagi, a „papiery
wartościowe" są całkowicie bezwartościowe.
To bomba z opóźnionym zapłonem.
Zapewne m.in. obawa przed jej eksplozją
skłoniła Grzegorza Biereckiego do rezyg-
dynacji
w październiku zeszłego roku z funkcji
prezesa Krajowej Kasy SKOK. Było to
tuż przed poddaniem SKOK-ów pod nadzór
KNF, przeciwko czemu protestowali
politycy PiS.
Etos i pieniądze
SKOK-i to dziecko Biereckiego, kiedyś bliskiego
współpracownika Lecha Wałęsy,
dyrektora w Komisji Kraj owej NSZZ Solidarność.
Prochu nie wymyślił. Podpatrywał
funkcjonowanie spółdzielczych kas
podczas podróży po USA i zachodniej Europie,
grzebał w historii przedwoj ennych
Kas Stefczyka, brał nawet pod uwagę doświadczenia
PRL-owskich kas zapomogowo-
pożyczkowych.
Na początku lat 9 0 . p ierws ze
SKOK-i powstawały przy wielkich zakładach
przemysłowych, jak Huta Katowice.
Ale turbodoładowanie zapewniła im dopiero
ustawa z 1995 r., pozwalając działać
na peryferiach sektora bankowego, bez
kontroli nadzoru finansowego i bez wpłacania
pieniędzy do Bankowego Funduszu
Gwarancyj nego. A potem j eszcze doszło
zwolnienie z podatku dochodowego, bo
Bierecki i jego współpracownicy wmówili
politykom, że SKOK-i działają na zasadzie
non profit. W dodatku ustawa narzuciła lokalnym
kasom przymus przynależności do
Kasy Krajowej, jako czapki systemu, która
je kontrolowała i obciążała rozmaitymi
opłatami, a od której decyzji nie było
odwołania.
Grzegorz Bierecki, który stanął na j ej
czele, stał się władcą absolutnym. Przez
prawie dwie dekady umacniał swą władzę,
tworząc spółki zależne zajmujące się
ubezpieczeniami, inwestycjami, nawet
zbieraniem składek na emerytury. Spora
grupa powiązanych z nim menedżerów
z rodzinami czuła się coraz pewniej i coraz
bardziej bezkarnie na swych lokalnych
włościach.
Sam Bierecki, szef biznesu formalnie
nienastawionego na zysk, też niczego sobie
nie żałował. Jego zarobki - jako szefa
Kasy Krajowej oraz członka rad nadzorczych
wielu satelickich spółek - sięgały
kilku milionów złotych rocznie, tyle co wynagrodzenia
najlepiej opłacanych prezesów
największych banków.
Wszechwładzę Biereckiego w Kasie
Krajowej, dotąd absolutnie zdominowanej
przez SKOK Stefczyka, miała ukrócić ustawa
o SKOK-ach z października 2012 r.
- Nic z tego nie wyszło, statut KK nadal
gwarantuje tej największej kasie dominującą
pozycję i możliwość blokowania
wszelkich reform - mówi Antoni Stadnicki,
prezes SKOK Kopernik z Ornontowic
na Śląsku, któiy w konflikt z KK wszedł
już kilka lat temu, gdy centrala próbowała
odwołać jego zarząd i wprowadzić swoich
ludzi.
Wiele SKOK-ów burzy się przeciw coraz
większemu drenażowi ich kas przez KK.
Punktem spornym staje się m.in. obowiązkowa
składka na fundusz marketingowo-
promocyjny SKOK. - Wydajemy na ten
cel prawie ćwierć miliona złotych rocznie
i niewiele z tego mamy. Sami te pieniądze
wydalibyśmy znacznie efektywniej - mówi
Marek Rosiński, prezes SKOK im. Stefana
Wyszyńskiego z Wrześni.
Zbuntowanym przeciw B iereckiemu
szefom lokalnych kas nie podoba się,
że środki z tego funduszu Kasa Krajowa
SKOK przeznacza na reklamy w prawicowych
mediach. - Jesteśmy jednoznacznie
kojarzeni z PiS. To zaangażowanie polityczne
nie pomaga w prowadzeniu biznesu
- twierdzi Rosiński.
Kasa polityczna
Szefowie Kasy Krajowej SKOK od lat manifestują
swe poparcie dla „patriotycznej
prawicy''. Już w latach 90. w ich spółkach
czy w tworzonej przez Lecha Kaczyńskiego
Fundacji SKOK znajdowali zatrudnienie
politycy powiązani z nim i z jego
bratem - zwłaszcza gdy tracili mandaty
i zarobki poselskie.
Dziś spora część kilkunastomilionowego
funduszu marketingowo-promocyjnego
SKOK trafia do prawicowych i kościelnych
mediów, głównie w postaci reklam: od
„Naszego Dziennika" o. Rydzyka i „Gościa
Niedzielnego", przez Telewizję Tnvam,
„Gazetę Polską" i „Gazetę Polską Codziennie';
aż po przedsięwzięcia medialne braci
Karnowskich, portal wPolityce i tygodnik
„Sieci''.
Z budżetu SKOK sponsorowanych jest
także wiele imprez i uroczystości organizowanych
przez PiS, z aktywnym udziałem
politykówtej partii - od wystaw (np. w 2011
r. w Sopocie „Lech Kaczyński w służbie
Najjaśniejszej Rzeczypospolitej"), przez
rozmaite przedsięwzięcia klubów „Gazety
Polskiej'', po uroczyste koncerty w hołdzie
ofiarom katastrofy smoleńskiej ze strony
PiS. Zapytany o tak jednoznaczne zaangażowanie
po jednej stronie sceny politycznej
Grzegorz Bierecki odpowiedział w jednym
z vvywiadów: - W spieramy przedsięwzięcia
patriotyczne, bo tego oczekuj ą nasi
członkowie. A kto miałby to robić - Deutsche
Bank?
To polityczne zaangażowanie centrali
SKOK przez lata kuło w oczy polityków
PO. W 2009 r. posłowie Platformy przeforsowali
ustawę oddającą kasy pod nadzór
bankowy, mimo protestów polityków
prawicy przeciwko zamachowi na niezależność
niezależność
kas. Lech Kaczyński skierował ją
do Trybunału KonstytucJ.:inego, ale w lipcu
2012 r. Bronisław Komorowski wycofał
prezydenckie zastrzeżenia iją podpisał.
W połowie maja podpisał też jej nowelizację,
nakładającą na SKOK-i jeszcze większe
rygory (choć zamierza skierować do
TK część budzących największe kontrowersje
zapisów).
Szefowie SKOK i posłowie PiS burzą się
przeciw dodatkowym uprawnieniom dla
Komisji Nadzoru Finansowego, która miałaby
prawo wprowadzać w kasach zarząd
komisaryczny, a nawet łączyć je z bankami.
- Ta nowelizacja nadaje się tylko do kosza
- nie przebiera w słowach Grzegorz Bierecki.
Ale politycy PO obstają przy swoim.
- To nie jest żaden zamach na pieniądze
SKOK- ów. Chodzi o to, żeby klienci zagrożonych
kas nie bali się o powierzone im
depozyty. Żeby nie było tak jak w wypadlm
Amber Gold, że jak będą chcieli wycofać
pieniądze, to zobaczą zamknięte drzwi
- tłumaczy wiceminister zdrowia i poseł
PO Sławomir Neuman, który przygotowywał
ustawę z 2009 r.
Do tej pm}' szefowie SKOK-ów mieli silny
argument na obronę swej autonomii
- w ciągu 20 lat działalności żadna kasa nie
zbankrutowała, choć kilka było zagrożonych
i przejmowała je wówczas inna, najczęściej
dominująca Kasa Stefczyka. Teraz,
po publikacji raportu KNF, wygląda na to,
że problemy mogą być poważniejsze. Tyle
dobrego, że depozyty ciułaczy nie są zagrożone,
bo za chwilę SKOK-i zostaną objęte
ochroną Bankowego Funduszu GwarancJ.:inego.
Zagrożone za to mogą być stanowiska
szefów znacznej części SKOK-ów.
Ale ich nie ma chyba co żałować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz