PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 6 kwietnia 2013

AFERA GAZOWA. Wojciech JASIŃSKI, były MINISTER SKARBU w rządach PiS. Co to za minister?! DAŁ ROSJANOM 600 milionów za nic!

Podpisanie wieloletniego kontraktu gazowego bez dokładnego zapoznania się z jego treścią to niejedyny grzech byłego szefa resortu skarbu w rządach PiS Wojciecha Jasińskiego (64 l.). Okazuje się bowiem, że umowa z 2006 roku, na jaką zgodził się Jasiński, nie tylko obciążyła nas droższym gazem na najbliższe lata, ale także wstecz! Jeden z jej zapisów spowodował, że wyższą stawką obłożono też dostawy, jakie Polska już otrzymała. I po zawarciu tego trefnego kontraktu trzeba było dopłacić ponad 600 mln zł za gaz z 2005 roku!

Jak pisaliśmy, wskutek niefrasobliwości ministra skarbu w rządach PiS Wojciecha Jasińskiego Polska do 2022 roku zapłaci o 18 mld zł więcej za gaz. Jasiński bez analizy zgodził się na zawarcie z Rosjanami kontraktu podnoszącego ceny gazu o 10 proc.

"Ze względu na ograniczony czas do wyrażenia opinii MSP nie miało możliwości analizy przekazanego projektu Umowy. Nie mniej (…) wyrażam zgodę na zawarcie Umowy sprzedaży gazu ziemnego" - czytamy w piśmie z 15 listopada 2006, podpisanym przez Jasińskiego.

Okazuje się, że ta suma jest o prawie 600 mln zł większa niż przypuszczano. Wszystko dlatego, że zgodnie z umową musieliśmy dopłacić do gazu otrzymanego jeszcze w 2005 r. czyli rok przed podpisaniem kontraktu. - PiS podważał zasadność zawieranych przez nas umów.

Ale to ich minister spowodował, że za gaz płacimy dużo więcej, niż powinniśmy. Sprawą zapisów kontraktu gazowego z 2006 r. będziemy się chcieli zająć na najbliższym spotkaniu podkomisji ds. energetyki - mówi nam wiceprzewodniczący Sejmowej Komisji Gospodarki Andrzej Czerwiński (58 l.).

Poseł nie kryje też, że jeśli okaże się, że minister z PiS faktycznie pozwolił podpisać umowę na niekorzystnych warunkach, to powinien ponieść konsekwencje. Jasiński, szef wymienionej komisji gospodarki, nie ma sobie nic do zarzucenia i twierdzi, że sprawa kontraktu z 2006 ma służyć tylko walce politycznej.

ŹRÓDŁO

Zamachowcy na tropie

Jedni mówią, że Jarosław Kaczyński wierzył w zamach od 10 kwietnia 2010 r. Inni twierdzą, że uwierzył jesienią 2011 r. I wtedy coś w nim pękło. Ten moment można wskazać bardzo dokładnie: prezes zobaczył wyliczenia prof. Biniendy i zrozumiał, że brzoza nie mogła urwać skrzydła, że to były wybuchy. Wcześniej nie miał pewności, czasem nawet mówił: „Zabili mi brata”, ale nie należało brać tego dosłownie. Może zabili, a może zaszczuli. Dziś wiadomo, że zabili. Fizycznie wyeliminowali.

I Suski, i Pięta dwa tygodnie temu uczestniczyli w posiedzeniu sejmowej komisji spraw zagranicznych, na której przesłuchiwano kandydata na ambasadora w Hiszpanii Tomasza Arabskiego, byłego szefa Kancelarii Premiera. Obrali jednak różne strategie. Suski był aktywny – zabierał głos, zadawał pytania, stawiał zarzuty, a Pięta milczał.
Suski: – Widać, że Arabskiemu grunt pali się pod nogami. Dlatego daje nogę z kraju. Na szczęście w Hiszpanii obowiązuje europejski nakaz zatrzymania.
Pięta: – Przyszedłem bez pytań, bo chciałem poobserwować delikwenta. Usiadłem naprzeciwko i patrzyłem mu prosto w oczy. Był przestraszony, zdradzały to reakcje organizmu. Gesty i mimika. Po pytaniu o samobójstwo Grzegorza Michniewicza, dyrektora Kancelarii Premiera, zaczęły mu latać ręce, a oczy biegały po sali. Gdybym był śledczym, poszedłbym tym tropem.
To, gdzie poseł Pięta by doszedł, z grubsza wiadomo. Dwa lata temu wątkiem śmierci Michniewicza zainteresował się „Nasz Dziennik”. Wyszło mu, że samobójstwo miało miejsce w dniu powrotu tupolewa z Samary.
Oczywiście, nie wszyscy zwolennicy teorii wybuchu są tak radykalni jak Suski i Pięta. Są tacy, którzy wierzą w zamach, a uchodzą za przedstawicieli liberalnego skrzydła PiS. Ba, można znaleźć i takich, którzy wierzą, a są już poza partią. – Moim zdaniem to była zemsta za Możejki. Po ich zakupie do jednego z szefów Orlenu zadzwonił prezes Gazpromu Aleksiej Miller i powiedział: „Gratuluję, ale to się tak nie skończy”. To wtedy Leszek trafił na krótką listę osób niebezpiecznych dla Kremla – mówi jeden z PiS-owskich dysydentów. Nazwiska nie ujawnia, bo boi się, że media zrobią z niego wariata.
Chce pan, żeby nam biegłego zamknęli?
W PiS oczywiście są także wątpiący, ale i oni się boją. Tyle że nie dziennikarzy, ale Macierewicza. Jeden z moich rozmówców, który kilka miesięcy temu wszedł w szkodę kontrowersyjnemu posłowi, opowiada, że szef zespołu w rozmowach z innymi parlamentarzystami zaczął nazywać go piątą kolumną i agentem Tuska. Drugi podał w wątpliwość sens ekshumacji wszystkich pasażerów tupolewa, po czym usłyszał, żeby się nie wtrącał, bo się nie zna. Jeszcze inny, bardzo aktywny i zaangażowany członek zespołu, gdy zakwestionował jedną z decyzji Macierewicza, zaczął być przez niego sekowany. Najpierw dostał zakaz występu podczas sejmowej debaty w sprawie Smoleńska, a potem został zignorowany podczas posiedzeń zespołu. Macierewicz najpierw udawał, że nie widzi jego podniesionej ręki. A kiedy poseł wreszcie dał za wygraną i wyszedł z sali, zza stołu prezydialnego padło pytanie: – Jak to go nie ma? Przecież się zgłaszał.
Mówi jeden ze sceptyków: – Nie kwestionuję teorii zamachu definitywnie, ale uważam, że Antoni dopiął ją za wcześnie. Teraz wygląda to tak, jakby szukał dowodów na jej potwierdzenie. Kolejność powinna być odwrotna.
Inny opowiada: – Kilka miesięcy temu prokuratorzy chcieli zaprosić na spotkanie Biniendę, ale okazało się, że jedyną osobą, która ma z nim kontakt, jest Macierewicz. Najpierw wszystkich zwodził, nie odbierał telefonu, mówił, że profesor ma zaplanowany objazd kraju, a potem nastraszył profesora, że może dojść do zatrzymania. Kiedy jeden z senatorów zapytał go wprost, o co chodzi, Macierewicz na niego napadł: – Na kawę do prokuratury? Nie ma mowy. Chce pan, żeby nam biegłego zamknęli?
Może Chińczycy zrobią ruch
30 października 2012 r., dzień publikacji o trotylu we wraku tupolewa w „Rzeczpospolitej”. Jeszcze przed konferencją prasową prokuratury Jarosław Kaczyński zwołuje nadzwyczajne posiedzenie komitetu politycznego PiS w Sejmie. Doproszony na to spotkanie Macierewicz mówi, że temat trotylu jest mu dobrze znany. Twierdzi, że dysponuje nagraniem specjalisty, który był w Rosji i brał udział w badaniu wraku. Człowiek ma potwierdzać wszystkie ustalenia gazety. Po Macierewiczu głos zabiera prezes. Mówi o tym, co będzie, jak PiS dojdzie do władzy.
– Wojny nikomu nie wypowiemy – uśmiecha się jeden z członków komitetu, wspominając tamten dzień. – Prezes powiedział, że w naszym zasięgu będzie dokładne rozliczenie i ukaranie winnych po polskiej stronie.
– A co z ewentualnymi zleceniodawcami z zagranicy?
– W tej sprawie musimy się uzbroić w cierpliwość. Może w Rosji zmieni się władza i nowy prezydent sam zechce rozliczyć dorobek Putina. Może po odejściu Obamy Amerykanie pokażą swoje zdjęcia satelitarne, bo przecież na pewno je mają. A może Chińczycy zrobią jakiś ruch? Przecież ich wywiad też działa globalnie.
– To nie jest kapitulanckie podejście?
– Taka jest polityka, przecież Brytyjczycy też nie pomścili Litwinienki. Jak na słowo „przepraszam” za Katyń czekaliśmy pół wieku, to i teraz poczekamy.
Na razie pewne są tylko dwie rzeczy. Jeśli PiS dojdzie do władzy, to z placówki w Madrycie ściągnięty zostanie Tomasz Arabski – taką deklarację złożyli posłowie PiS podczas posiedzenia komisji spraw zagranicznych. Dowiemy się też, „czyim ministrem jest Radosław Sikorski” – to z kolei obiecał prezes PiS w wywiadzie dla portalu „Gazety Polskiej”.
– Trybunał Stanu nie zostanie uruchomiony? – pytam Suskiego.
– Trybunał brzmi groźnie, ale jego wyroki są symboliczne. To byłby za mały wymiar kary. W Smoleńsku zginęli ludzie, tu trzeba normalnych wyroków karnych, z odsiadkami.
– A kto powinien pójść siedzieć?
– Na tym etapie nie chcę wymieniać nazwisk. Zresztą od skazywania jest sąd.
– Pana zdaniem zleceniodawca ewentualnego zamachu mógł działać w porozumieniu z polskim rządem?
– Wydaje mi się to mało prawdopodobne, zamachowcy raczej nie dzielą się swoimi planami.
– Czyli gdyby to był zamach, to rząd Tuska jest poza podejrzeniem?
– Chęć ukrycia prawdy jest mocno zastanawiająca i może sugerować winę kogoś z kręgów władzy, ale jeśli zamachu nie było, to tym gorzej dla rządu. Bo to by oznaczało, że tam nie było żadnej odpowiedzialności, że myślano: „A niech prezydent leci na złamanie karku”. W takim wypadku całkowitą winę za zaniedbania ponosi rząd.
Poseł Pięta widzi sprawę nieco inaczej: zamach był, Donald Tusk mógł o nim nie wiedzieć, ale i tak swoje za uszami ma. Przecież gdyby mu zależało, to prokuratorzy nie odstawialiby takiej fuszerki. – On w Polsce jest już skończony i dobrze o tym wie. Sądzę, że podobnie jak Arabski będzie szukał jakiegoś stanowiska za granicą – mówi.
– Boi się pan, że chce uciec przed odpowiedzialnością?
– Nie ucieknie. O to jestem spokojny.
Zauważam, że ze skazaniem Tuska może nie pójść tak łatwo, bo przecież w sądzie trzeba twardych dowodów. Poseł Pięta nie reaguje na te zaczepki, spogląda na mnie z pobłażaniem: – Więcej wiary, panie redaktorze.

CAŁÓŚĆ