PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 19 stycznia 2018

Gabinet odnowy



Rekonstrukcja rządu to pierwszy wystrzał w kampanii wyborczej 2019 r. Ma doprowadzić PiS do większości konstytucyjnej w następnej kadencji Sejmu. Czy ta wizerunkowa akcja się powiedzie?

Przebudowa jednej trzeciej gabinetu stanowi logiczne dopełnienie wcześniejszej o miesiąc wymiany pre­miera ze „swojskiej” Beaty Szydło na „światowego” Mateusza Morawieckiego. Było z tego powodu trochę płaczu i zgrzytania zębami na dalekiej prawicy („za­miast pierwszego szeregu PiS rządzi trzeci garnitur Platformy”), ale powody do zmartwień mają też PO i Nowoczesna. Co prawda nie zmienia się system polityczny, który instaluje w Polsce    PiS, ale wizerunek ekipy nieco się poprawił.
   PiS po kolejnej operacji plastycznej może przyciągnąć trochę wy­borców niezdecydowanych, tych, których straszył Antoni Maciere­wicz, denerwował Jan Szyszko czy śmieszył Witold Waszczykowski, a nieprzywiązujących aż takiej wagi do kwestii ustrojowych. Kto wie, czy nie istotniejsze jest jednak zagrożenie demobilizacją wyborców partii opozycyjnych - Jarosław Kaczyński do spółki z Morawieckim usunęli bowiem z widoku większość najłatwiejszych dla nich celów.

czwartek, 18 stycznia 2018

Anioł Stróż



Był jednym z najpotężniejszych ludzi w Polsce. - Kolejowe firmy golił równo - mówi polityk PiS. Dziś senator Kogut nawet z przyjaciółmi nie rozmawia przez telefon

Wojciech Cieśla

Stanisław Kogut, były związ­kowiec i senator PiS, za dużo mówił przez telefon. Nie wiedział, że posłuchuje go CBA.
   Prokuratura chce mu postawić trzy zarzuty. Za obietnicę miliona złotych łapówki miał załatwiać sprawę wpisa­nia do rejestru zabytków hotelu i kina w Krakowie. Za 170 tysięcy - wpływać na zarząd PKP w sprawie rozbudowy dwor­ca. Za 24 tysiące - zorganizować lżejszą odsiadkę sponsorowi swojej fundacji.
   Kogut, lat 65, abstynent, kilka lat temu był jednym z najpotężniejszych ludzi w Polsce. Jednym telefonem mógł za­trzymać pociągi w całym kraju. Na kolei szeptano, że w PKP tak naprawdę rządzi nie prezes, tylko on, związkowiec ze sta­cji Stróże Wielkie na trasie z Tarnowa do Nowego Sącza.
   Senator schudł od trosk i nie spotyka się z dziennikarzami. Z przyjaciółmi nie rozmawia przez telefon. Kilka dni po No­wym Roku zwierzył się jednemu z nich: - Teraz wiem, jak się czuła ta Blida.

środa, 17 stycznia 2018

Rejtanem czy Wallenrodem?




Przed sędziami i politykami dylemat: brać udział w wyborze do nowej Krajowej Rady Sądownictwa czy nie? Zbojkotować czy uczestniczyć, by próbować ograniczać szkody?

Dla przeciwników państwa PiS to także dylemat jak w PRL: bojkotować państwo czy nie? Bojkot - to moralna jedno­znaczność: tak-tak, nie-nie. Trzymanie się zasad, żadnych kompromi­sów i półśrodków. Ale co z obywatelami, którzy liczą np. na sprawiedliwy wyrok? Na to, że w sądach będą orzekać sędziowie niezawiśli? Czy powinno się, w imię zasad, sądownictwo oddać walkowerem?
   Marek Borowski, senator niezależny, niegdyś polityk lewicy i marszałek Sejmu:
- Jeżelibyśmy mieli być konsekwentni i od­mawiać udziału w projektach PiS, to mu­sielibyśmy stworzyć odrębne państwo: z od­rębnymi sądami, oświatą itp. Tak się nie da. Trzeba szukać rozwiązań może trochę połamanych, ale nie rezygnować zupełnie z najważniejszych pryncypiów.
   Włodzimierz Cimoszewicz, były pre­mier, marszałek Sejmu, minister sprawie­dliwości, szef MSZ i polityk lewicy: - Uwa­żam, że powinien mieć miejsce bojkot, tak ze strony opozycji, jak sędziów. Mówienie o tym, że nieobecni nie mają racji, to opor­tunizm. Nie chcę cytować znanego powie­dzenia Stefana Kisielewskiego, że prawdzi­we zło się dzieje wtedy, gdy się zaczynamy urządzać w pewnym ciemnym miejscu, ale w takich miejscach nie należy się urzą­dzać. Zwłaszcza w organach wymiaru sprawiedliwości. Konieczna jest absolutna pryncypialność. I w wielu innych zawo­dach: wśród dziennikarzy, prawników, nauczycieli, w tym nauczycieli akademic­kich. Konieczne jest wprowadzanie bar­dzo jednoznacznego rozdziału pomiędzy zachowaniami przyzwoitymi i nieprzy­zwoitymi, moralnymi i niemoralnymi, dopuszczalnymi i niedopuszczalnymi. Ludzie powinni wiedzieć, gdzie jest grani­ca, poza którą się zhańbią

wtorek, 16 stycznia 2018

Karbowy PiS



Głosowanie na komisji sejmowej. Z partyjnej dyscypliny wyłamuje się jeden z posłów PiS. - Będzie kara! - ktoś drze się przez całą salę. Tak działa Marek Suski, nowy szef gabinetu politycznego premiera

Michał Krzymowski

Współpracownik Ja­rosława Kaczyń­skiego: - W błędzie są ci, którzy sądzą, że Marka Suskie­go zainstalował w rządzie prezes. To był pomysł Mateusza Morawieckiego, zresztą bardzo sprytny. „Proszę bardzo, panie Jarosławie - ja tu, w Alejach Ujaz­dowskich. nie mam nic do ukrycia. Bio­rę sobie na współpracownika największe gumowe ucho z Nowogrodzkiej”.
   Doświadczony poseł PiS: - Co jest największym problemem Mateusza? Brak zaplecza politycznego, słaby kon­takt z partią i klubem. Obecność Mar­ka Suskiego na pewno mu pomoże. Do premiera ciągle dobijają się posłowie. Wciskają CV kandydatów do państwo­wych spółek, donoszą, kogo jeszcze nie zdążyliśmy wyrzucić. Morawiecki nie ma czasu na takie sprawy, a Marek zna aparat i zajmie się nimi jak nikt.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Czas próby charakterów



Anne Appleebaun i Radosław Sikorski o tym, co się stało z naszym krajem i naszą demokracją, a także jak jesteśmy postrzegani za granicą. 5 Nawet gdyby zmienił się rząd, to odbudowa reputacji zajmie Polsce przynajmniej 10 lat mówią

Rozmawia Renata Grochal

Czemu Jarosław Kaczyński zdecydował się na tak poważną rekonstrukcje rządu?
RADOSŁAW SIKORSKI: Kaczyński dość sprytnie przeprowadził rekonstrukcję: zrzucił najbardziej niepopularnych polityków, a kosztem politycznym tej operacji obciążył wewnątrz obozu PiS prezydenta. To potwierdza moją hipotezę, że kandydatem PiS na prezydenta będzie Mateusz Morawiecki, bo Duda w elekto­racie skrajnie prawicowym został bardzo poważnie obciążony. Zresztą, gdy tylko wydał z siebie pisk, walcząc o odrobinę godno­ści, skasował się w oczach Kaczyńskiego. Prezes przewiduje, że w drugiej kadencji byłby niesterowalny. Dlatego musi mieć no­wego prezydenta.
Dlaczego Kaczyński pozbył się Macierewicza?
R.S.: Spotkałem się z teorią, że prezes spróbuje zrobić przyspie­szone wybory na jesieni - w okolicach wyborów samorządowych. I w logice chowania oszołomów na czas kampanii te zmiany się bronią. Kaczyński do dziś żałuje, że nie zrobił wcześniejszych wy­borów pod koniec rządów Marcinkiewicza, gdy mógł wziąć więk­szość konstytucyjną, albo na początku 2007 roku, kiedy jeszcze mógł wygrać. Gdyby dziś uzyskał większość konstytucyjną, to na­prawdę zamknąłby usta Unii Europejskiej.
Macierewicz pogodzi się z dymisją?
R.S: Nie będzie mu łatwo przejść na pozycję szeregowego posła z pozycji kogoś, kto próbował być syntezą Piłsudskiego z Piotrem Skargą. Ale grupa smoleńska w PiS, czyli środowisko „Gazety Pol­skiej” i portalu niezależna.pl, gra już na stworzenie środowiska, które przejmie rząd dusz na skrajnej prawicy po Kaczyńskim. Dla tego odłamu psychoprawicy Antoni Macierewicz byłby wiarygod­nym kapłanem. Trzymam kciuki za nową partię Macierewicza, bo tak kocham PiS, że chciałbym, żeby były dwa.
Czy rekonstrukcja rządu uwiarygodni Morawieckiego w Unii?
ANNE APPLEBAUM: Jeśli polityka rządu PiS się nie zmieni, to nikt się nie nabierze na premiera Morawieckiego i nowy rząd. Za­chód sądzi po faktach, a z tych wynika, że polski rząd łamie unijne traktaty, łamie praworządność, bierze pod but sądy i wolne media.
Co pan sądzi o nowym szefie MSZ Jacku Czaputowiczu?
R.S.: Znam go od lat 90.,gdy wspólnie pracowaliśmy w MSZ, i uwa­żam za patriotę. Pytanie, czy nie „spisiał” i nie przesiąkł nacjona­listycznymi miazmatami, a także czy prowadzona przez prezesa polityka wewnętrzna umożliwi mu prowadzenie skutecznej poli­tyki zagranicznej. Bo przy takim niszczeniu konstytucji, praworządności i sądów to ani Talleyrand, ani Kissinger nie dałby rady.
Lubi pani Polskę?
A.A.: Lubię taką Polskę, jaką poznałam 25 lat temu: solidarnoś­ciową i wolnościową. Lubię mój dom, moich przyjaciół, reportaże Hanny Krall i Teresy Torańskiej, poezję Herberta i Miłosza, fil­my Wajdy i Kieślowskiego. Lubię polską tradycję gościnności. Ale dziś jest mi trudniej mieszkać w Polsce.

niedziela, 14 stycznia 2018

„Wuj z PiS-u”. „Newsweek” ujawnia stenogramy w sprawie Gawłowskiego





Kim są urzędnicy, który oskarżyli sekretarza generalnego PO Stanisława Gawłowskiego o przyjęcie dwóch drogich zegarków? Jeden po zmianie rządu został doradcą ministra środowiska Jana Szyszki, a drugi miał awansować dzięki wpływowemu krewnemu z PiS. „Potem przyjdzie twój wuj (…). Możesz być gwarantem naszego dobrobytu” – rozmawiali między sobą. „Newsweek” dotarł do stenogramu z nagranej rozmowy urzędników.

http://www.newsweek.pl/polska/stanislaw-gawlowski-nagrania-rozmow-urzednikow-z-imgw,artykuly,421681,1.html

sobota, 13 stycznia 2018

Liga amatorska,Co poradzić opozycji,Łeb do interesów,Lata świetlne,Szczęściarz Antoni i Przyszłość przeszłości



Liga amatorska

Zastąpienie „swojskiej Beaty” „światowym Mateu­szem” jest formą ogłoszenia, że z fazy demokracja przechodzimy do fazy technokracja. Technokracja nie wymaga racji, wymaga jednak kompetencji.
   Eksperyment, jakiemu poddawana jest Polska, jest cieka­wy. PRL pokazał, że w Polsce można zaprowadzić komunizm, ale wymaga to bagnetów. Po 1989 r. okazało się, że Polska jako prekursor jest w stanie pokonać drogę od komunizmu do demokracji i gospodarki rynkowej. Teraz PiS próbuje udo­wodnić, że pod rządami tej partii potrafi Polska pójść także z powrotem. Choć nie dokładnie do komunizmu, raczej od demokracji i gospodarki rynkowej do zamordyzmu i kapitałoetatyzmu. Eksperyment jest ciekawy z kilku względów. Po­każe, czy Polakom bardziej podoba się wolność, czy pozorne bezpieczeństwo. Pokaże też skalę cierpliwości rodaków, bo przeprowadzają go - co już widać - totalni amatorzy.
   Nieudolność tej ekipy jest dojmująca, choć nie rzuca się w oczy wszystkim, póki starcza pieniędzy na 500+, emery­tury i kilka innych prezentów, za które elektorat - choć płaci za nie z własnej kieszeni - jest bardzo wdzięczny władzy. By tę skrajną nieudolność zilustrować, nie trzeba długo szukać. Ot, kilka przykładów z pierwszych dni roku. Służba zdrowia, którą ta władza miała zreformować, wcześniej likwidując NFZ, jakoś się sama nie zreformowała. Z NFZ uciekło tylko kilkuset fachowców przerażonych perspektywą utraty pra­cy, w szpitalach zaś nagle brakuje lekarzy, bo wbrew temu, co myśli władza, nie każdego da się zastraszyć i nie każdy pro­test da się przeczekać. Jak widać w przypadku choroby, nie tylko ksiądz, ale i książę bywa bezradny.

piątek, 12 stycznia 2018

Wybrani i wyklęci




Rozmowa z księdzem Jarosławem Wąsowiczem, duszpasterzem kibiców, o ich pielgrzymce na Jasną Górę, o polityce historycznej tworzonej pod kibicowskie gusta i dlaczego podoba mu się hasło „Śmierć wrogom ojczyzny!".

MARCIN PIĄTEK: - Kim ksiądz jest dla kibiców?
JAROSŁAW WĄSOWICZ: - Jednym z nich.
Kibicuję od 35 lat, po raz pierwszy na sta­dion Lechii Gdańsk poszedłem, gdy mia­łem 10. Nie określiłbym się kapelanem ki­biców, bo o takich stanowiskach decydują władze kościelne. Ale duszpasterzem - już tak. Chrzczę, spowiadam, udzielam ślu­bów. Jestem z kibicami, kiedy trzeba: przy okazji ważnych wydarzeń historycznych, w które są zaangażowani, na stadionach, ale i w więzieniach. Chociaż nie wszystkim się to podoba.
To znaczy?
Gdy sprzeciwiałem się przedłużaniu w nieskończoność aresztu dla Piotra Staruchowicza [prowadzącego doping na Le­gii] - zatrzymanego pod zarzutem handlu narkotykami, a niedawno uniewinnione­go - pisano o mnie: ksiądz-diabeł. A wte­dy wielu odważnych nie było, każda próba obrony kibiców prześladowanych za rzą­dów PO kończyła się nagonką. Uważam, że wszyscy przedstawiciele aparatu władzy usłużnie karzący kibiców niepoprawnych politycznie powinni zostać rozliczeni.
PiS już rządzi ponad dwa lata i jak na razie nie dopatrzono się uchybień.
W obronie kibiców interweniowało Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich, zarówno w czasach Ireny Lipowicz, jak i Adama Bodnara. W potyczkach z klubami wspomagał ich Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta.
A sądy 24-godzinne, które miały być batem na stadionowych chuliganów, to pomysł Zbigniewa Ziobry w jego poprzednim ministerialnym wcieleniu. Ale mieliśmy rozmawiać o pielgrzymce.
Uważają za cud. Pierwsza, 10 lat temu, to było 200 osób: Lechia, Śląsk Wrocław, przyszli jacyś fani Rakowa Częstochowa, bo mieli blisko. A w poprzedniej wzięło udział ponad 5 tys. kibiców. Są w stanie usiąść obok siebie i rozmawiać o rzeczach, które są dla nich ważne. Patriotyzm, pamięć o bohaterach, pomoc dla rodaków na Kresach. Na pielgrzymce ich działalność się nie kończy. Organizuj ą zbiórki, wakacje dla dzieciaków z Kresów. Zarażają innych potrzebą niesienia pomocy, dzwonią tyl­ko do mnie potem z pytaniem, czy wiem, kto jest w potrzebie. Na to właśnie patrzę w kategoriach cudu.

czwartek, 11 stycznia 2018

Książę i minister



Tak błyskotliwego wejścia jak Mateusz Morawiecki nie zaliczył dotąd żaden polityk PiS. Nie dość, że premier, to jeszcze potencjalny następca Jarosława Kaczyńskiego. To nimb użyteczny dla rządzących, lecz z gruntu fałszywy.

Gdy ten numer POLITYKI trafi do państwa rąk, być może wreszcie dokona się „rekonstrukcja rządu” i będzie już wiadomo więcej o faktycz­nej pozycji Mateusza Morawieckiego. Ostatnie doniesienia nie były specjalnie budujące dla jego sympatyków. Oczekiwano raczej podsta­wowej korekty w kilku oczywistych resortach.
O rządzie choćby półautorskim nie było już mowy.
   Po nominacji Morawieckiego niektórzy jego zwolennicy mieli nadzieję, że to PiS będzie teraz dopasowywać się do nowej kon­strukcji politycznej. Było inaczej: to premier dopasowywał się do otoczenia. Legalizował się w elektoracie radiomaryjnym, ukła­dał z radykałami od Macierewicza, z frakcją Zbigniewa Ziobry, bez słowa sprzeciwu przełknął Marka Suskiego na czele swego gabi­netu politycznego. Choć trudno przecież o figurę bardziej ośmie­szającą jego aspiracje. Dawał wreszcie premier zadość pisowskim ortodoksjom - na przekór oczekującym rozluźnienia gorsetu ide­ologicznego, a nawet własnemu ojcu w sprawie uchodźców.
   Wiele więc wskazuje, że popularna opowieść o „delfinie pre­zesa” jest tylko medialną klechdą. Być może zresztą świadomie podsycaną przez otoczenie Jarosława Kaczyńskiego. Moderni­zacja kraju zostaje utożsamiona z modernizacją prawicy. Polska Kaczyńskiego stopniowo przechodzi w Polskę Morawieckiego.
   Wizerunkowy majstersztyk. Ale w świecie realnej polityki - raczej złudzenie i nonsens.

środa, 10 stycznia 2018

Kościół toruński i jego wyznawcy


„Słuchałem ojca Rydzyka i byłem upokorzony jego pychą” - mówił 20 lat temu prymas Józef Glemp. Dzisiaj nikt, kto dba o swą pozycję w polskim Kościele, nie odważyłby się na taką krytykę toruńskiego redemptorysty

Dominacja Tadeusza Rydzyka w polskim Kościele jest dziś oczy­wistością. Sprzyjający mu proboszczowie i za­konnicy to ogromna i zdyscyplinowana armia, nawet jeśli nie wszyscy domini­kanie czy jezuici kochają „ojca Tade­usza”, a niektórzy wręcz odważają się go krytykować. Sprzyjający Rydzykowi hierarchowie zdominowali polski Epi­skopat, choć (zapewne) nie stanowią w nim większości. Ostentacyjnie wy­chwalają przy każdej okazji toruńskiego redemptorystę, atakują zaś tych, którzy odważą się na jego krytykę.
   Natomiast przeciwnicy Radia Maryja w Episkopacie ostrożnie milczą. Nikt, kto pragnie zachować swoją pozycję w polskim Kościele, nie odważa się już na głośną krytykę Rydzyka.

wtorek, 9 stycznia 2018

Lista Rydzyka



Blisko 70 mln zł w rządowych grantach i dotacjach, do tego kilkudziesięciu ludzi w rządzie, parlamencie i państwowych spółkach. Tak zrasta się rodzina Radia Maryja i PiS

Michał Krzymowski

Klasztor redemptorystów w Toruniu, kilka lat temu. PiS jest jeszcze w opozycji i nie­wiele wskazuje na to, by miało się to szyb­ko zmienić. Ojciec dyrektor podejmuje skromnym obiadem dwójkę zaufanych posłów Prawa i Sprawiedliwości. Żali się na prezesa Kaczyńskiego i jego stosunek do rozgłośni: nieufność, brak szczerości, dystans. - On pod­chodzi do nas tak jak sprzątaczka, która zakłada gumową rę­kawiczkę przed wyczyszczeniem toalety - mówi.
   Dziś już takie słowa by nie padły. Spółki i fundacje związa­ne z ojcem Tadeuszem Rydzykiem w ciągu dwóch lat dostały od rządu PiS kilkadziesiąt milionów grantów i dotacji. Obłaskawia­ją redemptorystę ministerstwa, rządowe agencje, fundusze i pań­stwowe spółki. W zamian ich szefowie dostają polityczne wsparcie i czas antenowy.
   Gdy tylko któryś z ważnych polityków PiS popada w tarapaty lub potrzebuje uwiarygodnienia, założyciel Radia Maryja otwiera przed nim swoje podwoje. Kiedy wyborcy PiS nabierają wątpliwo­ści po lipcowych wetach, prezydent Andrzej Duda przyjmuje na rozmowie w pałacu ojca dyrektora. Gdy pojawiają się spekulacje dotyczące wymiany szefa MON, Antoni Macierewicz występuje w Telewizji Trwam. A Mateusz Morawiecki udaje się do Torunia następnego dnia po tym, jak zostaje wskaza­ny przez partię jako kandydat na premiera. W tym samym miejscu pożegnalnego wywia­du kilka dni wcześniej udzieliła Beata Szydło.
   Poza korzyściami politycznymi wizyta w toruńskim studiu to - tak po ludzku - tak­że zwykła przyjemność. Nie ma niewygod­nych pytań, nikt nie przerywa. Do studia dzwonią słuchacze z wyrazami poparcia, a po wywiadzie ojciec dyrektor podejmuje gości posiłkiem. Dla polityków PiS, przyzwyczajo­nych do nieprzyjemnych rozmów w TVN24, taki wersal to miła odmiana. Dla wyborców te wizyty to ważny sygnał: skoro polityk zo­stał zaproszony, nie atakuje się go, to znak, że wszystko jest po staremu.
   Niezwiązany z Toruniem polityk PiS mówi z podziwem: - Ojciec Rydzyk ma cechy wy­trawnego polityka. Jest bardzo pragmatycz­ny. Dziś może prezentować takie stanowisko, a jutro inne. W zależności od interesu. Do­brze analizuje sytuację, celnie interpretu­je wydarzenia, rozumie politykę. No i potrafi zabiegać o swoje. Ilekolwiek byśmy mu dali, zawsze narzeka, że mało, że biedni ludzie w datkach przynoszą więcej. Taka taktyka.

niedziela, 7 stycznia 2018

Dwóch ojców,Droga Rebelio!,Unabomber,Despacito



Dwóch ojców

Mateusz Morawiecki może odnieść sukces jako premier pod jednym warunkiem - Jarosław Ka­czyński musi go uznać za syna.
   Tu nie idzie o efektowny początek tekstu ani o tanią zło­śliwość. To diagnoza absolutnie poważna. Nadmierne psychologizowanie? Ależ skąd. W przypadku Kaczyńskiego i ustroju, jaki zbudował w Polsce w ostatnich dwóch latach, który z demokracją ma niewiele wspólnego, psychologizowanie błędem nie jest. Przeciwnie, brak psychologizowania skazuje całą analizę na porażkę. Przypominam, jak tłuma­czono zakończenie misji Beaty Szydło. Otóż odwoływano się niemal wyłącznie do psychologii - a to, że Kaczyński był na Szydło zły, a to, że był nią zawiedziony albo znudzony. W sy­stemach autorytarnych nastroje i kaprysy władcy mają moc sprawczą - stają się prawem lub decyzją. Nie będzie więc sukcesu Morawieckiego, jeśli Kaczyński będzie w nastro­ju złym, a w złym będzie prędzej czy później, chyba że usynowi Morawieckiego. Co miałoby to w praktyce oznaczać? Byłoby to ustanowienie między oboma panami więzi, dzię­ki której Kaczyński nie uznaje ewentualnego sukcesu Mo­rawieckiego za swój problem, ale za swoje zwycięstwo. Taką relację prezes PiS miał tylko z jednym politykiem - z włas­nym bratem. I była to jedyna relacja polityczna Kaczyńskie­go, której szybko nie zrujnowała zazdrość.

sobota, 6 stycznia 2018

Gen samozagłady



Lud polski nie chce wolności. Chce, żeby mu dano święty spokój. Żeby ktoś wreszcie brzemię wolności z ludu zdjął - mówi pisarz Andrzej Stasiuk

Rozmawia Aleksandra Pawlicka

Wie pani, chyba kończy się nasza „przygoda z Za­chodem”. Wygląda na to, że ta niesio­na na sztandarach wolność to kolej­ny mit naszego bohaterskiego narodu
napisał mi w e-mailu Andrzej Sta­siuk, gdy poprosiłam go o wywiad. Postanawiamy więc rozmawiać o pol­skiej wolności.

NEWSWEEK: To co z tą wolnością?
ANDRZEJ STASIUK: No właśnie, co?
Śpiewamy na demonstracjach: „Wol­ność kocham i rozumiem, wolności od­dać nie umiem”.
- Ale elektorat, który decyduje o tym, co dzieje się w Polsce, zrzeka się tej wolności z wyjątkową pokorą. Daje łeb
w obrożę z łatwością i ochoczo. Mistrz mojej młodości Maciej Pietraho w swojej niezapomnianej pieśni „Zło­ty łańcuszek” śpiewał: „A jeśli masz przyjaciół, to pomyśl też o nich, że ju­tro sprzedadzą swą duszę za ogon”. I nie potrzeba do tego nawet wielkich zachęt, wystarczą obietnice, że oto bę­dziemy już po prostu mogli być tacy, jak chcemy. To znaczy tacy jak zwykle: swoi, na swoim, wyizolowani, w swej „chacie z kraja” i żeby „nam buty mo­gły śmierdzieć, jak śmierdziały przed stu laty”. To ostatnie to nie ja, tylko Tetmajer. Wiersz „Patryota”, rok 1898. Wiersz jakby napisany dzisiaj. Bardzo polecam. Lud polski nie chce wolno­ści. Chce, żeby mu dano święty spokój. Żeby ktoś wreszcie brzemię wolności z ludu zdjął.
Szczyciliśmy się bezkrwawo wywalczo­ną wolnością i nagle okazała się bezwartościowa?
- Wolność tak naprawdę jest okrop­na, trudna, kosztowna. Wolność to wy­bór, odpowiedzialność, lęk, niepewność. Może 25 lat wolności to wystarczająco dużo dla naszego bohaterskiego narodu? Naród postanowił od wolności odpocząć.
Nie dorośliśmy do niej?
- A może my w specyficzny sposób wo­limy żyć złudzeniami? Lubimy się sy­cić i pompować wielkimi słowami. Wolność, wolność, wolność... Polska wol­ność wyważyła bramy komunizmu, pol­ska wolność wysadziła stary porządek w powietrze. Zawsze byliśmy za wolnoś­cią. A gdzie tam! Gdy Solidarność obala­ła komunizm, to, cynicznie mówiąc, nie o wolność chodziło, tylko o kiełbasę. Od tego zaczął się nasz najsłynniejszy bunt minionego stulecia - od podwyżki cen kiełbasy. Znów mi się poeta przypomina, Rafał Wojaczek, i jego wstrząsająca fraza: „kiełbasa, nasza matka jadalna”. Potem intelektualne elity z dużych miast doro­biły do tego piękne ideolo. I przez ćwierć wieku z lepszym lub gorszym skutkiem ciągnęły ten oporny naród w stronę wol­ności, aż suweren się zaparł czterema ko­pytami i powiedział: dość. Powiedział: my chcemy kiełbasy, naszej polskiej matki ja­dalnej, oraz świętego spokoju.

piątek, 5 stycznia 2018

Armia śpiochów



Zbliża się nie kampania wyborcza, ale wojna totalna - alarmują analitycy internetu. Tylko w ciągu trzech tygodni listopada na Twitterze powstało 10 tys. kont udających prawdziwe.

Dobra, to odpalam bombę. 10 tys. uśpionych botów od 31 października ob­serwuje twitterowe konta wszystkich liderów opinii publicznej w Polsce. Wiecie, co to zna­czy? Że zaczęła się wyborcza wojna infor­macyjna w Polsce!” - napisała na wstępie swojej analizy Anna Mierzyńska, specja­listka od mediów społecznościowych, zajmująca się badaniem przekazu w in­ternecie. Boty to imitujące ruch prawdzi­wych użytkowników automaty, służące m.in. do rozpowszechniania spamu,
szkodliwych linków i dyskredytowa­nia polityków. Mierzyńska prześledziła ruchy na Twitterze z przypadkowych trzech tygodni listopada. Fikcyjne konta, na które trafiła, nie mają nawet zdjęć pro­filowych i żadnych danych o właścicielu. Milczą, nic nie wrzucają, choć z założe­nia Twitter służy przecież do wymiany myśli między użytkownikami. Z reguły są wyposażone w niewielką liczbę ob­serwujących, ale równocześnie to one śledzą dużą liczbę innych profili - do stu kilkudziesięciu kont osób publicznych - dziennikarzy i polityków. W tym Patryka Jakiego i Pawła Trzaskowskie­go, którzy akurat wtedy ujawnili swoje aspiracje do prezydentury w Warszawie.
Ale też konto Donalda Tuska i Grzego­rza Schetyny. Ten ostatni ma już zresztą od jakiegoś czasu armię milczących ob­serwatorów. Z analizy przeprowadzonej przez profil @SocialowaSowa, zajmują­cy się monitoringiem mediów, wynika, że spośród ponad 100 tys. obserwujących konto szefa Platformy prawie połowa (46 tys.) nigdy nie opublikowała żadne­go tweetu. Znaczna część (ponad 39 tys.) nie ma zdjęcia, a prawie wszystkie zosta­ły założone w tym roku. W przypadku kont Trzaskowskiego i Jakiego jest jesz­cze gorzej. Analizy ich profili wykazują, że tylko co dziesiąty z obserwujących je użytkowników internetu nie jest botem.

czwartek, 4 stycznia 2018

Zderzak Kaczyńskiego



Na końcu obranej przez Morawieckiego i PiS drogi znakiem naszej gospodarczej suwerenności będą znów - jak za czasów Gierka - polopiryna i polo cockta, podróbki światowych marek wypuszczane z państwowych fabryk

Sztandarem obozu rządzące­go dziś Polską stał się agre­sywny etatyzm. A piewcą tego etatyzmu jest Mateusz Morawiecki. Każdy dzień przynosi jego nowe deklaracje. Na spon­sorowanym przez spółki skarbu państwa kongresie biznesu zaprzyjaźnionego z władzą ogłasza, że „do organizacji ży­cia gospodarczego nie ma lepszego in­strumentu niż państwo”. Na Pomorskim Kongresie Obywatelskim przypomina, że „kapitał ma narodowość”. W expose zapewnia, że pod jego władzą „państwo wraca do gry na poważnie”.
   Występując już jako premier (z niegdy­siejszym wolnorynkowcem Jarosławem Gowinem u boku), Morawiecki zapowia­da, że za kilka lat Polacy będą kupować polskie lekarstwa, tak jak Niemcy nie­mieckie. Nawet się nie zająknie o tym, że Niemcy mają Bayera i inne firmy, które wydają miliardy euro na badania, wdro­żenia i produkcję nowoczesnych leków. Polskie państwo takich środków nie ma, więc Morawiecki inwestuje w symbol. Ogłasza rychłe powołanie państwowe­go Instytutu Biotechnologii Medycznej, który pozwoli „spolonizować leki”.
   Wygląda na to, że wcześniej czy póź­niej znakiem naszej gospodarczej su­werenności będą znów, jak za czasów Gierka, polopiryna i polo cockta - pod­róbki światowych marek wypuszczane z państwowych fabryk.

środa, 3 stycznia 2018

Na troski Czaskowski



Dla Rafała Trzaskowskiego przyszłoroczny bój o Warszawę będzie największym wyzwaniem w dotychczasowym życiu.

Ogłaszam start, bo inni już wystartowali. Koniec żartów, winter is coming - powiedział Trzaskowski, nawiązując angielskim zwrotem „zima nadchodzi” do słynne­go serialu „Gra o tron”. To brutalna saga o siedmiu rodzinach szlacheckich i ich jedynym celu - władzy. O tym - jak pisał jeden z recenzentów - kogo pozbawi się życia, kto poświęci wszystko, by za­siąść na tronie, a kto w imię honoru weź­mie sprawy w swoje ręce.
   Zwrot „zima nadchodzi” pada w mo­mentach, gdy nadciąga śmiertelne zagrożenie dla bohaterów serialu i ich świata.
- W tej chwili mamy w Polsce taką sy­tuację, jakby szaleniec biegał z brzytwą po ulicach, więc albo próbuje się sta­wić mu czoło, albo człowiek chowa się do piwnicy lub ucieka na działkę - mówi Rafał Trzaskowski. - PiS zawłaszczył już niemal całe państwo. Nie można oddać mu Warszawy. Jak widzę moje miasto, które miałoby się stawać ksenofobiczne, zamknięte, z ocenzurowaną kulturą, z zamkniętymi placami, to się we mnie krew burzy. Nie ma co się zastanawiać, teraz trzeba iść walczyć z PiS - dodaje. Dla 45-letniego Rafała Trzaskowskiego kandydowanie na prezydenta Warszawy po Hannie Gronkiewicz-Waltz to czas pierwszej w życiu prawdziwej politycz­nej próby, co sam przyznaje.

wtorek, 2 stycznia 2018

Jeszcze ogłoszę koniec władzy Kaczyńskiego



Na Facebooku piszę do PiS-owców. Zaczynam przyjaźnie: „Kochany elektoracie PiS” i dalej: „Czy nie wydaje się wam, że prezydent jednak łamie konstytucję?” - aktorka Joanna Szczepkowska, która w 1989 roku ogłosiła koniec komunizmu w Polsce, o tym, jak żyć w czasach PiS

Rozmawia Renata Kim

NEWSWEEK: Ogłosi pani koniec demokracji?
JOANNA SZCZEPKOWSKA: Można ogłosić, ale komu? Tym, któ­rzy to widzą, nie potrzeba ogłaszać. Ci, którzy wolą nie widzieć, nie wysłuchają. A ci, którzy tego nie widzą, powiedzą: wróg ojczy­zny. Tymczasem nie ma już trójpodziału władzy, a jedna partia przejęła kontrolę nawet nad sądami. Nie o taki ustrój walczyliśmy.
Szef MSWiA Mariusz Błaszczak widzi to inaczej: w Polsce dopiero teraz skończył się komunizm.
- Trzeba wyjątkowego cynizmu, żeby coś takiego powiedzieć po przejęciu sądów. Za komunizmu opozycja nie mogła istnieć. A po 1989 roku w Polsce był demokratyczny Sejm, w którym PiS przez wiele lat było legalną opozycją i na dobrych poselskich posadach jakoś nie brzydziło się tych „komunistycznych” pieniędzy.
Bardzo ostro odpisała pani na Facebooku ministrowi Mariuszowi Błaszczakowi.
- A jak inaczej? Oni robią rewolucję, kompletną zmianę ustro­ju w kierunku wschodnich standardów. Nigdy nie powiedziała­bym tak do wyborców PiS, ale polityków nie ma co oszczędzać.
I nazywać ich policyjnymi pieskami? Trzeba Błaszczakowi pisać: „Jedyne, co umiesz, to łasić się i podawać łapę”? Trzeba go nazywać komunistycznym aparatczykiem?
- Umówmy się, że takie słowa są niczym w porównaniu ze słowa­mi, jakimi nazywana jest opozycja. Kiedy protestujemy na uli­cach, nie spieramy się o drobiazgi, tylko o to, czy w Polsce jest łamana konstytucja. Czy jesteśmy wyprowadzani z Unii, czy nie? Czy należymy jeszcze do Zachodu, czy już do Wschodu? Po­lityk, który temu hołduje, ciągnie Polskę w dół i jest szkodni­kiem. Trzeba to mówić wprost.
I z pełną odpowiedzialnością powtórzy pani, że PiS tworzy nową formę komunizmu?
- Tworzenie ustaw nocami, bez konsultacji i naprędce, zamy­kanie ust opozycji, zawłaszczanie przez jedną partię wszystkich instytucji i niszczenie trójpodziału władzy to jest nowa forma komunizmu. Oni używają określenia „totalna opozycja”. Czym w takim razie byli za PO? Czym jeśli nie totalną opozycją?
A kiedy pani się zorientowała, że to nie będzie zwyczajny rząd?
- Kiedy wbrew zapowiedziom wyborczym mianowano Macie­rewicza ministrem obrony i dano mu władzę nad wojskiem. Od tego momentu już widoczny był cynizm, jedynowładztwo Ka­czyńskiego. Od momentu nieopublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaczęło być oczywiste, że to jest po prostu de­montaż państwa. I że tak naprawdę społeczeństwo to nie bar­dzo obchodzi.
Dlaczego?
- Za czasów PRL ludzie też wypierali ze świadomości zniewole­nie, zadowalali się małą stabilizacją, aż przepaść między Polską a Zachodem stała się nie do zniesienia. Na razie społeczeństwo nie jest przejęte problemem demokracji, zwłaszcza jeśli dostaje rekompensaty, na przykład 500+.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Wróżby i zaklęciaSami sobie,Post scriptum,Wanna bez odpływu



Wróżby i zaklęcia

Witamy ten nowy rok prognozami, przepowiednia­mi, wróżbami, spekulacjami. Jak wszyscy w tym czasie ulegamy odruchowi oswajania, czy też zaklinania przyszłości, która ostatnio zrobiła się nieprzyjemnie nieprzewidywalna. Zajrzałem do naszych ubiegłorocz­nych prognoz, żeby sprawdzić, na ile się wtedy myliliśmy, jak bardzo rzeczywistość rozjechała się z ówczesnymi przeczuciami i kalkulacjami. Mówiąc najkrócej: obawy raczej się potwierdziły, nadzieje nie. Przewi­dywaliśmy, co zresztą nie było takie trudne, że po faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego władza spróbuje przejąć kontrolę nad niezawisłymi sądami. Choć nikt się chyba nie spodziewał po drodze wet Andrzeja Dudy i tego, że operacja zajmie cały rok 2017 (właśnie się dopełniła). Mieliśmy pewne nadzieje, że przeciwko jawnemu łamaniu konstytucji zbuntuje się może Jarosław Gowin i że swoją dziesiątką posłów zachwieje sejmową większością. No, okropna naiwność; ale nie my pierwsi ulegliśmy urokowi eleganckiej powierzchowności posła Gowina. Napisaliśmy, że w 2017 r. Jarosław Kaczyński będzie przybliżał się etapami do swojego premierostwa, które obejmie w 2018 r. (?), a „tymczasem będzie trwało męczenie premier Szydło” przy pomocy „rekonstrukcji rządu" W ogóle 2017 r. miał zamknąć - mówiliśmy - pierwszy etap rewolucji, kolonizacji państwa przez aparat PiS, a otworzyć nowy, w którym władza, szykując się do wyborów, „będzie ustawiać się w roli obrońców spokoju i normalności". Tę prognozę pod­trzymujemy, jak to się mówi, w całej rozciągłości.

Rzeczywiście, chyba wszyscy mamy poczucie, że dopiero teraz rozpoczyna się decydująca gra o tron. PiS jest silniejszy, niż był tuż po wyborach, ale daleko mu jeszcze do pełnej kontroli na całym terytorium podbitego kraju. Jeśli nie przejmie dużych miast, ta władza się nie domknie, pozostaną silne, trwałe ogniska oporu, mobilizacji i przyszłej rekonkwisty. Pech dla rządzących, że w trzyletnim cyklu wyborczym pierwsze są wybory samorządowe, do których ich par­tia jest najsłabiej przygotowana, gdzie ma naprzeciw siebie wielu, nie zawsze łatwych do rozpoznania i zaatakowania, konkurentów.
W dodatku jawne próby centralizacji państwa niesłychanie podniosły stawkę i temperaturę tej rozgrywki. Dla dziesiątków tysięcy radnych różnych szczebli, pracowników administracji i sfery budżetowej, lokal­nych działaczy, aktywistów, stowarzyszeń to może być bowiem „bój ostatni" - o prawo do samorządu, o utrzymanie autonomii swoich, jak to się ładnie mówiło, małych ojczyzn.
   2018 nazywamy „Rokiem stulecia”, nie tylko ze względu na przy­padającą w listopadzie setną rocznicę odzyskania niepodległości, ale także dlatego, że w sensie politycznym to najważniejszy, jak dotąd, rok XXI w. Przystępujemy do podejmowania wyborczych decyzji, które określą nie tylko przyszłość, ale i przeszłość naszego kraju. Spodziewamy się niesłychanie nachalnej, agresywnej polityki histo­rycznej, uprawianej przy pomocy całej machiny państwowej, która ma narzucić Polakom interpretację przeszłości jako drogi prowadzą­cej do władzy PiS, będącej zwieńczeniem najlepszych tradycji naro­du polskiego. Każdy z nurtów czy bohaterów polskiej historii, który nie da się wpisać w pisowską narrację, będzie, już jest, dyskredyto­wany, wymazywany. Historyczna propaganda posłuży także - to też już widzimy - podkręcaniu resentymentów antyniemieckich, we­dług od dawna czytelnego przekazu, że Niemcy są tożsame z Unią Europejską (którą kontrolują), a więc prawdziwa niepodległość Pol­ski musi oznaczać wrogość wobec „brukselsko-berlińskiej dyktatury”

niedziela, 31 grudnia 2017

Ktoś musi






Kiedy zaczynali, byli postrzegani jako grupka zwariowanych radykałów. Dziś, na mapie oporu wobec rządów PiS, OBYWATELE RP są jednym z mocniejszych punktów.

Gdy Konrad Korzeniowski po 20 latach wrócił z Kanady, zachwycił się Warszawą - fan­tastyczne, otwarte, europejskie miasto. Szybko jednak przeko­nał się, że stworzył obraz trochę przekolorowany. Ze swoją partnerką Ulą Kitlasz poszedł 1 sierpnia na plac Powstańców Warszawy. Ula przez pamięć o dziadkach bywa tam co roku w rocznicę wybuchu powstania. Na Nowym Świecie natknęli się na marsz narodowców, naładowanych agresją i stadną butą. - Nie potrafię pogo­dzić się z tym, że w moim mieście dzieją się takie rzeczy - mówi Ula. - Targały mną skrajne emocje, byłam rozdygotana i wście­kła. Stałam na krawężniku i płakałam, pa­trząc na nazioli maszerujących przez War­szawę. Rzucona raca oparzyła mnie w szyję.
   Konrad jeszcze z Kanady śledził pol­skie wydarzenia. Wiedział, że w polityce dzieje się nie najlepiej, ale nie był przy­gotowany na takie zderzenie ze ścianą.
- Tego 1 sierpnia coś wybiło i zdzieliło mnie w twarz - mówi. Gdy dowiedzieli się, że dwa tygodnie później Obywatele RP chcą blokować marsz ONR, dołączyli. Wtedy pierwszy raz wynosiła ich policja. Podpisali deklarację nieposłuszeństwa obywatelskiego i od tej pory nie odpuści­li chyba żadnej pikiety, akcji czy demon­stracji. Konrad ma już pierwsze zarzuty - o forsowanie policyjnych barierek. Za­rzuty za blokowanie marszu ONR i Mar­szu Niepodległości 11 listopada pewnie dostaną oboje. - Wcześniej jako wolne elektrony chodziliśmy na marsze KOD, ale poczuliśmy, że festiwal się skończył; że trze­ba robić coś więcej. W Obywatelach RP jest ta sama determinacja. Siła spokoju połą­czona z ułańską fantazją. Wiem, że to, co robimy, czasem wygląda desperacko, dla niektórych może śmiesznie, ale tu chodzi o fundamentalne prawa i zasady. Nie wol­no nie robić nic - deklaruje Ula.
    „Mokro, zimno, pi... jak w Kieleckiem, a grupka jakichś dziwadeł łazi po ulicach z wielkimi biało-czerwonymi. Drą się coś o wolności, równości i demokracji. Jak jednego policja zapakuje bez powodu do suki, inni blokują ją, siadając w kału­żach. W przerwach napieprzają w barierki, które »są tylko w waszych głowach« [jed­no z haseł skandowanych pod Sejmem]. Kolejny czas »kołatania do waszych serc«. W Polsce to norma. Dlatego: zero fru­stracji. Robimy swoje. Ktoś, motyla noga, musi” - napisał Kajetan Wróblewski z za­przyjaźnionego stowarzyszenia Obywatele Solidarnie w Akcji.

sobota, 30 grudnia 2017

Normalnie, że aż strach



„Dobra zmiana", poza tym, że z dnia na dzień coraz lepsza, jest również najnormalniejszą zmianą pod słońcem. PiS codziennie odgrywa przed nami spektakl tej normalności. Kiedyś jednak sztuka spadnie z afisza.

Tak jak zapowiadał szef klubu PiS Ryszard Terlecki, Sejm „procedował” nad prezydenc­kimi projektami ustaw o Są­dzie Najwyższym i Krajowej Radzie Sądownictwa nad wyraz szybko i sprawnie. Aż miło było oglądać, jak przodownicy legislacyjnej pracy z partii rządzącej uwijali się przy robocie.
   Na tempo procedowania bez wątpienia wpłynęło to, że czas wystąpień poselskich na sejmowej komisji sprawiedliwości ogra­niczono do jednej minuty. Nie było prze­cież sensu ciągnąć dyskusji. Bez względu na argumenty wszystkie poprawki zgło­szone przez PiS i tak zostałyby przyjęte. A wszystkie poprawki opozycji z góry prze­cież nadawały się do odrzucenia. Proceduralności i tak było zbyt wiele, gdy cały ten nikomu niepotrzebny szmelc trzeba było po kolei głosować. Procedowane projek­ty były zresztą efektem kompromisu, tyle że zawartego przez PiS i prezydenta Dudę. Po cóż do tego włączać sprzeciwiającą się jakimkolwiek zmianom totalną opozycję?
   Przy okazji odrzucony został wniosek o wysłuchanie publiczne. Teoretycznie istniała przesłanka, aby takie wysłuchanie zorganizować; procedowania w Sejmie nie poprzedzały bowiem konsultacje społecz­ne. Tyle że ustawodawca nie miał przecież takiego obowiązku, wszystko więc odbyło się zgodnie z prawem. Zresztą przedsta­wiciele obecnej KRS uczestniczyli w po­siedzeniu sejmowej komisji i mieli możli­wość wyrażenia swojej opinii (jeśli akurat przewodniczący komisji poseł Piotrowicz nie wyłączał im mikrofonu).