PiS - konstytucja 2010.pdf

piątek, 25 maja 2018

Ksiądz dobrodziej na włościach



 pałac głódź

Arcybiskup Sławoj Leszek Głodź szykuje się do emerytury w rodzinnej wsi Bobrówka. Czeka tam na niego dwudziesto hektarowa posiadłość z pałacem. A także oddani mieszkańcy

Elżbieta Turlej

Obcych w Bobrówce wyczują na kilometr. Wystarczy, że zajadą do sklepu prowadzo­nego przez bratanka arcybiskupa, a już po wsi idzie wieść, że są. Przyjechali szkodzić.
   - A niby po co tu jesteście?! - wypytuje obcego miejscowy, zajeżdżając mu dro­gę samochodem, wychodząc na asfalt albo pokrzykując zza płotu.
   I obcy nie ma szansy odpowiedzieć, bo swój już wie: - Chcecie zniszczyć spokój arcybiskupa, metropolity gdańskiego Sławoja Leszka Głódzia! Naszego dobrodzieja!
   Swój nie ma wątpliwości, że licząca czterysta dusz podlaska Bobrówka jest znana w całym kraju jako rodzinna wieś byłe­go biskupa polowego Wojska Polskiego. Obcy potrzebuje czasu, żeby zrozumieć, że tu wszystko ma o tym przypominać.
   I to już od wjazdu do wsi, zaznaczonego drewnianym słupem z herbem Bobrówki. Wymyślili go swoi, a arcybiskup jako sołtys honorowy pobłogosławił. W herbie jest przypominający o nim pastorał. Są też dwa kłosy sygnalizujące jego zamiłowanie do uprawy ziemi. I bóbr. Wiadomo - od nazwy wsi.
   Nikomu nie przeszkadza, że wieś nigdy nie była szlachecka - w odróżnieniu np. od sąsiedzkiego Wrócenia. A skoro nie była, to ten herb się tak naprawdę „nie liczy”. Liczy się za to uśmiech wjeżdżającego do wsi dobrodzieja.
A dobrodziej przyjeżdża do rodzinnej Bob­rówki nawet kilka razy w miesiącu i zapowiada, że osiądzie tu na emeryturze. Na razie przywo­żą go z Gdańska służbowe samochody, których nazw swoi nie są w stanie spamiętać. Limuzy­ny gnają z powrotem na Pomorze, a dobrodziej już kilka godzin po przyjeździe rusza w wieś jeepem cherokee.
   Zauważa wszystko: komu przybyło na go­spodarstwie, komu ubyło. Jego gospodarskie oko wyłapie, czyj ogród przy domu rozkwita, a czyj podupada. Ten, komu rozkwita, dosta­nie potem od dobrodzieja nagrodę, ten, komu podupada - radę, żeby więcej się starał. Nie tyl­ko dla siebie, lecz także dla znamienitych gości.
A ci, odkąd Sławoj Leszek został biskupem polowym Wojska Polskiego, bywają tu regularnie.
   Swoi najbardziej zapamiętali prezydenta Aleksandra Kwaś­niewskiego, który przylatywał tu helikopterem i spotykał się z ar­cybiskupem w jego letniej rezydencji w Kolonii Bobrówka.

czwartek, 24 maja 2018

Globalne wybory lokalne



W wyborach samorządowych chodzi o ścieżki rowerowe, żłobki i wodociągi, ale przede wszystkim o krajową politykę. W tym roku bardziej niż kiedykolwiek. PiS to rozumie, druga strona, jak pokazuje trwająca już nieformalna kampania, na razie słabo.

To będą pierwsze wybory od feralnego dla liberal­no-demokratycznych formacji 2015 r. Przez ten czas PiS przejął państwo niemal w całości, robił, co chciał. Pozostały już tylko samorządy, których partia Kaczyńskiego jeszcze nie ma i w dodatku nie lubi, bo odstają od jej centralistycznej wizji kraju, są według niej siedliskiem „układów i korupcji”. Dlatego mają być podporządkowane władzy, która będzie wreszcie całkowicie jednolita (z trójpodziałem PiS już sobie poradził).
   Jeśli jest jeszcze jakakolwiek niezależna od partii rządzącej po­lityka społeczna, finansowa, kulturalna, zdrowotna, edukacyjna, muzealna, to szukać jej można już tylko w województwach, po­wiatach, większych miastach. Wygrana PiS w jesiennych wyborach oznaczałaby, że już dokładnie cała władza i wszystkie publiczne pieniądze znajdą się w rękach jednego ugrupowania, jednej ideologii, wręcz jednego człowieka. Druga strona nie będzie miała nic. Niezależna przestrzeń publiczna, już dzisiaj nieduża, zniknie.

środa, 23 maja 2018

Delfiny w mętnej wodzie



Jarosław Kaczyński jesienią nie wziął teki premiera, wiosną okazało się, że musi przejść operację kolana. Nad polską polityką, rządzącymi, ale też opozycją, zawisło pytanie: „co będzie, gdy prezes przejdzie na emeryturę?" A nawet jeśli stanie się trochę mniej wszechwładny?

Mniej więcej rok temu po­lityk z władz PiS, spytany o to, co by się stało z partią w razie odejścia na emery­turę Jarosława Kaczyńskie­go, odpowiedział zaskakująco i brutalnie: „Rozejdzie się jak stare gacie”.
   Oficjalnie politycy PiS w ogóle o czymś takim jak sukcesja po Kaczyńskim nie myślą. - Zapewniam, że JK nie wybiera się na żadną emeryturę, a wszystkie del­finy czy inne podstarzałe wilczki jeszcze będą musiały sobie długo poczekać - na­pisał w esemesie zagadnięty o to Joachim Brudziński, człowiek nr 2 w PiS. Sam prezes nieraz zbywał pytania o swój wiek przykładem kanclerza Niemiec Konrada Adenauera, który rządził niemal do dziewięćdziesiątki. Rozmówca POLITYKI wspomina z kolei, że Kaczyński z niejaką satysfakcją śledził pojedynek wyborczy w USA, gdzie w 2016 r. o prezydenturę walczyli starsi od niego Donald Trump i Hillary Clinton.
   Jednak dziś, gdy 69-letniego Kaczyńskie­go czeka długa rehabilitacja po operacji ko­lana, powraca zagadnienie konsekwencji jego ewentualnej emerytury nie tylko dla PiS, lecz dla całej sceny politycznej. Jeśli bo­wiem rację mają ci wszyscy, którzy głoszą wielkość i wyjątkowość prezesa oraz jego niepodzielną dominację nad otoczeniem, to trudno nie zadać sobie kilku pytań: czy jest w PiS lub okolicach ktoś, kto mógłby go zastąpić? Czy taki następca utrzymałby jedność prawicy? Czy emerytura Kaczyńskiego rykoszetem trafiłaby Platformę? A jeśli tak by się stało, to jakie podziały wyłonią się wraz z końcem wojny PO z PiS?

wtorek, 22 maja 2018

Wygaszanie Sejmu



Polski parlament zamienił się w oblężoną twierdzę, do której obywatele nie mają dostępu. PiS wprowadza sejmowy stan wyjątkowy

Renata Grochal, Aleksandra Pawlicka

Poniedziałkowe popołudnie. Na Wiejską zajeżdża delegacja z premierem Węgier Viktorem Orbanem. Barierki szczelnie od­gradzają Sejm od ulicy. Terenu pilnują policjanci.
   - Jak mija służba? - pytamy jednego z nich.
   - Od grudnia mamy tu stałe dyżury, ale dziś jest spokojnie. Jak są manifestacje, to temperatura się podnosi - odpowiada.
   Po sejmowym dziedzińcu spacerują strażnicy z bronią i pa­ralizatorami. Od lutego straż marszałkowska ma uprawnie­nia służb mundurowych - może przeszukiwać, zatrzymywać, nagrywać, a nawet użyć ostrej amunicji. Liczbę pracowników zwiększono ze 160 do 290.
   Orban musi być zdziwiony, bo gmach parlamentu w Budapeszcie nie jest ogro­dzony. Wtapia się w zabytkową architektu­rę nad Dunajem, a turyści mogą nie tylko podziwiać zabudowania z zewnątrz, ale na­wet wejść do sali obrad.
   Kiedyś między budynkami polskiego parlamentu też mogli spacerować prze­chodnie, teren był otwarty. Odkąd PiS do­szło do władzy, zaczęto go zamykać. Po blokadzie Sejmu przez opozycję w grudniu 2016 roku i masowych protestach przed parlamentem w sprawie sądów Sejm od­izolowano na stałe podwójnym rzędem barierek.
Orban nie wchodzi głównym wejściem, lecz przez Senat. Idzie raźnym krokiem do gabinetu marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego.
   - Wprowadzili Orbana bocznym wej­ściem, żeby nie przechodził koło pro­testujących niepełnosprawnych i ich opiekunów. Mieli przygotowane kartki z napisami po węgiersku „zapraszamy na rozmowy” - opowiada jeden z korespon­dentów parlamentarnych.
   Gdy kilka dni wcześniej w parlamen­cie gościł prezydent Czech, marszałek Kuchciński spotkał się z nim w Senacie. Nie chciał, żeby Milos Zeman widział poroz­wieszane przez protestujących ręczniki i posłania rozłożone na posadzce tuż przy sali plenarnej.

poniedziałek, 21 maja 2018

Pycha i Siła




Wszystko wskazuje na to, że rząd PiS nie zamierza spełnić postulatów protestujących w Sejmie niepełnosprawnych i ich matek. Stosuje strategię na przetrzymanie, choć propagandowe koszty rosną. Dlaczego?

Czemu PiS zdecydowało się na eskalację konfliktu z niepełnosprawnymi, za­miast szukać kompromi­su? Na ile taka strategia bierze się z przemyślanej kalkulacji po­litycznych zysków i strat, a na ile ze spe­cyficznej kultury korporacyjnej Prawa i Sprawiedliwości, która nie pozwala na ustępstwa wobec żądań, co najwyżej do­puszcza spełnienie pokornych próśb?
   Tymczasem protest niepełnospraw­nych przynosi partii rządzącej coraz po­ważniejsze straty

HIPOKRYZJA
Po pierwsze, PiS naraża się na za­rzut hipokryzji. Łatwo przypomnieć wypowiedzi prominentnych działaczy partii z czasów, gdy sami byli w opo­zycji, a niepełnosprawni protestowali przeciw rządowi PO i PSL - w ten sam sposób, w tym samym miejscu i w spra­wie podobnych postulatów. „Rząd na własne życzenie zorganizował sobie ak­cję protestacyjną. To wasza wina, że na korytarzach sejmowych leżą dziś chore dzieci. To państwa nieodpowiedzialna, nieprzemyślana polityka w stosunku do osób niepełnosprawnych skutkuje dzisiaj takimi nastrojami społecznymi i takimi emocjami”. Tak mówiła w 2014 roku obecna minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbieta Rafalska. Dzisiaj ten cytat jak ulał pasuje do niej samej.
   Gdy Andrzej Duda postanowił zosta­wić swoje partyjne koleżanki i kolegów na spalonym, a przy okazji zbić trochę własnego kapitału politycznego i jako pierwszy wybrał się z wizytą do prote­stujących, musiał przejść przez praw­dziwe piekło upokorzenia, gdy jedna z matek odtworzyła mu jego włas­ne wystąpienie z kampanii wyborczej: „To wstyd, że państwo polskie nie tyl­ko o takie rodziny nie dba, ale wręcz je oszukuje. Nie zawaham się użyć mocne­go słowa: ci którzy wychowują, ci którzy opiekują się, poświęcając często swoje życie, nie tylko zawodowe, swoimi nie­pełnosprawnymi dziećmi, to bohatero­wie w każdym społeczeństwie i państwo polskie też ich tak powinno postrzegać.
Oni potrzebują wsparcia ze strony pań­stwa, ale nie powinni tego wsparcia ani się domagać, ani o nie prosić. Uczci­wi politycy sami im powinni to wspar­cie dać”.
   Jedyne, na co w tej sytuacji było stać Andrzeja Dudę, to nieme kiwanie gło­wą. Film z tego wydarzenia bije rekor­dy popularności. Jego oglądalność zbliża się do miliona, nie przysparzając głowie państwa popularności.
   Takie cytaty podważają legitymizację obecnej ekipy opartą na obietnicy reali­zacji wyższych standardów moralnych. To postulaty odzyskania godności przez zwykłego człowieka, wstawania z ko­lan i aktywnej polityki społecznej miały różnić socjalną prawicę od nieczułych liberałów z PO. I oto protest, jaki swe­go czasu Donald Tusk - propagandowy symbol zła, człowiek o „wilczym spoj­rzeniu” - był w stanie rozwiązać w cią­gu 17 dni, dziś, za rządów dobrej zmiany, ciągnie się ponad miesiąc. Wygląda to fatalnie.

niedziela, 20 maja 2018

Koniec dobrej zmiany?



Na bliskich władzy forach pojawiła się myśl: coraz bardziej widać, że wraz z odejściem Beaty Szydło z funkcji premiera „dobra zmiana" jako polityczny etap, zakończyła się. To może i prawda, choć dla niePiSu niekoniecznie optymistyczna.

Rządy Beaty Szydło były prostą kontynuacją kampanii wyborczej z 2015 r. Sprowadza­ły się do finansowania obietnic w rodzaju 500+ czy skrócenia wieku emerytalnego, ale przede wszystkim do zmian ustrojowych oraz ostrej antyeuropejskiej i antyuchodźczej retoryki. Był to czas zasadniczej kon­frontacji, walki z Trybunałem Konstytucyj­nym, sądownictwem, Komisją Europejską.
PiS przejął media publiczne, spacyfikował wiele innych instytucji, wstępnie pogonił i obrzucił obelgami elity, prowadził ostrą antyaborcyjną krucjatę, wciąż dawał nadzieję na smoleński zamach.
   Wyborcy PiS byli wniebowzięci. Mówienie o „naszej Beacie” nie wynikało tylko z jej swojskości, ale z faktu, że za jej premie­rostwa było dokładnie tak, jak wyborcy PiS oczekiwali: twardo, jednoznacznie, według wyborczego programu. Tego realnego, który rozumieli ci lepiej zorientowani, bo była jeszcze wersja dla początkujących, jak się okazało bardzo wydajna. To były właśnie te najważniejsze spełnione obietnice.

sobota, 19 maja 2018

Mr Demolka,Kogo zastrzeli pani Wanda?,Utykanie,Chrystus odcięty,Dwa majowe dni,Okrucieństwo w majestacie prawa i Pisz pan dla Wojtka



Mr Demolka

To, co Polsce robi Jarosław Kaczyński, światu robi Donald Trump. To pierwsze zasłania nam to dru­gie, a niesłusznie.
   Podczas gdy PiS niszczy wszelkie owoce dyploma­tycznych sukcesów Polski z pierwszego ćwierćwiecza po 1989 roku, Trump demoluje już nie tylko fundamenty ame­rykańskiej polityki zagranicznej, lecz także całego świato­wego porządku. Motyw w obu przypadkach jest nie przez przypadek bliźniaczo podobny. Kaczyński w niszczyciel­skim szale chce unicestwić wszystko, co zrobili poprzedni­cy, szczególnie Donald Tusk. Trump podobnie, tyle że jemu najbardziej zależy na zniszczeniu osiągnięć Baracka Obamy.
O ile jednak Kaczyński jest równie skuteczny w demolce wewnątrzpolskiej, co międzynarodowej, o tyle Trump z demol­ką wewnątrzamerykańską sobie nie radzi, skupia się więc na niszczeniu, czego się da, w kwestiach zagranicznych.
   8 maja amerykański prezydent zapowiedział wycofanie się Stanów Zjednoczonych z porozumienia z Iranem, prze­widującego wstrzymanie irańskiego programu nuklearnego w zamian za złagodzenie zachodnich sankcji wobec Tehera­nu. Nikt nigdy nie twierdził, że porozumienie jest idealne. Nie jest. Jak to kompromis. Pytanie, czy pod ręką albo w zasięgu ręki jest jakiekolwiek inne. Otóż nie ma.
   Gdy porozumienie zawierano, Iran był trzy miesiące przed realizacją swych nuklearnych ambicji. Teraz jest od tego o rok. Niewielka różnica? Bardzo wielka, bo alternatywa jest dużo gorsza. Do tego porozumienie ma wielką, niepodważal­ną zaletę. Otóż Iran je respektuje. W praktyce sytuacja dzię­ki porozumieniu wyglądała tak - program nuklearny został wstrzymany, sankcje niemal zniesione, Iran - przynajmniej w kontekście planów jądrowych - stał się przewidywalnym graczem na międzynarodowej scenie, twardogłowi w Tehe­ranie zostali osłabieni, a ci nastawieni bardziej liberalnie, jak prezydent Rouhani - wzmocnieni. Dla świata, który ma na głowie naprawdę całkiem sporo problemów, ten jeden przy­najmniej na kilka lat wydawał się rozwiązany.

piątek, 18 maja 2018

Siła teflonu



Tajemnicą bezkarności tej władzy jest umiejętność wyjątkowo brutalnego niszczenia solidarności społecznej Polaków. Każde protestujące środowisko przedstawia się jako elitę, której los powinien być obojętny zwykłym szarym ludziom. Ostatnio elitą stali się nawet niepełnosprawni i ich opiekunowie

Andrzej Celiński, weteran opozycji demokratycznej z czasów PRL, pamiętają­cy czasy, kiedy przeciw­ko władzy buntowali się nieliczni, podczas gdy miliony wybiera­ły potulny oportunizm, powiedział nie­dawno: „Polska ruszy przeciwko PiS, kiedy zabraknie kiełbasy”. Przemawiało przez niego rozgoryczenie, ale faktycznie - analogie z dawnym ustrojem stają się aż za bardzo wyraźne. Korumpowanie jed­nych, zastraszanie drugich, bezwstydne uwłaszczanie się działaczy rządzącej par­tii na publicznym majątku. A wszystko to przy wtórze wyjątkowo agresywnej pro­pagandy, która ma odizolować protestują­ce czarne owce od reszty potulnego stada.
   Dlaczego akurat tej władzy uchodzą bezkarnie czyny i słowa, które pogrąży­łyby każdą inną ekipę rządzącą Polską po roku 1989?

czwartek, 17 maja 2018

Jaki nie chce draki



Komisja do spraw reprywatyzacji w War­szawie pod przewodnictwem Patryka Ja­kiego nie sprawdza postępowań roszcze­niowych, które przeprowadzono w cza­sach, gdy Lech Kaczyński był prezyden­tem Warszawy Dlaczego? PiS ma powód, żeby te dokumenty nie wyszły na jaw.
   W lutym 2000 r. do Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast (UMiRM) wpłynął wniosek mecenasa Jana Stachury reprezentującego rze­komych spadkobierców w sprawie odzyskania nieruchomości przy ul. Tarczyńskiej 14 w War­szawie. Jest to nieruchomość wspólna na terenie, na którym stoi Hotel Sobieski.

środa, 16 maja 2018

Milioner na służbie



Jednemu z oficerów Służby Kontrwywiadu Wojskowego przyznano wynagrodzenie za lata, gdy w niej nie pracował. Chodzi o co najmniej 1,3 mln zł, czyli niemal tyle, ile wyniosły nagrody dla ministrów w 2017 r. Chodzi też o to, że to znajomy Antoniego Macierewicza.

Były wysoki rangą oficer Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego irytuje się: - To nie miało prawa się stać, bo jest to jawna kpina z prawa. Nie przypominam sobie o przypadku nawet zbliżonego do tej sprawy. Chodzi o sprawę płk. Piotra B., 45-latka, który zawdzięcza swoją zaskakującą karierę w SKW Antoniemu Macierewiczowi i jego bliskiemu współpracownikowi Piotrowi Bączkowi, w latach 2015-18 szefowi tej służby. Według naszych informacji, po­twierdzonych w wiarygodnych źródłach, B., oficer SKW i do niedawna jeden z me­nedżerów w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, miał dostać około 1,3 mln zł. To prawie tyle, ile premier Beata Szydło przyzna­ła sobie i wszystkim swoim ministrom w formie nagród za 2017 r. (wyniosły one 1,5 mln zł). Z tą różnicą, że w przypadku nagród dla rządu naruszone zostały za­sady przyzwoitości, a w przypadku wy­płaty dla B. co najmniej nagięto prawo.
   O ile nie złamano, bo funkcjonariusz dostał pieniądze jako zaległe wynagro­dzenie za lata, gdy w SKW nie pracował.

wtorek, 15 maja 2018

Polska na kolanie



Gdy Jarosław Kaczyński ma kontuzję kolana, PiS ogarnia paraliż. A młode wilki prawicy ustawiają się do wyścigu o sukcesję, bo czują, że prezes słabnie

Renata Grochal

Do końca wakacji prezes nie wróci już do objazdu po kraju. Będzie miał operację, a później czeka go długa rehabilitacja. Dla nas lepiej, żeby zrobił to teraz, a nie przed wyborami parlamentarnymi, bo wybory samorządowe nie są takie ważne - mówi mi jeden z najbliższych doradców Jarosława Kaczyńskiego.
   O tym, że sprawa jest poważna, świadczy fakt, iż Kaczyński w długi majowy weekend odwołał spotkanie z wyborcami w Gar­wolinie. Musiał jechać za niego premier Morawiecki. Po blamażu z premiami dla ministrów Kaczyński z innymi politykami PiS za­czął objazd po kraju. W najbliższych miesiącach mieli odwiedzić 600-700 miejsc. Ale po wyjeździe do Trzcianki stan zdrowia pre­zesa się pogorszył, musiał położyć się do szpitala.
   Kiedyś prezes zaliczał 40-50 wyjazdów w ciągu roku, ale od wy­borów parlamentarnych jeździł mniej, bo coraz częściej źle się czuł.
   - Kaczyńskiego i Putina dzielą zaledwie trzy lata. Ale Putin to judoka, trenuje, pływa, ciągle jest w świetnej kondycji. Dopiero na jego tle widać, jak bardzo Kaczyński wciągu ostatniego roku posu­nął się w latach - kreśli dość specyficzne porównanie polityk PiS.
   Od roku Kaczyńskiego bardzo bolała noga. W kolanie wytar­ła mu się chrząstka stawowa. Zdarzało się, że musiał przerywać spotkania, bo nie mógł wysiedzieć ze zgiętą nogą. Już rok temu lekarze doradzali mu operację kolana, ale się nie zgodził. To by oznaczało wyłączenie się z polityki na 2-3 miesiące, a tego sobie nie wyobrażał.
   Jednak jesienią ubiegłego roku przyszedł kryzys i ból się nasi­lił. To dlatego w listopadzie Kaczyński zdecydował, że nie zosta­nie premierem i wskazał Morawieckiego.

poniedziałek, 14 maja 2018

Wina Smoleńska



Zostałem skazany, bo ktoś musiał beknąć, ale Smoleńsk się dla mnie nie skończył. Dziś płaci za niego moja rodzina - mówi były wiceszef BOR gen. Paweł Bielawny,  w pierwszym wywiadzie od czasu katastrofy.

Wojciech Cieśla

Newsweek: To pan odpowiada za Smoleńsk?
Gen. Paweł Bielawny: Oficjalnie tak. Jestem byłym wiceszefem BOR, jedynym człowiekiem skazanym pra­womocnym wyrokiem za Smoleńsk. Dwa lata temu, po częściowo niejaw­nym procesie, dostałem półtora roku w zawieszeniu.
Za co?
- Za niedopełnienie obowiązków, czym miałem spowodować zagrożenie dla ochrony prezydenta i premiera. I jeszcze za poświadczenie niepraw­dy, bo jeden z dziennikarzy, foto­graf, omyłkowo znalazł się na liście BOR-owców.
Jestem oficerem, przyjmuję wyroki sądów, ale to nie znaczy, że się z nimi zgadzam. Sąd skazał mnie niejako w zastępstwie - przede wszystkim za to, że mimo informacji o wyłączeniu z użytkowania lotniska w Smoleńsku i złych warunkach technicznych BOR nie dostosowało się do sytuacji. Tyle że wcześniej tę fatalną sytuację na Siewiernym znali urzędnicy kancela­rii premiera i prezydenta, MSZ. Wie­dząc, że samolot w ogóle nie powinien tam lądować, urzędnicy i politycy po­stawili pilotów i BOR w sytuacji bez wyjścia. Mimo to żaden z nich nie do­stał prokuratorskich zarzutów.
Może to wyrok za to, że BOR nie chroniło dobrze prezydenta Kaczyńskiego? Że go zlekceważyło?
To bzdura. Wie pan, od lat nie udzie­lałem wywiadów. Dziś też nie wszyst­ko mogę powiedzieć, bo Smoleńsk to w dużej mierze sprawy niejawne, 80 proc. dokumentów z procesu ma klauzulę poufności. Latami spokojnie łykałem narrację, że BOR w jakiś spo­sób przyczyniło się do katastrofy, bo nie miałem jak się bronić. Dwa słowa za dużo i zrobią mi kolejną sprawę o ujaw­nianie dokumentów niejawnych. Ale dziś uważam, że trzeba zacząć mówić. Trzeba odkłamać to, co dziś narzuca się w opowieści o Smoleńsku.
Kiedy dotarło do pana, że to pan odpowie za Smoleńsk?
Już 10 kwietnia wiedziałem, że za chwilę się zacznie. Że będą nas roz­mieniać na drobne, szukać dokumen­tu, podpisu, czy gdzieś nie ma luki. W prawicowej prasie pojawiły się ata­ki na BOR - że nie było nas na lotnisku, że prezydent nie miał ochrony. Zaczą­łem odbierać wezwania do prokuratu­ry, pierwsze zeznania składałem jako świadek. Nie miałem doświadcze­nia, nie chodziłem tam z adwokatem. I to był błąd. Nikt mi nie powiedział: masz takie prawa, możesz odpowie­dzieć tak i tak. Wiedziałem, że będzie­my pod ostrzałem, ale wydawało mi się, że w pierwszej kolejności odwo­łają nas ze stanowisk, że będzie czystka w BOR i w innych służbach. Że rząd też się poda do dymisji. Nic takiego się nie stało.

niedziela, 13 maja 2018

Zamrażanie



Dla sędziów sprawa Krzysztofa S, jest elementem antysędziowskiej kampanii PiS. A to, jak był traktowany w areszcie, odbierają jako ostrzeżenie ze strony władzy pod ich adresem.

W ubiegłym roku, 13 grud­nia, media obiegły zdję­cia byłego prezesa Sądu Apelacyjnego w Krakowie Krzysztofa S., prowadzo­nego w kajdankach na pierwszą rozprawę w sądzie. „Pobyt w areszcie zupełnie zmie­nił wygląd Krzysztofa S. Jeszcze niedaw­no, udzielając telewizyjnych wywiadów, prezentował się elegancko, zawsze w gar­niturze i pod krawatem . Teraz trudno go poznać” - donosił „Fakt”. Zdjęcie przed­stawia zarośniętego mężczyznę w jean­sach, podkoszulku i granatowej kurtce, idącego sądowym korytarzem z rękami skutymi do tyłu, w asyście policjantów.
   Wśród krakowskich sędziów poszła plot­ka, że w więzieniu stracił zęby. Plotka jest prawdą. Następnie okazało się: że b. pre­zes i sędzia Krzysztof S. jest przy każdym wyjściu i powrocie do celi poddawany osobistemu przeszukaniu. Osobiste prze­szukanie tak opisuje rozporządzenie mi­nistra sprawiedliwości: „osoba osadzona obowiązana jest opróżnić kieszenie, zdjąć obuwie, odzież oraz bieliznę, które to rze­czy poddaje się kontroli. Funkcjonariusz dokonuje oględzin jamy ustnej, nosa, uszu, włosów oraz oględzin ciała, które mogą po­legać również na pochyleniu lub przykuc­nięciu w celu sprawdzenia okolic odbytu i genitaliów”.
   Sprawą Krzysztofa S. minister sprawie­dliwości Zbigniew Ziobro oraz PiS uzasad­niają konieczność zwiększenia nadzoru ministra nad sądami i sędziami oraz nowe postępowanie dyscyplinarne, które ma się toczyć w specjalnie dobranej Izbie Dyscy­plinarnej Sądu Najwyższego.
   W lipcu zeszłego roku w Sejmie, podczas debaty nad ustawą o Sądzie Najwyższym, minister-prokurator generalny Zbigniew Ziobro mówił: „Wykryłem jako minister sprawiedliwości wspólnie z panem mi­nistrem Jakim aferę, wielką aferę korup­cyjną w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie, która toczyła się przez lata i doprowadzi­ła do tego, że miliony złotych polskiego podatnika były wyprowadzane. Z czyim udziałem? Jednego z najważniejszych sę­dziów w polskim sądownictwie powszechnym, prezesa sądu apelacyjnego, który teraz został na skutek działań prokuratu­ry, którą nadzoruję, tymczasowo areszto­wany i mam nadzieję, że będzie ukarany za te działania, które podjął”.

sobota, 12 maja 2018

Siła i dyshonor,Kasandrowski,Wróg jest poważny,Beznadziejnie zapętleni w Smoleńsk,Szklana niepogoda dla Magdaleny Ogórek,Panie prezydencie,Funkcjonariusze, Polacy przede wszystkim zasługują na to, by obecna konstytucja była przestrzegana,Coming out,Unia odpuszcza?,Leslie Nielsen na prezydenta!,Jeden pan,Gorzkie gody i Granice mniejszego zła



Siła i dyshonor

Prawo i Sprawiedliwość oczywiście nie nazwie nie­pełnosprawnych gorszym sortem. Ale nie musi. Wystarczy, że traktuje ich jak gorszy sort.
   Partia PiS lubi siłę i silnych. Siła może, a nawet powinna mieć ogolony łeb, wielkie karczycho i T-shirt, na przykład z napisem „śmierć wrogom ojczyzny”. Partia PiS do takich obywateli się przymila i takich głaszcze. Albo ich ochrania, także wtedy, gdy na T-shirtach są gotycko pisane dwie literki „S”. Gdy więc państwowa policja takich delikwentów ochra­niała przed obywatelami-awanturnikami, w Sejmie niepeł­nosprawni leżeli pokotem w kilkudziesięciostopniowym upale.
   Owa asymetria nie powinna nikogo dziwić, bo wcale nie jest przypadkowa. Ta władza zdecydowanie woli osiłków niż niepełnosprawnych. Woli pałki i kastety od wózków inwa­lidzkich. Tc pierwsze mogą w końcu pomóc walczyć o wła­dzę i o jej utrzymanie. Te drugie to tylko kłopot i roszczenia.
   Ostatnie dni pokazują coś niezwykłego - oto władza, ma­jąca od lat buzię pełną frazesów o „zwykłych ludziach”, na niepełnosprawnych się ostentacyjnie wypina. Pytanie, czy niesprawność czyni ich mniej zwykłymi niż trzeba, czy też zwykłymi inaczej niż trzeba. W każdym razie niepełno­sprawni władzę denerwują. Przypomnijmy, że jakiś czas temu chciała ona pozbawić ich możliwości głosowania ko­respondencyjnego, czyli wielu z nich po prostu pozbawić praw obywatelskich. Władza po licznych protestach uległa, ale zniewagi nie zapomniała. W końcu co to za władza, która ulega ludziom na wózkach? Jak można ją szanować i uzna­wać za silną? Władza, której naczelny przedstawiciel mówi o niej, że to „pany”, nie może ulegać słabym, a tym bardziej najsłabszym. Może, owszem, bronić nienarodzonych, ale nie narodzonych, gdy nie są w swym zdrowiu dość pańscy. Wi­dzimy więc, że ludzie władzy nie tylko nie odczuwają wobec niepełnosprawnych żadnej empatii, ale owego braku em­patii nawet nie kryją. Więcej, oni manifestują swą irytację i wściekłość, że ci wciąż pętają się im pod nogami. Ach, jak chciałoby się na nich, jak na innych przedstawicieli gorszego sortu, nasłać policję albo dyżurnych prokuratorów, a tu jed­nak trzeba się mitygować.

piątek, 11 maja 2018

Szkoła religijna



Jasełka, przygotowania do komunii, wspólne wyjścia na rekolekcje i ksiądz na ważnych uroczystościach - czyli jak polska szkoła przestała być świecka

Renata Kim, Anna Szulc

Poznańscy artyści Monika i Hubert Wińczykowie zrobili ten happening dwa tygo­dnie przed Wielkanocą: wystawili ławkę przed kościołem i przeprowadzili lekcje ze swoją córką Kiką. Były matematyka, ję­zyk polski oraz języki obce, przeplatane ćwiczeniami z WF na rozgrzewkę. Prze­chodniom, którzy zatrzymywali się przy ławce, tłumaczyli, dlaczego protestują.
   - Kilka dni wcześniej Kika wróciła ze szkoły i powiedzia­ła, że musimy jej napisać usprawiedliwienie nieobecności na rekolekcjach. A przecież ona nie jest nawet zapisana na religię, więc nie chodzi na rekolekcje. Napisaliśmy do wy­chowawczyni, że usprawiedliwianie nieobecności to forma dyskryminacji - tłumaczy Monika Wińczyk.
   Wychowawczyni odpisała grzecznie, że nie dyskryminuje Kiki, ale godziny muszą być usprawiedliwione, bo córka bę­dzie na rekolekcjach nieobecna. Wińczykowie uznali, że to absurdalne, bo to szkoła odwołała zajęcia. Wtedy wymyślili swój happening. A kiedy napisała o tym prasa, zaczęli dosta­wać mnóstwo listów.
   Na przykład od kobiety z niewielkiego miasta, która napisała, że jej 13-letnia córka nie chodzi na religię, a dyrektor szkoły od­mówił zorganizowania lekcji etyki, tłumacząc, że nie może tego zrobić tylko dla jednego dziecka. Więc Agatka w czasie religii jest odsyłana do szkolnej pedagog. „Nasza córka jest wytykana pal­cami. Niejednokrotnie płakała z powodu szykan, jakie spotkały ją ze strony nauczycieli. Tak, nauczycieli. Dzieci nie były tak ok­rutne” - opowiadała matka.
   - To jedna z tych wiadomości, które bardzo nas wzruszyły i za­smuciły. Bo pokazują problemy, z jakimi muszą się zmagać dzie­ci niewierzące oraz te innych wyznań niż katolickie, szczególnie w mniejszych miejscowościach - mówi Monika Wińczyk.

czwartek, 10 maja 2018

Tusk na dwa sposoby



Były premier jest jedynym dziś politykiem, który potrafiłby wygrać bezpośrednie starcie z dowolnym przedstawicielem PiS-owskiej prawicy. Jego powrót do polskiej polityki znacząco wzmocniłby demokratyczną opozycję

Przy okazji kwietniowego przesłuchania w sprawie smoleńskiej Donald Tusk po raz kolejny pokazał swą klasę i polityczną wagę. Dlatego Kaczyński byłego premiera się boi, dlatego boją się go propagandyści PiS-owskich mediów, prezesi upartyj­nionych spółek skarbu państwa, cała PiS-owska nomenklatura obsadzona na państwowych urzędach. Wszyscy ci lu­dzie widzą w Tusku swój najgorszy kosz­mar. Zapowiedź końca raju, żerowania na państwie, końca wędrówki milionów złotych od polskich podatników do pry­watnych kieszeni ludzi Kaczyńskiego.

NAJLEPSZY BOKSER LIBERALNEJ POLSKI
Tusk jest jedynym dziś politykiem, który występując w barwach zjedno­czonej opozycji, potrafiłby przeżyć bez­pośrednie starcie z dowolnym liderem PiS-owskiej prawicy. Obojętnie, czyjego przeciwnikiem byłby sam Jarosław Ka­czyński, Morawiecki, Brudziński, czy Duda, nie mówiąc już o żołnierzach pre­zesa z poziomu Suskiego, Kuchcińskiego czy Terleckiego.
   Przy okazji smoleńskiego przesłuchania, które miało go zniszczyć, Tusk przypomniał, jak to było ze Smoleńskiem naprawdę. Mianowicie, że pełną odpowiedzialność za przebieg lotu - łącznie e z katastrofą - ponosili Lech Kaczyński, i jego kancelaria i mianowany przez prezydenta szef lotnictwa generał Andrzej Błasik. Oni mogli ocalić tupolewa, jego za­łogę i jego pasażerów. Jednak rozpoczęcie kampanii wyborczej Lecha Kaczyńskiego w Katyniu było dla PiS ważniejsze niż po­wtarzane przez rosyjskich kontrolerów lotu ostrzeżenie, że na lotnisku nie ma warunków do lądowania.

środa, 9 maja 2018

Karnowscy kontra "Gazeta Polska". Niepokorni skaczą sobie do gardeł i "Pilnowanie dobrej zmiany"



Karnowscy kontra "Gazeta Polska". Niepokorni skaczą sobie do gardeł

Brutalna walka pomiędzy mediami wspierającymi PiS. Tygodnik braci Karnowskich uderza w największego ogłoszeniodawcę "Gazety Polskiej". "GP" nazywa Karnowskich przebierańcami. W tle wojna o reklamy i dostęp do "ucha prezesa".

„Przestępcy przyklejający się do obecnej władzy są bezwzględnie ścigani”- tak tekst pt. „CBA łapie swoich” reklamuje najnowszy tygodnik „Sieci”, czołowe wydawnictwo z grupy mediów kierowanej przez braci Michała i Jacka Karnowskich. Obszerny materiał jest oparty na dokumentach CBA dotyczących nadużyć w Polskiej Grupie Zbrojeniowej, państwowym gigancie zarządzającym ponad 60 spółkami przemysłu obronnego. „Sieci” opisują przekręty przy kontraktach reklamowych i umowach sponsorskich, jakie spółki PGZ zawierały w ciągu ostatnich 2 lat z podmiotami organizującymi szkolenia oraz „imprezy patriotyczne”, na których występowali politycy PiS - Antoni Macierewicz i Piotr Naimski. Jako współodpowiedzialnych za nieprawidłowości „Sieci” wskazują m.in. prezesa PGZ Arkadiusza Siwko i wiceprezesa Radosława Obolewskiego (szefa klubów „Gazety Polskiej” w Łomiankach). Piszą też o dwuznacznej roli Bartłomieja Misiewicza, asystenta Macierewicza, przez chwilę pracującego w PGZ, który miał rekomendować znajomą spółkę do współpracy z Grupą

wtorek, 8 maja 2018

Inżynierowie dusz



W „Wiadomościach” zostali już tylko wyznawcy PiS albo tacy, którym jest wszystko jedno mówią w TVP. Propaganda jest coraz ostrzejsza, bo idą wybory samorządowe

Renata Grochal

Gdzie jest granica, któ­rej pan by nie przekro­czył? - pytam Krzysztofa Ziemca, jedną z głównych twarzy „Wiadomości” TVP. Rozmawiamy o manipulacjach i pro­pagandzie we flagowym programie infor­macyjnym.
   - Ja sam nie wiem, gdzie jest ta granica. Mogę rozważać to z moim spowiednikiem albo z żoną, a nie na łamach „Newsweeka” - odpowiada Ziemiec.
   To on prowadził„Wiadomości” w Wiel­ką Sobotę, gdy wyemitowano materiał ze zmanipulowaną grafiką, z której wynika­ło, że rząd PO-PSL wypłacił sobie więcej nagród niż rząd Beaty Szydło. Autor ma­teriału, Konrad Wąż, porównał nagrody wypłacone w ciągu ośmiu lat wszystkim urzędnikom z premiami z dwóch lat PiS wypłaconymi tylko premierowi i mini­strom. Pominął fakt, że za czasów Tu­ska i Kopacz premier oraz ministrowie w ogóle nie dostawali premii w przeci­wieństwie do ministrów i szefa rządu z PiS. Na taką manipulację rządowa te­lewizja się nie zdobyła, odkąd PiS wygra­ło wybory Ale też PiS nie było wcześniej w tak wielkich wizerunkowych tarapa­tach. Po ujawnieniu informacji o wyso­kich nagrodach dla ministrów notowania PiS ostro spadły. „Wiadomości” ruszy­ły rządzącej ekipie na ratunek. Mate­riał wywołał burzę w sieci. „Konrad Wąż. Warto zapamiętać. Wzorowy funkcjona­riusz” - ocenił autora materiału dzien­nikarz Wojciech Szacki. Tylko w ciągu dwóch dni widzowie skierowali do Krajo­wej Rady Radiofonii i Telewizji 67 skarg na materiał o nagrodach.
   Gdy pytam Węża o zmanipulowaną grafikę, odpowiada, że jest na zwolnieniu, i odsyła do rzecznika telewizji.
   Jeden z rozmówców w TVP zwra­ca uwagę, że najbardziej agresywną pro­pagandę robią dziś w „Wiadomościach” wcale nie dziennikarze, którzy przyszli do stacji po zwycięstwie PiS, ale ci, którzy pracują od lat. Konrad Wąż przyszedł do TVP z Superstacji jeszcze za czasów PO. Pracował w TVP Info. - Wąż wierzy w PiS, ale wie, że to, co idzie na antenie, to jest czysta propaganda - mówi jeden z moich rozmówców.

poniedziałek, 7 maja 2018

Ministerstwo kultury wyklętej



Muzea tylko słuszne, filmy tylko narodowe, teatry wyłącznie patriotyczne. Ludzie kultury pytają, czy do rozmowy z ministrem Glińskim trzeba przywdziać mundur żołnierza wyklętego

Aleksandra Pawlicka

Chcą wykończyć Muzeum Histo­rii Żydów Polskich POLIN. Zażądali przekazania przy­znanych mu funduszy na two­rzone przez PiS Muzeum Getta Warszawskiego. I nie mówimy o jakiejś symbolicznej kwocie, tylko o czterech milionach euro z funduszy norweskich - mówi osoba zastrzegająca anonimowość.
   Inne źródło potwierdza: - Pierwsza propozycja Ministerstwa Kultury do­tyczyła całej kwoty grantu dla POLIN, czyli 10 min euro, ale gdy dyrektor placówki odmówił, żądanie zmniej­szono o przeszło połowę. Szef PO­LIN poprosił o potwierdzenie decyzji na piśmie, a wtedy resort nabrał wody w usta.
   Trzecie źródło twierdzi, że sprawie najprawdopodobniej ukręcił łeb Mateusz Morawiecki - wówczas jeszcze minister rozwoju. Uznał, że nie warto wojować z Norwegami o kilka milionów euro, ryzykując opóźnienia w negocjacjach.
Minister kultury Piotr Gliński i dyrek­tor muzeum POLIN Dariusz Stola nie chcą komentować sprawy.

niedziela, 6 maja 2018

Szmalu nie żal



Największe państwowe spółki pompują rekordowe sumy do mediów wspierających „dobrą zmianę".

PiS nie skąpi grosza na nagrody dla swych działaczy, na dotacje dla zaprzyjaźnionych organizacji i firm z holdingiem ojca Rydzyka na czele. Daje też zarobić przy­chylnym mediom. Od wygranych wyborów w 2015 r. do takich tytułów, jak „Gazeta Pol­ska”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Sieci”, „Do Rzeczy” czy „Nasz Dziennik”, szero­kim strumieniem zaczęły płynąć pieniądze od spółek Skarbu Państwa.
   Jak wynika z danych firmy Kantar Media, tylko w 2017 r. tych pięć gazet mogło zostać zasilonych sumą 36 mln zł. Dla porówna­nia - w 2015 r., gdy podlegającymi pań­stwu spółkami kierowały jeszcze zarządy wybrane za rządów PO-PSL (choć niektóre już przekierowujące finansowy strumień w kierunku „dobrozmianowym”), było to niespełna 2,5 mln zł. Różnica jest więc prawie 15-krotna.