PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 14 grudnia 2012

Jarku - dlaczego obrażasz brata, siebie, nas?

W latach 1980-1981 pracowałem z J. Kaczyńskim Ośrodku Badań Społecznych NSZZ „Solidarność” Regionu Mazowsze, założonym przez A. Macierewicza. Przyszły prezes PiS zajmował się sprawami prawnymi, ja byłem red. Dziennika „Wiadomości Dnia”. Po wybuchu stanu wojennego J. Kaczyński twierdził – w jednym z wywiadów -, że w podziemiu szukał ze mną kontaktu i jakoś nie znalazł.
Otóż są to brednie gdyby szukał (od 14 grudnia 1981 r. wydawaliśmy pismo „Wiadomości”, będące kontynuacją dziennika „Wiadomości Dnia”) to by znalazł, gdyby chciał działać, to by działał. Zaznaczam przy tym, ze nikt by do niego nie miał pretensji, jednak jeżeli po 30 latach publikuje wywiad, który można porównać tylko i wyłącznie z wyczynami propagandzistów sowieckich, którzy w latach 30 XX wieku twierdzili, ze to Stalin wszystko organizował i był przywódca przewrotu bolszewickiego, to niech nie ma pretensji, ze go potraktuje z należytym humorem.
Jednak bądźmy sprawiedliwi dla Stalina – on był jednym z czołowych działaczy bolszewickich, no ale przewrót organizował Trocki i Lenin. J. Kaczyński w swych kłamstwach bije na głowę Stalina. Wróćmy do faktów, nasz prezes i słoneczko Wolnej i Niepodległej Polski twierdzi, ze chciał działać i jednocześnie twierdzi, ze pomógł Dornowi znaleźć mieszkanie to dlaczego poprzez Dorna nie odnalazł redakcji „Wiadomości”, dlaczego ani razu nie było udziału w redagowaniu numeru czasopisma, dlaczego nie nadesłał ani jednego artykułu? Dlaczego ani razu nie usłyszałem jego nazwiska?
Na czym według J. Kaczyńskiego polegało działanie w podziemiu? Na podpisywaniu papierków, które mu UB –ecja posunęła? J. Kaczyński twierdzi, ze współpracował z Ośrodkiem Badań Społecznych w podziemiu. Kłamstwo – i to tak głupie i ordynarne, że aż płakać się chce. Ośrodek Badań Społecznych zmienił nazwę na Centrum Dokumentacji i Analiz (nowa nazwę wymyślił L. Dorn), jeżeli prezes by cośkolwiek robił to by o tym pamiętał. Nic nie robił. Nie był żadnym działaczem. Nie działał w podziemiu.
Prezes mówi, ze współpracował z „Głosem”, ja bardzo przepraszam – nic z tym miesięcznikiem nie mam wspólnego – ale w lutym 1982 roku odbyła się dyskusja na temat stanu wojennego redakcji „Głosu” i „Wiadomości” w której brali udział L. Dorn, P. Strzałkowski, M. Gugulski i niżej podpisany. Była ona opublikowana w „Głosie”. Nie brałeś w niej udziału, nie myślałeś nie przelewałeś myśli na papier bo gdybyś to robił to by jakiś ślad po tej aktywności pozostał.
Ale może kolportowałeś czasopisma, albo je drukowałeś. Jeżeli tak to przepraszam, bo ciężka praca kolporterów była wtedy niebezpieczniejsza niż praca redaktorów. Jednak nic nie piszesz o tym w swoim wywiadzie. Twierdzisz natomiast, ze współpracowałeś z MRKS –e, kiedy i jak, jeśli można spytać? Miałem stały kontakt z tą redakcja i strukturą podziemną, więcej gdy drukarnia MRKS została zdekonspirowana przez UB to „Wiadomości” wydawały pismo „MRKS”, jako swoja wkładkę.
Ani razu nie spotkałem cie na wspólnych zebraniach, ani razu nikt nie wspominał, ze działasz, ze piszesz. Dlaczego z nas wszystkich – myślę o ludziach podziemia – kpiny sobie robisz, dlaczego nas obrażasz tym groteskowym wywiadem. Pierwsze dwa, trzy miesiące stanu wojennego to był naprawdę strach, nie można tego czasu porównać z latami np. 1985 -89, bo to jest kpina z historii.
W grudniu 1981 roku za rozrzucanie ulotek dostawało się 10 lat, a ty piszesz, ze podpisałeś taki sam papier na UB jak mecenas Jan Olszewski. Moment mecenas J. Olszewski nie był internowany dlatego, że był doradcą Episkopatu i dlatego podpisał na UB wspomniany papier. Więc moje pytanie brzmi: czy byłeś doradca Episkopatu? Jeżeli tak, to miałeś święte prawo podpisać ten papierek, jeżeli nie to naruszałeś podstawowa zasadę wszystkich opozycjonistów w PRL: nic nie podpisywać.
Więc jeżeli nie byłeś doradca Episkopatu, to zachowałeś się jak przedszkolak, jak kretyn, który nie wie gdzie żyje. Dlaczego się kompromitujesz, czy szajba ci już tak odbiła, ze wierzysz w bajki, które sam wymyślasz? Po co ci to, po to by wziął cie w obronę Macierewicz (który w tym czasie siedział w ciężkim więzieniu) więc nic o podziemiu nie mógł wiedzieć? To, ze nigdy nie byłeś opozycjonista, ze nigdy nic nie robiłeś co by ci zagrażało udowadniasz czytelnikom – rzecz jasna tym dla których nie jesteś Stalinem Wolnej Polski – każdym słowem swego wywiadu.
Ot piszesz, ze w pierwszych dniach stanu wojennego spotkałeś się z U. Doroszewską w mieszkaniu J. Karpińskiego. Czyś ty już kompletnie zgłupiał Jarku? Przecież to było najbardziej znane – od 1976 roku - opozycyjne mieszkanie w Warszawie, obserwowane przez UB 24 na 24, jeżeli ktoś tam szedł to wiedział, ze UB go namierza! No dość – nie rozumiem, dlaczego tworzysz mity, jeżeli za cos się ceniłem to właśnie za to, ze nie byłeś opozycjonista, działaczem podziemia itd. Ci wszyscy ludzie skompromitowali się doszczętnie w latach 90 –tych. Ty nie – miałeś zdrowy rozsadek, ale władza absolutna w PiS pozbawiła cie tej najważniejszej cechy w życiu.
Piotr Piętak

ŹRÓDŁO

Wojciech Reszczyński: Reinkarnacja

Od nadskakiwania generałowi Wojciechowi Jaruzelskiemu po wspieranie Tadeusza Rydzyka – Wojciech Reszczyński w ćwierć wieku pokonał długą drogę.

Wyroku na redaktora Wojciecha Reszczyńskiego nie wykonano. Nie stracił pracy w Trójce. Czyli tego ostatniego, co go jeszcze trzyma przy zawodzie dziennikarskim. Owszem – komisja etyki Polskiego Radia zdecydowała, że Reszczyński złamał kodeks zawodowej etyki, gdy pod koniec października, po marszu „Obudź się, Polsko” w Warszawie, przed budynkiem Telewizji Polskiej na placu Powstańców Warszawy wykrzykiwał o ginącej Polsce, władzy dokonującej zamachu na demokrację i dyskryminującej katolików. Nie powinien się angażować w partyjne wiece i piętnować niewierzących – uznali członkowie komisji.

Wyrok zapadł. Ale nie został wykonany. Kierownictwo Trójki nie wywaliło Reszczyńskiego. – Prawnicy nie byli zgodni, czy opinia komisji etyki jest wystarczającą podstawą do zwolnienia, czy nie – tłumaczy jeden z redaktorów stacji.

W cieniu generała

Gdyby próbować opisać początki kariery Wojciecha Reszczyńskiego językiem, którym on sam się posługuje, należałoby napisać tak: reżimowy dziennikarz, który zaczynał karierę w imperium Macieja Szczepańskiego, potężnego prezesa radia i telewizji. W stanie wojennym, gdy komunistyczni siepacze wyrzucali niepokornych dziennikarzy z Trójki, wślizgnął się na ich miejsce. Po przejściu do telewizji, głównej tuby propagandowej reżimu Jaruzelskiego, stał się jej podporą. Karierowicze i chorągiewki – tak Reszczyński mówi dziś o ludziach, którzy mają podobne życiorysy.

Pod koniec lat 70. ze studenckiego radia Bielany w Toruniu trafił do „Sygnałów dnia”, najważniejszej politycznej audycji Polskiego Radia. – To była nasza radiowa szkoła życia – mówi Antoni Mielniczuk, kolega z tamtego czasu. – Zanim usiadł przed mikrofonem i dostaliśmy swą wymarzoną audycję zaczynającą się o czwartej rano, długo parzyliśmy starszym kolegom herbatę.
Po sierpniu ’80 zapisał się do Solidarności. Chodził po radiu w biało-czerwonej opasce. – To był wtedy spory akt odwagi – wspomina Sławomir Zieliński, kolega z radiowej Jedynki. Jednak po stanie wojennym, gdy partyjna komisja weryfikująca dziennikarzy wyrzucała z radia niepokornych, Reszczyńskiemu dano szansę. Zieliński, który był wicedyrektorem Programu Trzeciego, ściągnął go do „Zapraszamy do Trójki”. Razem prowadzili przez kilka lat popołudniową audycję.

Potem przenieśli się do telewizji, gdzie w 1986 r. powstał nowy, młodzieżowy program informacyjny. Reszczyński stał się gwiazdą „Teleexpressu” oglądanego przeciętnie przez 18 milionów widzów. W 1987 roku dostał (wraz z Jolantą Fajkowską) niezwykle odpowiedzialne zadanie poprowadzenia spotkania generała Wojciecha Jaruzelskiego z młodzieżą. Chodziło o ocieplenie wizerunku dyktatora przed nadchodzącym referendum w sprawie reform.
Spotkanie było starannie wyreżyserowane, a wszystkie pytania do generała zostały wcześniej zatwierdzone w KC PZPR. W swojej wydanej parę lat później książce Reszczyński napisał, że przyparł Jaruzelskiego do muru. Ale trzygodzinne nagranie, które zachowało się w archiwum TVP, tego nie potwierdza. Reszczyński jest czarujący, uśmiecha się do generała i strofuje tych, którzy sekretarzowi partii zadają zbyt napastliwe pytania. Zapewnia generała, że „wszyscy się cieszą” z jego wizyty i że dziennikarzom wcale nie przeszkadza obowiązująca w PRL cenzura. A na koniec pyta go, czy nie obraził się za zadane mu pytania.
Program z Jaruzelskim dobrze go ustawił. TVP pozwoliła mu wyjechać na saksy do USA, gdzie w lokalnym radiu w Chicago prowadził program dla Polonii. Kurs dolara był wtedy taki, że za oceanem w miesiąc zarabiało się więcej niż w ciągu roku w Polsce. – Dzięki pracy w Stanach zarobił tyle, że mógł skończyć budowę domu na warszawskiej Sadybie – mówi jego telewizyjny kolega.
Niezłomny z „Teleexpressu”

Wrócił po ośmiu miesiącach. Polska szykowała się do Okrągłego Stołu. „Radiokomitet pozostawał wciąż bastionem komunistycznej propagandy” – zauważył w swojej książce. Ale to się miało zmienić.
– Wojtek dał swoją twarz odradzającej się Solidarności – wspomina Kazimierz Żórawski, jeden z twórców „Wiadomości”, które w 1989 r. zastąpiły znienawidzony „Dziennik Telewizyjny”. – A my szukaliśmy nowych ludzi, którzy nie będą kojarzeni ze starą ekipą „Dziennika”. Reszczyński był lubiany i oprócz tego jednego programu z Jaruzelskim trudno było się o coś do niego przyczepić.

18 listopada 1989 r. cała Polska zobaczyła na szklanym ekranie żartującego i uśmiechniętego Wojciecha Reszczyńskiego. Stał się symbolem zmian zachodzących w mediach. O premierze Tadeuszu Mazowieckim mówił, że przypomina mu ojca, a w wywiadach przedstawiał siebie jako sprawiedliwego szeryfa w telewizyjnym bagnie nieudaczników, manipulantów i komunistów, z którymi musiał walczyć przez całe lata 80. – Zaskoczyło mnie to, bo w tamtych latach przyjaźniliśmy się i nigdy nie zauważyłem, żeby jakąś walkę prowadził – mówi Sławomir Zieliński.

„Nie miał prawa nam wszystkim, którzy nie wywodzili się z Solidarności i pracowali przez ostatnie lata w »reżimowych« środkach przekazu, czynić zarzutu z tego, co także było jego udziałem” – pisała w swojej książce koleżanka z „Wiadomości” Aleksandra Jakubowska. „Na niezależności i popularności Reszczyńskiego budowano zaufanie i autorytet władzy, której on, jak dziś twierdzi, szczerze nienawidził (...). Dlaczego wtedy nie odszedł? Dlaczego przyjął asygnatę na samochód z rąk rzecznika rządu Jerzego Urbana?”.
– Wojtek przypominał pasażera – dodaje Zieliński – który z przyjaciółmi jedzie tramwajem. Ale wysiada przystanek wcześniej i krzyczy, że w środku siedzą szubrawcy i złodzieje. Byliśmy jego kolegami, a on z nas wszystkich zrobił reżimowców.
Jednak Reszczyński miał już nowych kolegów. W październiku 1990 r. wziął urlop z TVP i przeniósł się do telewizyjnego studia wyborczego Lecha Wałęsy. Po jego zwycięstwie wrócił na plac Powstańców Warszawy, by – jak wspominała Jakubowska – „w glorii i chwale przygotowywać listę komuchów, których należy zwolnić z »Wiadomości«”.

Marzył o powrocie na wizję. – Nie był w stanie zrozumieć, że jako wizytówka kampanii wyborczej Wałęsy stał się nieobiektywny i nie mógł dalej prowadzić głównego programu informacyjnego – mówi Kazimierz Żórawski.
Ostatecznie odszedł trzy miesiące później, gdy szefem programów informacyjnych w TVP został Sławomir Zieliński. Okazało się, że nie jest już jego przyjacielem z Trójki i „Teleexpressu”, ale oprawcą. „Kazał mi odpiąć od klapy mały opornik, noszony w stanie wojennym przez członków Solidarności zamiast znaczka” – ujawnił w swojej książce.
Męczennik z PiS

Nie odchodził w nicość. – Miał kontakty, znał polityków i otwierały się przed nim wszystkie drzwi – wspomina Krzysztof Kilian, który pomagał w uruchomieniu radia Wawa na początku lat 90. – On zajął się zdobywaniem pieniędzy, a ja techniką.
Według „Gazety Wyborczej” jednym z pierwszych udziałowców radia Wawa był nomenklaturowy Universal Dariusza Przywieczerskiego, a potem biznesmen Krzysztof Duda, który po serii wyłudzeń kredytów trafił do aresztu. Nawet przeciwnicy Reszczyńskiego podkreślają jednak, że stworzył stację, w której wychowały się pokolenia radiowców. Pomogło mu doświadczenie zdobyte w USA. – Dla wielu ludzi był nauczycielem zawodu – mówi Ryszard Wojciul, były szef programowy Wawy.
A Reszczyński – po rozczarowaniu najpierw premierem Mazowieckiem, a potem prezydentem Wałęsą – odlatywał coraz bardziej na prawo. Podpisywał radykalne listy otwarte, a to w sprawie wykopania z Powązek Bolesława Bieruta, a to przeciw przystąpieniu Polski do UE. Na antenie muzycznej Wawy coraz częściej pojawiali się tacy ludzie jak Wojciech Cejrowski.

Prezenter Paweł Sulik pamięta, że gdy w połowie lat 90. powiedział Reszczyńskiemu, że odchodzi do Agory, ten spojrzał na niego z pogardą: – Do tych Żydów? Pod koniec lat 90. radio wpadło w kłopoty finansowe i zostało przejęte przez koncern Eska. Już bez Reszczyńskiego. Ale – jak twierdzą jego znajomi – pieniądze z tej sprzedaży zapewniły mu spokojne życie.
W 2002 r. zaangażował się w prace związanego z LPR Polskiego Komitetu Niepodległościowego, którego celem było zablokowanie integracji z Unią. Zaczął się pojawiać jako felietonista Radia Maryja i „Naszego Dziennika”, aż wreszcie o. Tadeusz Rydzyk wziął go na wykładowcę do swej toruńskiej szkoły.
Reszczyński ma dzisiaj 59 lat, jest ojcem dwóch dorosłych córek i wciąż mieszka w domu, który wybudował w latach 80. Choć posiwiał, to na ulicy ludzie wciąż rozpoznają w nim pana Wojtka z „Teleexpressu”. Wygląda tak samo, ale wystarczy krótka rozmowa, by dostrzec zmianę. Krzysztof Kilian, który zna go z czasów studenckich, mówi, że nikt ze znajomych nie potrafi wyjaśnić przemiany: – Może miał jakieś widzenie? Może w ten sposób chce zatrzeć pamięć o czasach, gdy pracował w peerelowskich mediach i musiał czytać wiadomości o pierwszych sekretarzach partii?
Samego Reszczyńskiego trudno o to zapytać, bo zerwał kontakty z większością starych przyjaciół. Nie przychodzi nawet na rocznicowe spotkania radia Wawa. Z zawodowego niebytu wyciągnął go kilka lat temu ówczesny PiS-owski prezes Polskiego Radia Krzysztof Czabański, dając mu gwiazdorski kontrakt w Trójce. Przyjęto go tam jak politycznego spadochroniarza, oskarżając o stronniczość. – Jego nieprofesjonalność polegała na tym, że do swoich audycji zapraszał tylko osoby reprezentujące jeden punkt widzenia – mówi Magda Jethon, dyrektorka Trójki.
Gdy stracił politycznych protektorów, stracił też pozycję. Został mu tylko dwugodzinny program nocny raz w miesiącu. – Wie, że jego dni są policzone – mówi jeden z dziennikarzy Trójki. – Będzie więc nadal prowokował, bo chciałby zostać dziennikarskim męczennikiem.

PS Wojciech Reszczyński nie zgodził się na rozmowę z „Newsweekiem”

Cezary Łazarewicz