czwartek, 7 marca 2013

Trzeba szczekać

Rozmowa z Elizą Michalik, dziennikarką Superstacji

Trzeba szczekać

O ewolucji, zmianie poglądów i wolności słowa - mówi Eliza Michalik.
 
Joanna Podgórska: – Od „Gazety Polskiej” i „Gościa Niedzielnego” do pracy w stacji, którą niedawno ukarano za obrazę uczuć religijnych. To była ewolucja czy rewolucja?
Eliza Michalik: – Zdecydowanie ewolucja. Czasem jednak mam wrażenie, że zmiana poglądów w Polsce jest przestępstwem. Wiele osób się szczyci, że ma stałe poglądy, a mnie to się nie wydaje naturalne. Inaczej człowiek myśli mając lat 20, a inaczej mając 30. Wyszłam z konserwatywnego domu, gdzie panował tradycyjny podział ról i silny antykomunizm. To mnie zbliżało do prawicy. Zaczęłam pracować w „Gazecie Polskiej”, bo miałam znajomych w tym środowisku. Moje poglądy w tamtym czasie nie były efektem jakichś głębokich przemyśleń, ale wychowania i otoczenia, w jakim dorastałam. Mijały lata, obserwowałam rzeczywistość i zaczęłam dostrzegać, że pewne rzeczy są inne, niż mi się wydawało.
Co było inne?
Choćby kwestia praw kobiet. Kiedyś, jako katoliczce, podobał mi się konserwatywny porządek, który w miarę dobrze sprawdzał się w moim domu. Wydawało mi się też, że szklany sufit to wymysł feministek, bo ja w tamtym czasie się z nim nie zetknęłam. Pracowałam w redakcji, pisałam i zarabiałam, tak jak moi koledzy. Dopiero później, gdy chciałam się rozwijać i awansować, zaczęło do mnie docierać, że coś takiego jednak istnieje. Od pewnego momentu zaczynają się problemy. Tak było z moją przyjaciółką. Miała szansę awansować na stanowisko menedżera, ale cały zarząd i wszyscy menedżerowie byli facetami i w końcu awansowali faceta. Mimo że ona miała wyższe kwalifikacje i większe doświadczenie. Przeszkadzałaby w kultywowaniu męskich obyczajów, bo panowie wspólnie oglądali mecze, umawiali się na wódkę czy do klubów go-go.
Oczywiście to nie tak, że w poniedziałek jest się konserwatywną katoliczką, a we wtorek lewicującą feministką. To był proces. W moim życiu też zachodziły zmiany. Rozwiodłam się, a moje środowisko źle na to zareagowało.
Przecież prawicowi dziennikarze często się rozwodzą.
Mężczyznom w tym środowisku wolno więcej. W pewnym momencie przestałam się tam dobrze czuć. W „Gazecie Polskiej” też zachodziły zmiany. Gdy zaczynałam tam pracować, rządził Piotr Wierzbicki. To była inna gazeta niż dziś. Owszem, prawicowa i konserwatywna, ale było tam miejsce na publicystykę promującą liberalizm gospodarczy. To jest mój pogląd, który się nie zmienił. Nawiasem mówiąc, w „Gościu Niedzielnym” pisałam wyłącznie na tematy gospodarcze. Kiedy władzę w „Gazecie” przejął Tomasz Sakiewicz, z którym się zresztą przyjaźniłam, zaczęły się kłótnie, bo zmienił linię redakcyjną i żądał podporządkowania. Wcześniej na przykład razem z Piotrem Lisiewiczem pisaliśmy krytyczne teksty o ojcu Rydzyku. To było dla mnie ważne, a już nie było wolno.
Chciałam odejść w spokoju, ale się nie udało. Z tego środowiska bardzo ciężko się wychodzi, bo ono nie potrafi człowieka tak po prostu wypuścić. Musi zlinczować, zgnoić, opluć. Zostałam wyrzucona z pracy, poszłam do sądu, skończyło się ugodą, ale na warunkach podyktowanych przeze mnie.

Przy okazji została pani podobno ruską agentką.
W wypowiedzeniu Sakiewicz napisał, że działałam na szkodę redakcji, będąc rosyjską agentką o pseudonimie Natasza. Nawet sędzia w sądzie pracy był zdziwiony, bo jeszcze się z czymś takim nie spotkał. Brzmi zabawnie, ale to mnie kosztowało wiele nerwów. Środowisko odwróciło się ode mnie z dnia na dzień. Koleżanki, z którymi przez lata spotykałam się przy winie, nie chciały ze mną nawet rozmawiać. Na forach internetowych odsądzano mnie od czci i wiary. Dzwoniono do moich miejsc pracy, żeby ostrzec, że jestem ruską agentką i złodziejką, że wykradłam pieniądze z kasy „Gazety Polskiej”. Telefonowano nawet do moich znajomych, żeby ostrzec, jaka ze mnie szemrana postać. Oskarżenie o działanie w służbach to w tym środowisku chleb powszedni.
Nie chcę z siebie robić męczennicy. Poniosłam po prostu konsekwencje swojego wyboru. I tak miałam więcej szczęścia niż rozumu. Znam kilku dziennikarzy, którzy wcale nie myślą tego, co piszą, ale mają problem, bo tkwią w tym środowisku od lat, za dużo powiedzieli, napisali zbyt wiele książek, są szeroko znani i z tego się utrzymują. Religia smoleńska to potężna biznesowa machina. Na samym jeżdżeniu po Polsce zarabia się krocie. Nie mogą wyjść z tych butów, bo nie będą mieli na życie. To jest pułapka. A druga strona też ich nie przyjmie, bo na to za późno. Nie będą wiarygodni. Ja się, na szczęście, wcześnie obudziłam.
Swego czasu było o pani głośno w kontekście plagiatów. To nie była przeszkoda w szukaniu nowej pracy?
W Internecie trwała potworna nagonka na mnie. Powstała nawet strona Eliza Watch, gdzie fragmenty moich tekstów zestawiano z cudzymi. Bardzo efektownie to wyglądało. Ale diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład w moim tekście był fragment książki Jana Fijora. Tak, tylko że pod tekstem był dopisek, że z tej książki korzystałam, ale na to już nikt nie zwracał uwagi. Raz faktycznie się podłożyłam, bo przygotowując tekst o stanie dróg, wykorzystałam fragment raportu NIK. Nie sięgnęłam do źródła, ale do artykułu we „Wprost”, który się na ten raport powoływał. Ale tu chodziło o dane liczbowe, a nie jakąś konstrukcję intelektualną. Każdy z tych przypadków mogę wytłumaczyć, pisałam sprostowania, wydrukowałam duży tekst w „Życiu Warszawy”, gdzie je kolejno omawiam, ale to przeszło bez echa. Nie chcę wchodzić w spiskowe teorie, ale jestem przekonana, że tę kampanię w Internecie urządzili mi koledzy z „Gazety Polskiej”.
Ciągnie się za panią ta historia?
Takie sprawy zawsze się za człowiekiem ciągną na zasadzie, że jak ktoś chce psa uderzyć, to kij znajdzie. Najbardziej doprowadza mnie do szału postawa ludzi, którzy mówią: może i popełniałaś te plagiaty, ale jesteś fajna i inteligentna, więc wybaczamy ci błąd młodości. Wolę skrajności – albo wierzysz w moją niewinność i mnie szanujesz, albo uważasz mnie za plagiatorkę, twoja sprawa.
Pani ewolucja światopoglądowa to był zwrot radykalny.
Nie chcę się do końca deklarować. W Polsce jest problem szufladek, a ja sama ze sobą mam problem, bo nie pasuję do żadnej szufladki. Kiedyś tkwiłam w szufladce „katolicka dziennikarka” i jako taką zapraszał mnie do swojego programu Janek Pospieszalski. Kiedyś zadzwonił i mówi: słuchaj, Eliza, robimy program o legalizacji domów publicznych, może byś przyszła, bo jesteś świetnym batem na feministki. Powiedziałam, że mogę przyjść, problem w tym, że jestem za legalizacją domów publicznych.

CAŁOŚĆ
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz