PiS - konstytucja 2010.pdf

sobota, 24 lutego 2018

Anormalizacja, Antypolonizm, Bajki o Zagładzie,Na strzępy, NKRDSTZKONBPAPTNWBJNNDSIWZKCWAZFPSONU, Trochę publiczne, Nowa żelazna kurtyna i Otorbianie



Anormalizacja

W wariackich czasach jest być może tylko jeden spo­sób, by przed wariactwem się uchronić. Jest nim zachowanie gotowości, by nie uznawać wariactwa za normalność, ale za to, czym ono jest - za wariactwo.
   Widok Władysława Frasyniuka skuwanego kajdankami i wyprowadzanego z domu o szóstej rano wielu przywodzi na myśl stan wojenny. Innym zaś takie skojarzenia wiążą się z histerią. Skojarzenia z założenia są subiektywne i nie nale­ży z nimi polemizować, ale byłbym skłonny przyznać, że sko­jarzenie ze stanem wojennym idzie za daleko i w tym sensie jest „niesłuszne”. To, że Frasyniuk będąc wyprowadzanym, nie uczestniczył w akcie heroicznym, najlepiej wie on sam. On sam najlepiej też wie, że poza kajdankami i godziną nie miało to ze stanem wojennym nic wspólnego.
   Łatwo byłoby nawet przeprowadzić dowód, że skoro Frasyniuka zakuwają w kajdanki, ale jego żona to filmuje, to nie jest tak źle. Jeśli wiozą go do prokuratury, a w tym sa­mym czasie w internecie ludzie masowo na władzę pomstu­ją, to znaczy, że w ogóle nie jest źle. Jeśli niedługo potem jest już na wolności, to jest OK. Skoro wieczorem występu­je w telewizji, to jest całkiem dobrze. Jeśli zaś w tej telewi­zji spokojnie zachęca do oporu wobec władzy, to znaczy, że władza jest całkowicie normalna. Historia z zatrzymaniem Frasyniuka może więc służyć - jak okazano wyżej - nie tylko oskarżycielom obecnej władzy, ale i jej apologetom.
   Ale to, że Frasyniuk po godzinie był wolny, a po kilku go­dzinach był w TVN24, to, że Frasyniuk z roku 2018 nie musi być Frasyniukiem z roku 1982, oraz to, że Kaczyński nie jest Jaruzelskim, nie świadczy o tym, że w obecnej Polsce jest normalnie. Nie jest. Nie jest normalna ta władza i nie jest normalny system, który tworzy. Z całym szacunkiem dla Kaczyńskiego, to, że nie jest Jaruzelskim, nie czyni go demo­kratycznym przywódcą, a to, że PiS nie jest PZPR, nie czyni go demokratyczną partią.
   To, że wielu ludzi dla własnego komfortu lub korzyści albo z innych względów uznaje sytuację anormalną za nor­malną, nie oznacza, że nienormalność jest normalnością. Przeciwnie, to, że ludzie całkiem masowo gotowi są uznać nienormalność za normalność, jest wyłącznie dowodem skali nienormalności.

piątek, 23 lutego 2018

Dobry fachowiec, bo partyjny



W państwowych instytucjach obowiązuje zasada drzwi obrotowych - jedni wchodzą, drudzy wychodzą. Kiedy po wyborach rządy przejmuje nowa władza, drzwi szybko się kręcą. Tym razem jednak od dwóch lat nie przestają się obracać, a ostatnio nabrały wyjątkowego tempa.

Gdański koncern Energa od jesieni 2015 r. ma już siódmego prezesa. Niektórzy byli tak krót­ko, że nie zdążyli się czymkolwiek wykazać. Przychodzili i odchodzili, nie wiadomo dlacze­go. Państwowy właściciel, nawet w spółkach publicznych, nie czuje się w obowiązku, by cokolwiek tłumaczyć, choć wpływa to na kurs ak­cji. Na razie Alicja Klimiuk ma status pełniącej obowiązki prezesa Energi, ale też poważne szanse na pełnoprawną nominację. Nie dlatego, że przemawiają za tym jakieś jej wyjątkowe kwalifikacje i osiągnięcia zawodo­we, bo te dziś w państwowej gospodarce są raczej obciążeniem niż atutem. Ważniejsze są afiliacje polityczne, czyli który polityk wspiera tego czy innego menedżera. W biznesowej gwarze używa się określeń „od kogo on jest” albo „do kogo raportuje”.
   Prezes Klimiuk na przykład kojarzona jest z Jarosławem Zieliń­skim, wiceministrem spraw wewnętrznych, tym, którego policjanci posypywali z helikoptera własnoręcznie zrobionym konfetti i no­sili za nim parasol. Zieliński jest liczącym się politykiem PiS, więc to dość mocna afiliacja. Pani prezes ma szanse przynajmniej na kil­kumiesięczne rządy w Enerdze. Potem zapewne straci stanowisko, a może, jak jej poprzednik Daniel Obajtek, awansuje do jakiejś bar­dziej prestiżowej i jeszcze lepiej płacącej spółki w rodzaju Orlenu.
   Ale by to osiągnąć, trzeba być „od nie byle kogo”, a najlepiej od samego prezesa. Tak jak Obajtek, który jest kadrowym odkry­ciem PiS na miarę Mateusza Morawieckiego. Na Nowogrodzkiej mówią, że Kaczyński jest nim zauroczony tak jak premierem. Obajtek to dla niego ucieleśnienie ideału menedżera nowego typu: młody, nieprzesadnie wykształcony (świeżo zdobyty dyplom prywatnej uczelni radomskiej), więc nieskażony menedżerskimi mądrościami, za to nadrabiający siłą woli. Twardy, ideowy, gotowy realizować linię partii bez względu na koszty i konsekwencje.
   To ważne, bo PiS unika zawodowych menedżerów. Taki jest efekt lekcji wyciągniętej z kłopotów premiera Donalda Tuska z prezesem Polskiej Grupy Energetycznej Krzysztofem Kilianem. Kilian, jako wieloletni przyjaciel Tuska i jego nieformalny doradca gospodar­czy, został mianowany prezesem PGE z zadaniem doprowadzenia do budowy wielkiej elektrowni węglowej w Opolu. Odmówił jednak wykonania polecenia, tłumacząc, że z przygotowanych analiz wy­nika, że taka decyzja będzie niekorzystana, a jemu prawo zabrania działania na szkodę spółki. Mimo upomnień ze strony Tuska, żeby nie filozofował, bo elektrownia jest potrzebna krajowi, zdania nie zmienił i w efekcie stanowisko stracił. Następca już nie grymasił.

czwartek, 22 lutego 2018

Zapomnieć o marcu



Jarosław Kaczyński chciał z polskiej zbiorowej pamięci wymazać Marzec ’68. Ale to właśnie z winy PiS zapamiętamy ten rok przede wszystkim jako ponure echo tamtej antysemickiej nagonki

W tym roku ob­chodzimy okrą­głe rocznice dwóch ważnych w polskiej historii wydarzeń - 100-lecia odzyskania nie­podległości w listopadzie 1918 roku oraz 50-lecia studenckich protestów i anty­semickiej nagonki z marca 1968 r. Jed­nak dla rządzącej prawicy i Jarosława Kaczyńskiego rok 2018 miał być wy­łącznie rokiem 100-lecia obchodzonego państwowo i patetycznie. Pamięć Marca miała zostać wymazana.

MIESIĄC, KTÓREGO NIE BYŁO
Rocznicę wydarzeń 1968 roku będą obchodzić Uniwersytet Warszawski, Muzeum Historii Żydów Polskich Polin, PEN Club oraz wiele innych niezależnych od wła­dzy instytucji i organizacji.
Tylko rządzący postanowi­li tę datę przemilczeć, choć zdominowany przez prawi­cę Sejm ustanowił bieżący rok Rokiem Niepodległości, Rokiem Powstania Wielko­polskiego, a nawet Rokiem Konfederacji Barskiej.
    Jedynie Platforma Oby­watelska i Nowoczesna zgłosiły projekty uchwał upamiętniających wydarze­nia Marca ’68. Oba mówią o bohaterstwie protestujących studentów i intelektualistów, jak też o ujawnionym wówczas antysemityzmie. Rafał Grupiński, współautor uchwały Platformy, nie ma wątpliwości, że PiS i Kukiz’15 te projekty odrzucą, a liberalna opozycja znów sta­nie pod pręgierzem prawicy za „oczer­nianie polskiego narodu”. - Już na samo tylko przywołanie w naszej uchwa­le nazwisk Adama Michnika i Henryka Szlajfera posłowie prawicy zareagowa­li pogardą i gniewem - mówi poseł PO.
- A jak o nich nie wspomnieć, skoro bru­talnie spacyfikowany wiec na Uniwer­sytecie Warszawskim został zwołany właśnie w obronie Michnika i Szlajfera po ich usunięciu z uczelni?
   Kaczyńskiemu, rzecz jasna, nie chodzi o przeszłość, ale o to, by w jakimkolwiek pozytywnym - choćby historycznym - kontekście nie został przywołany żaden z jego politycznych wrogów.
   PiS przygotowywało się do rocznicy antysemickiej nagonki także przez no­welizację ustawy o IPN, która właśnie dlatego została uchwalona tak pospiesz­nie, a - przy okazji - tak głupio. Sejm przegłosował ją bowiem w przeddzień rocznicy wyzwolenia Auschwitz obcho­dzonej na świecie jako Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Andrzej Duda podpisał ją natychmiast i skierował do przejętego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego w takim trybie, aby mogła wejść w życie przed rocznicą Marca wraz z dorzuconym w ostatniej chwili zapisem o trzech latach więzie­nia dla tych, którzy odważą się mówić o współuczestnictwie Polaków w prze­śladowaniu Żydów czy Ukraińców.
   Nowelizacja miała bowiem przestra­szyć tych historyków czy dziennikarzy, który chcieliby przypomnieć, że an­tysemicka nagonka była politycznym sukcesem komunistycznej władzy. Wy­wołała autentyczny społeczny odzew i zmobilizowała po stronie PZPR róż­ne odłamy polskiego nacjonalizmu, potwierdzając słowa Czesława Miło­sza z „Traktatu poetyckiego”, że „jest ONR-u spadkobiercą Partia”. Jak zwra­cają uwagę badacze Marca ’68, tacy hi­storycy jak Marcin Zaremba, Andrzej Friszke czy Dariusz Stola, ów­czesne wiece potępienia tzw. syjonistów były masowe i bar­dziej autentyczne niż wymuszo­ne spędy z czasów stalinowskich. Represjom wobec Polaków żydow­skiego pochodzenia towarzyszyła obojętność, a często nieskrywane zadowolenie wielu „etnicznie czystych” rodaków.
   Profesor Zaremba w sła­wetnym archiwum Biura B ko­munistycznego MSW (komórki zajmującej się kontrolowaniem pry­watnej korespondencji obywateli PRL) znalazł takie listy z Marca ’68: „Dyrektor został u nas wylany z par­tii. Zebranie trwało od szesnastej do pierwszej w nocy, sądzono go bezlitoś­nie, wraz z nim wylano trzech innych Żydów. (...) Koniec z żydostwem! Wzię­to się za nich skutecznie, wylewają na pysk wszędzie. Kto Żyd, nie ma co szu­kać obecnie w Polsce”.
   To nie była narzucona Polakom komu­nistyczna narracja, ale autentyczna ra­dość peerelowskich „szmalcowników”, jakich w Marcu ’68 ujawniło się wie­lu. Ten sam język powraca dzisiaj, gdy w apogeum sporu wokół noweliza­cji ustawy o IPN dziennikarz radia RMF FM Bogdan Zalewski ogłasza en­tuzjastycznie, że „jesteśmy na wojnie z Żydami”.

środa, 21 lutego 2018

Zaginione ministerstwo



MSZ, tak jak cała polityka zagraniczna, nie mieści się w kręgu zainteresowań obecnie rządzących. Złośliwie tylko przypomina czasy dawnej świetności.

W budynku przy alei Szu­cha jest niewielki pokoik. W nim dwóch dojrzałych panów popija z dyploma­tycznym wdziękiem gorą­ce napoje, przeglądając prasę. Zjawiają się między 9 a 10 rano. Ich codzienne wejścia i wyjścia z „gmachu”, jak mówią o siedzibie MSZ jej pracownicy, rejestrują elektronicz­ne czytniki, rzadko przełożeni. - Są trochę jak na zwolnieniu warunkowym - żartuje znajomy tej dwójki. Pogawędzą, powspo­minają i o 15.00 już ich nie ma.
   Jeden z nich to spec od Hegla, Jerzy Margański. „Potrójny ambasador”, jak mówią jego koledzy z podziwem - w Austrii, Szwajcarii i Berlinie. Kiedyś miał kanclerza Schrodera na jeden telefon, dziś trudno mu się dodzwonić do polskiego wiceministra. Wszystko dlatego, że przyszedł do MSZ w 1990 r., czyli... „za poprzedniego sys­temu”. Drugi pan to Adam Kobieracki. Jedyny w historii polski wiceszef NATO, jeden z najlepszych na świecie ekspertów od kontroli zbrojeń. Z nim problem jest poważniejszy, bo skończył MGIMO, czyli moskiewską kuźnię dyplomatów. To nic, że zaufali mu Amerykanie, powierzając największe tajemnice Sojuszu. Ważniejsze, że nie ufa mu PiS.
   Obaj panowie, odpowiednio roczniki 1955 i 1957, są w sile dyplomatycznego wie­ku. Z takim doświadczeniem powinni teraz reprezentować Polskę na najważniejszych placówkach. Ale tak jak kilkunastu ich rówieśników, snujących się dziś po kory­tarzach „gmachu”, są przez nowe kierow­nictwo resortu traktowani jak trędowaci - nawet rozmowa z nimi wygląda podejrza­nie. Dlatego wkrótce to ich „zwolnienie wa­runkowe” może zostać zamienione na karę śmierci zawodowej. W Sejmie czeka już tyl­ko na decyzję polityczną z Nowogrodzkiej tzw. ustawa kadrowa, która pozwoli wyczy­ścić MSZ aż po piwnice.
   - Nie chodzi tylko o tych ludzi, ale o to, aby zatrzeć pamięć o poprzednim ćwierć­wieczu na Szucha. Wymazać pamięć in­stytucjonalną - mówi Paweł Dobrowolski, były dyplomata, m.in. ambasador w Kana­dzie i rzecznik ministerstwa, dziś wykła­dowca Collegium Civitas. - MSZ doskonale nadaje się na poligon doświadczalny takiej polityki historycznej. To instytucja hierar­chiczna, w której łatwiej przeprowadzić ra­dykalne zmiany. Jednocześnie - jak żadne inne ministerstwo - przypomina o sukcesie polskiej transformacji. A to dzisiejszą wła­dzę bardzo uwiera.
   Jak pokazał ostatni kryzys wokół nowe­lizacji ustawy o IPN, MSZ już w pewnym sensie zniknęło. To znaczy, niby dzia­ła nadal, ale mało kto w rządzie zwraca na to uwagę.

wtorek, 20 lutego 2018

Polak na biegunach



Z jednej strony przecenia i idealizuje swój wizerunek, z drugiej deprecjonuje to, czym w istocie jest. Bez końca sam  siebie karze i nagradza. Rozpięty pomiędzy biegunami, popada w skrajności - ale zawsze na najwyższych emocjach

Narcyz skoncentrowa­ny jest wyłącznie na so­bie. Ku sobie koncentruje całe swe libido - zaintere­sowanie, ciekawość, mi­łość, pragnienie nieustannego kontaktu z własną osobą, ale także destrudo - agre­sję, sadyzm, złość. Stąd silne wahania na­stroju - od miłości i samouwielbienia do samoponiżenia, depresji, poczucia niż­szości. Narcystyczny bordeline to osoba niepewna, paraliżowana przez spojrze­nia innych. Czuje się stale obserwowa­na i oceniana. Każda krytyka jest klęską. Każda rysa na idealnym wizerunku - ka­tastrofą i powodem do gwałtownej zmia­ny: z niepewności do agresji. Z agresji do euforii i uwielbienia. Pozornie chorob­liwie pewny siebie, nie zważa na opinie innych, wywyższa się, buduje poczucie własnej wartości, poniżając wszystkich dookoła. W wyniku bolesnych doświad­czeń z przeszłości schował swoje prawdzi­we ja i zastąpił je kompensującym braki, fałszywym wizerunkiem, który zastępu­je mu właściwą osobowość. W głębi duszy czuje się brzydki, głupi, słaby, niegodny szacunku. Żyje w nieustającym lęku przed demaskacją. Lęk uruchamia mechanizmy obronne: agresję i pychę. Koło się zamyka. Poznajecie?

poniedziałek, 19 lutego 2018

Żona polityczna

W małżeństwie Ziobrów to ona jest dyrektorem - słyszę od polityka prawicy. To Patrycja Kotecka, żona ministra wymyśliła, że Ziobro powinien złagodnieć i nie odgrywać już szeryfa. Ma mu to pomóc w walce o schedę po Kaczyńskim

Renata Grochal

Tuż przed rekonstrukcją rządu w siedzibie PiS przy ulicy Nowogrodzkiej trwają go­rączkowe narady, kto straci stanowisko, a kto zostaje. Zbigniew Ziobro o wszystkim dowiaduje się ostatni. Próbuje bronić Bea­ty Szydło przed dymisją, bo w rządzie two­rzyli tandem.
   Jednak Patrycja Kotecka przekonuje męża, że gra nie jest warta świeczki. Skoro decyzja o dymisji Szydło zapadła, to trze­ba się dogadywać z Mateuszem Morawieckim. I bronić włas­nej pozycji.
   A Ziobro ma wiele do stracenia. W ciągu dwóch lat stał się jed­nym z najpotężniejszych ministrów. Ma pod sobą nie tylko sądy i prokuraturę, obsadził też swoimi ludźmi kluczowe państwowe spółki - PZU i Pekao SA.
   - Zbyszek wpadł w panikę, że prezes poświęci go na ołtarzu dobrych relacji z prezydentem. On groził prze­cież Dudzie po wetach do ustaw sądowych, że PiS nie wystawi go w wyborach prezydenckich w 2020 r. - opowiada mi ważny polityk Zjed­noczonej Prawicy. Dodaje, że Kotecka chcia­ła, żeby Ziobro jak najszybciej porozumiał się z Morawieckim i zakopał topór wojenny, bo wcześniej rywalizowali o wpływy w spół­kach. Nie podobało jej się, że podczas jednej z narad z Jarosławem Kaczyńskim i Morawie­ckim Ziobro targował się o to, by jego zaufana,
Beata Kempa, pozostała w Kancelarii Premie­ra. Kaczyński z Morawieckim chcieli ją wysłać na placówkę do Watykanu. Ale Ziobro posta­wił na swoim i specjalnie dla niej utworzo­no w kancelarii stanowisko pełnomocnika do spraw uchodźców.
   - Patrycja nie rozumiała, że on musi pokazać, że wciąż ma silną pozycję i dba o swoich ludzi - tłumaczy mój rozmówca. Jego zdaniem polityka jest jednym z głównych tematów w domu Ziobrów, a żona jest głównym do­radcą ministra sprawiedliwości.
   - Ona nie jest tradycyjną żoną konserwatywnego polityka, która siedzi w domu i zajmuje się dziećmi. W małżeństwie Zio­brów to ona jest dyrektorem. Zbyszek jest mamałygą i wszystko z nią konsultuje - opowiada mój rozmówca.
   Ostatnio Kotecka namawia Ziobrę, żeby pogodził się z prezy­dentem Andrzejem Dudą.
   - Patrycja jest bardzo pragmatyczna. Wie, że na dłuższą metę sojusz z Dudą mógłby pomóc Zbyszkowi. On by się nawet z An­drzejem pogodził, ale nie będzie przed nim klękać. Pamięta, że go zdradził, nie przechodząc do Solidarnej Polski, kiedy powstała, a przecież to Zbyszek wciągnął go do polityki - przypomi­na bliski współpracownik Ziobry.

niedziela, 18 lutego 2018

Słabi i silni



Scenę polityczną spowił tuman pyłu po wybuchu konfliktu dyplomatycznego z Izraelem, USA i Ukrainą w sprawie ustawy o IPN. Za tą zasłoną dzieją się jednak rzeczy arcyciekawe: do jesiennych wyborów samorządowych stanie trochę inna opozycja i trochę inny PiS.

Trochę niezauważona przemknę­ła deklaracja Grzegorza Schetyny i Katarzyny Lubnauer z koń­ca stycznia o wspólnych listach w wyborach do sejmików. A jest to w istocie ładnie opakowana kapitulacja Nowoczesnej, powoli tracącej zdolność do samodzielnego istnienia.
   - A więc połykacie Nowoczesną? - pyta­my polityka z władz Platformy. - Na to wy­gląda. Utracili wszelkie atuty, które przy­ciągały do nich wyborców zrażonych do PO. Mieli być bardziej profesjonalni i bardziej liberalni od nas i nic z tego nie wyszło. Istotnie, Nowoczesna płaci za brak doświadczenia w polityce. Przez ostatnie miesiące ciągnął ją w dół Ryszard Petru, na tyle skutecznie, że notowania partii zaczęły zbliżać się do progu wyborczego. Zwycięstwo Lubnauer, która partię prze­jęła w grudniu, przejściowo wywindowało poparcie z powrotem do poziomu ponad 10 proc. Potem przyszła jednak debata aborcyjna. Na początku stycznia PO i Nowoczesna się podzieliły; część po­słów nie głosowało, a niektórzy byli prze­ciw, gdy Sejm zajął się obywatelskim, zgłoszonym przez lewicę, projektem libe­ralizującym ustawę antyaborcyjną. Pro­jekt przepadł już w pierwszym czytaniu, mimo że przeciw odrzuceniu głosowało kilkudziesięciu posłów PiS, w tym Jaro­sław Kaczyński i Antoni Macierewicz.
   PO i Nowoczesna naraziły się na gniew liberalnych mediów i wyborców, ale spadki Nowoczesnej - jako ugrupowania mniejszego - były bardziej spektakular­ne. Partia znów zaczęła się ocierać o próg wyborczy - w sondażach kilku pracowni miała w styczniu od 6 do 7 proc. Zasłużo­ne drwiny przywitały tłumaczenia Lub­nauer, że posłowie nie wiedzieli, o jakie głosowanie chodzi, bo są dopiero dwa lata w Sejmie.
   W tym samym czasie parę punktów procentowych straciła także Platforma, a poobijani liderzy postanowili się ra­tować deklaracją o koalicji na wybory sejmikowe. Ruch tyleż słuszny, co spóź­niony. Wyborcy opozycyjni wzywali do jedności w czasie protestów przeciw ustawom sądowniczym - i nic. Niezłym momentem na zjednoczenie była także jesień, gdy PiS przeżywał trudne chwi­le przed rekonstrukcją rządu; wówczas opozycja mogła choć na chwilę przejść do ataku - i też nic. Teraz, gdy PiS urósł po wymianie niepopularnych mini­strów, a opozycja się skurczyła, ogłosze­nie współpracy jawi się jako akt despera­cji, a nie dowód politycznej wyobraźni.

sobota, 17 lutego 2018

W narożniku,Potworny atak,Sędziowie nie poszli na polityczną kolaborację,Izba bez refleksji,Odrobina absurdu,Korona nie dla Elżbiety,Wozy kolorowe i All you need is love



W narożniku

Podczas gdy PiS pod maską patosu chowa cynizm i arogancję, opozycja pod maską pragmatyzmu skrywa strach. Opozycja zapowiadała, że będzie totalna, i zbiera za to cięgi, jednocześnie ponosząc skutki tego, że nie jest totalna, lecz rachityczna.
   PiS nie lubi półsłówek i półcieni. T-shirtowy patriotyzm potrzebuje decybeli i jednoznaczności, a nie subtelności. Mówicie w Brukseli o łamaniu praworządności w Polsce - jesteście zdrajcami. Głosujecie za wszczęciem procedury w tej sprawie - jesteście targowicą. Udzielacie wywiadu nie­mieckiej telewizji - jesteście szmalcownikami.
To oczywiście putinowska wersja patriotyzmu, w której partię zrównuje się z krajem, a sprzeciw wobec partii trak­tuje się jak zdradę. Ale co z tego, skoro skuteczna?
   PiS gra na najprostszych emocjach, odwołując się do naj­niższych instynktów. Widząc pałki i „Wiadomości”, opozy­cja - zamiast ryknąć - kuli się w sobie. Zamiast odwoływać się do serc, odwołuje się do rozumu. Ale sam rozum w zde­rzeniu z emocjami jest bez szans, szczególnie gdy podsuwa rozwiązanie najbardziej bezpieczne - poparcie władzy ze strachu lub wstrzymanie się od głosu ze strachu.
   Głosowanie w sprawie wyklętych z Brygady Świętokrzy­skiej, głosowanie w sprawie uruchomienia procedury z art.7 głosowanie w sprawie nowelizacji ustawy o IPN - w każdej z tych spraw opozycja zademonstrowała charakterystyczny dla siebie przykurcz. Pojawia się on zawsze, kiedy dociera do niej, że gdy nie zrobi tego, co chce PiS, PiS zacznie się drzeć, że jest nie dość patriotyczna albo nawet antypatriotyczna. Ża­łosne wrażenie sprawia łatwość, z jaką PiS, stosując te meto­dy, wciąż zagania opozycję do narożnika. A ta na to pozwala, jakby cierpiała na jakiś straszny kompleks. Oddała PiS flagę i pozwala, by ten walił ją po łbie drzewcem. Protestuje, gdy na­zywa się ją drugim sortem, ale zachowuje się, jakby nim była.
   Zarzuty i oskarżenia, jakie padają ze strony PiS, są bez­ceremonialne, a często po prostu chamskie, ale w epoce, w której cham ma się lepiej niż Kordian, chamstwo często popłaca. Suweren zdaje się bowiem autentycznie zafascy­nowany siłą i brutalnością. Wątpliwości postrzega jako sła­bość, a słabością gardzi. Zniuansowane stanowisko jest więc z założenia defensywne, czyli złe. Non stop się broniąc, moż­na ograniczać straty, ale nie można wygrywać. Publika jest bezwzględna. Nie nagradza za kunktatorstwo, granie na czas i wstrzymywanie się od głosu. Całkiem prawdopodobne, że doceniłaby drużynę nieustraszoną, nawet gdyby ta przegry­wała. Drużynę bojaźliwą wygwizduje albo ignoruje.

piątek, 16 lutego 2018

Menażeria Gnoma



„Jaki śmieszny jest Gnom, / kiedy buzię ma złą / i z wściekłości aż tupie nóżkami!”. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wierszyk Szpotańskiego o Gomułce zyskał nową aktualność

Rewolucja się kończy, a wraz z nią przemijają jej bohate­rowie. Antoni Macierewicz został odesłany do poszu­kiwań swojej bomby. Jego dziwni ludzie wracają do jaskiń, z których wypełzli. Każdy z łupami zgromadzony­mi na wysokich urzędach państwowych, w spółkach zbrojeniowych czy innych sy­nekurach, gdzie spędzili ostatnie dwa lata.
Wyłaniają się zarysy normalizacji i nowego polskiego społeczeństwa, we­wnętrznie pogodzonego z życiem pod władzą PiS. Ja już widziałem parę takich normalizacji - jako przedwcześnie rozwi­nięte dziecko w połowie lat 70., a potem jako romantyczny młodzieniec w poło­wie lat 80. Normalizacje w Polsce zawsze były smutne, szczególnie dla takich jak ja - nieznormalizowanych.

czwartek, 15 lutego 2018

Pokrętła prezesa



Polityka polega na zastawianiu pułapek na przeciwnika. Partia Jarosława Kaczyńskiego jest biegła w tej sztuce, ale nieźle też wychodzi jej zakładanie sideł na samą siebie.

Sprawa z nowelizacją usta­wy o IPN pokazuje, że PiS ma wciąż w swoim kodzie gen autodestrukcji, nawet jeśli - jak w tym przypadku - rujnowa­nie międzynarodowych relacji Polski może przynieść jakieś polityczne punkty w kraju. Rządzący zresztą znowu spró­bowali starej metody moralnego szanta­żu: sami sprowokowali kryzys i potężną awanturę, a potem żądali, żeby także ich przeciwnicy popierali politykę rzą­du utożsamianego z Polską, inne stano­wisko nazywając zdradą. Na zasadzie: wywołaliśmy awanturę, rzeczywiście może należało zrobić inaczej, nie w tym momencie, ale stało się i teraz musicie być murem za rządem i żyrować poli­tykę, do której nie przykładaliście ręki, bo ojczyzna, czyli my, wzywa. Za któ­rymś jednak razem retoryka PiS zosta­nie w końcu zdemaskowana i odrzucona. Coś działa dziesięć razy i budzi aplauz, a za jedenastym, nie wiadomo dlaczego, jest nagle wygwizdane i wyszydzone.
   Nawet kiedy może się wydawać, że PiS ma swój kolejny cwaniacki, marketingowo wykoncypowany sukces, właściwie zawsze po jakimś czasie objawiają się niepożąda­ne skutki. Atak PiS na koalicjantów - LPR i Samoobronę - w drugiej połowie 2007 r. doprowadził co prawda do faktycznej li­kwidacji obu partii, przejęcia części ich elektoratów, ale jednak nie dał zwycię­stwa wyborczego i odsunął Kaczyńskiego na długie lata od władzy. Także po 2015 r. to, co zrazu wydaje się genialnym posunię­ciem i daje krótkoterminowe przyrosty notowań, skumulowane w dłuższym okresie może przynieść przełom i zjazd w sondażach. Każdy, kto zna dzieje III RP, wie o tym doskonale. Najlepsza passa nie trwa wiecznie, o czym mogła się przeko­nać Platforma, która w okresie rządów miała jeszcze lepsze notowania niż PiS.
   Przyjrzyjmy się zatem pułapkom, któ­re zafundował sobie PiS, najpierw idąc do zwycięstwa w 2015 r., a potem sprawu­jąc władzę już przeszło dwa lata.

środa, 14 lutego 2018

Władcy przeszłości



Maciej Świrski, jego Reduta Dobrego Imienia oraz Polska Fundacja Narodowa to dzisiaj główni bojownicy prawicowej walki ze „zniesławianiem narodu”. Nas podatników sporo to kosztuje: pieniędzy i wstydu.

„My dzisiaj, wybijając się na podmiotowość, na pewno traktujemy walkę o prawdę historyczną jako jeden z naszych absolutnie najwyższych celów. Z tej drogi o skuteczne wywalczenie tej prawdy na pewno nie zejdziemy” - ogłosił w ostatni weekend na spotkaniu z mieszkańcami Chełma premier Mateusz Morawiecki.
   Credo nie pozostawia wątpliwości: polityka pamięci stała się państwowym orężem podporządkowanym celom stricte poli­tycznym („wybicie się na podmiotowość"), a w wymiarze we­wnętrznym służącym nacjonalistycznej mobilizacji. W obecnej Polsce do prawdy już się nie dochodzi, nie odkrywa się jej ani też nie weryfikuje. Teraz o prawdę - niewzruszoną, na zawsze zastygłą w heroicznej i bezgrzesznej formie - trzeba walczyć.
   A do walki potrzebni są mężni i nieustraszeni wojownicy. Tacy jak Maciej Świrski, jeden ze sprawców awantury o „polskie obozy śmierci”, założyciel Reduty Dobrego Imienia i od jakiegoś czasu wiceprezes Polskiej Fundacji Narodowej.

wtorek, 13 lutego 2018

Ciemna strona „burego”



Na pierwszym przesłuchaniu kapitan Romuald Rajs „Bury” wydał swego najdzielniejszego żołnierza. Winę za puszczenie z dymem białoruskich wsi i mordy na cywilach zrzucał na podkomendnych. Oferował UB współpracę



Paweł Reszka

Ta ciemna część biografii Romualda Rajsa nie­zbyt pasuje do opowieści o niezłomnym żoł­nierzu AK i NZW. Bohaterze operacji „Ostra Brama”, dowódcy, który zwycięsko wycho­dził z bitew z Niemcami, Sowietami i ekspe­dycjami karnymi Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. O kawalerze Krzyża Walecz­nych i dwóch orderów Virtuti Militari. Tę opowieść lubią apologe­ci kapitana.
   Tyle że jej druga, ciemna strona jest tak samo prawdziwa.

I
Chatka mała, drewniana. Życie staruszki koncentruje się wo­kół pieca kaflowego w kuchni. Zaraz będzie drożdżowe, makowiec i delicje. Zastanawiam się, czy cokolwiek pamięta z tamtego dnia. Eugenia z rodziny Olszewskich ma 81 lat. A ja chcę pytać o wyda­rzenia z początku 1946 roku.
   - Z 2 lutego - uściśla. Potem opowiada - minuta po minucie, z fotograficzną precyzją.
   Wieś, całe Zanie otoczone przez wojsko. Ojciec krzyczy: „Już po naszym życiu!” i ucieka do lasu.
   Mama, Olga, zbiera dzieci. Brat Antoni, jeszcze w brzuchu, uro­dzi się za niecałe dwa miesiące. Brat Józef (5 lat) na jej plecach. Wala (11 lat) z jednej strony i ona, Eugenia, 9 lat, z drugiej. Za nimi jeszcze najstarsza siostra Mania - czternastolatka.
   Dom płonie. Wychodzą.
   Eugenia: - Zatrzymuje nas żołnierz. Do mamy się zwraca: Słu­chaj! Taka owaka! Z powrotem do domu.
   Za piątym razem udało się wyjść. Eugenia widzi ojca. Wra­ca z lasu na podwórze otworzyć stajnię, oborę, chlewik: „żeby się bydlaki nie popaliły”. Najstarsza, Mania, pomaga: uwiązali konia, krowy na postronku.
   Ojciec wynosi jeszcze kożuch. Pada strzał.
   - Widziała pani?
   - Bandzior strzelił. Tato się przewrócił. Położył głowę na ko­żuchu i tak... - Eugenia podkłada złożone ręce pod policzek. - I doszedł. A siostra Mania szła za tatusiem. Zaczęła krzyczeć. Wtedy ją kulka trafiła w usta - Eugenia pokazuje. - I wyszła z tyłu głowy. O tu. Gdyby dostała w serce, to szybko. A tak? Sio­stra przebiegła przez ulicę, upadła pod wierzbą. Z bólu noga­mi powybijała w ziemi jamy, głębokie aż do kolan. Paznokcie u palców poogryzała wszystkie. Dopiero sąsiadka katolicz­ka powiedziała tamtym, że siostra bardzo się męczy. Wtedy ją dobili.
   W Zaniach zginęły 24 osoby - najmłodsza ofiara miała trzy lata. Najstarsza 83. W Szpakach żołnierze Rajsa zabili 5 osób, w Zaleszanach 16, w Wólce Wygonowskiej 2. W Puchałach Sta­rych rozstrzelali 30 cywilów - furmanów, którzy najpierw ich transportowali, a potem przestali być potrzebni. W archiwum państwowym w Białymstoku zachowała się notatka starosty po­wiatowego z Bielska Podlaskiego do wojewody: „16 lutego 1946. We wsi Szpaki znaleziono ulotkę zawierającą następujące wy­razy: »Za strzelanie do żołnierzy polskich i oddziałów party­zanckich!«, »Smierć zdrajcom ojczyzny« oraz wezwanie, ażeby ludność białoruska w ciągu 14 dni opuściła tereny polskie, gdyż w przeciwnym razie zostanie zniszczona”.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Człowiek z granulatu



Daniel Obajtek ma mnóstwo szczęścia. Z pensją 3 tysięcy na rękę został milionerem. Rodzina z Pcimia i okolic obdarowała go atrakcyjnymi działkami nad morzem. A teraz jest prezesem Orlenu

Wojciech Cieśla, Jakub Korus

Jeszcze pięć lat temu był tech­nikiem rolnictwa, wójtem małopolskiej gminy Pcim. Od kilku dni rządzi jedną z największych spółek skar­bu państwa, paliwowym gigantem - PKN Orlen.
   Życie 42-letniego Daniela Obajtka uło­żyłoby się nieco inaczej, gdyby najpierw nie spotkał dwóch ludzi - Macieja G, sze­fa gangu o pseudonimie Prezes, a potem Beaty Szydło.

DONOS NA NAUCZYCIELA
O Obajtku w 5-tysięcznym Pcimiu mówi się, że był pisowski na długo, zanim powstał PiS. - W domu się nie przelewa­ło, ojciec pracował fizycznie, matka chy­ba rencistka - opowiada jeden z sąsiadów. „Pochodził z rodziny niezamożnej i został zatrudniony u nas po tym, jak został wy­rzucony ze szkoły weterynaryjnej w No­wym Targu” - zezna po latach Roman Lis, wuj prezesa Orlenu, właściciel fabry­ki okien.
   W latach 90. dwóch braci Obajtków, starszego - Daniela i młodszego o dwa lata Bartłomieja - rodzice wysyłają do szkół poza gminę. Bartłomiej skończy leśni­ctwo, Daniel trafia do technikum wetery­naryjnego w Nowym Targu. Energiczny, pewny siebie, ambitny i bezwzględny - tak zapamiętają go nauczyciele.
   Na przełomie lat 1994/1995, w czwar­tej klasie, przychodzi kryzys. Nauczyciele uważają, że Obajtek skłóca uczniów z ka­drą, kłamie, kręci w sprawie pieniędzy. Obajtek pisze donosy na jednego z na­uczycieli, jest arogancki. Nauczyciele nie mogą się doprosić o sprawozdania finan­sowe samorządu uczniowskiego.
   Dwa razy zostaje skreślony z listy ucz­niów. Zamyka się w hotelowym poko­ju, połyka fiolkę środków nasennych, ale szybko dochodzi do siebie. Do technikum nie wróci.
   Ściąga do Nowego Targu polityków pra­wicy, żeby interweniowali w jego spra­wie. W gazecie ukazuje się duży reportaż o walce ucznia z bezdusznym systemem. Wreszcie w imieniu Obajtka jeden z ad­wokatów pisze doniesienie do prokuratu­ry na szkołę (sprawa zostanie umorzona).

niedziela, 11 lutego 2018

Polski blitzkrieg,Idy marcowe,Zaprzęg demonów,Dopóki wolno,Kartka od szóstego i Orka



Polski blitzkrieg

Jak pewnie większość z Was mam szczękę na podłodze, przecieram oczy ze zdumienia, szczypię się, okładam lodem, parzę woskiem  i nie wierzę, że dzieje się coś, co absolutnie nie miało pra­wa się zdarzyć, że nikt nie jest w stanie spieprzyć czegoś tak epicko. A jednak. PiS potrafi. Mieć nieustannie na us­tach dobre imię Polski i w ciągu kilkudziesięciu godzin do­prowadzić do największej katastrofy wizerunkowej kraju po 1989 roku, której konsekwencje będziemy odczuwać la­tami, no to naprawdę jest nie lada osiągnięcie. Kierując się swoimi fiksacjami, chłopcy z PiS rzucili gównem w wenty­lator, a teraz pryska na nas wszystkich.
   Wszystko w tej historii jest znakomite. To jak film kata­stroficzny, którego scenarzyście nie wystarczy jedna trage­dia, trzęsienie ziemi to za mało, w twórczym szale dorzuca występujące z brzegów oceany, światową epidemię eboli, ataki zmutowanych szerszeni i nadciągający meteoryt. Ma być bum na czterdzieści fajerek, ale nagromadzenie nie­szczęść powoduje, że film zaczyna trącić groteską. Boha­terowie szarży pod tytułem „Nowelizacja ustawy o IPN” również postanowili zagrać na wielu instrumentach i pójść na całość, by nie przepuścić żadnej, ale to żadnej okazji do pogorszenia sytuacji.
   Najpierw sama niechlujna i niejasna nowelizacja. Tak w ogóle to się dziwię, że Izraelczycy i Żydzi z diaspory się ciskają, bo przecież ta kara trzech lat więzienia za krzyw­dzące wypowiedzi o Polsce i Polakach przeznaczona jest dla nas, obywateli Najjaśniejszej. Wiem, wiem, zapisane jest, że polski wymiar sprawiedliwości będzie ścigał każde­go na całym świecie, obojętne, z jakiego kraju pochodzi, ale bądźmy poważni. Czy ktoś sobie wyobraża, że Wielka Bry­tania, Francja, USA, Australia, o Izraelu nie wspominając, wyda Polsce swego obywatela, bo ktoś w PiS uzna, że tenże naruszył dobre imię Polski? Bat jest na szczęśliwców żyją­cych między Bugiem i Odrą.

sobota, 10 lutego 2018

Fałszowanie historii i Co naprawdę o sobie wiemy



Fałszowanie historii

Ziobro i Jaki stanowią sobie prawo, wedle którego będą musieli postawie w stan oskarżenia każdego ocalonego Żyda, który przeżył w Polsce okupację - pisze prof. Jan Tomasz Gross, historyk, socjolog, autor książek o Zagładzie

Cokolwiek by o nich myśleć, panowie Zbi­gniew Ziobro i Patryk Jaki dobrze zna­ją język polski. I gdyby chcieli zakazać pod groźbą kary używania określenia „polskie obozy zagłady”, to jako główni autorzy no­welizacji ustawy o IPN na pewno potrafiliby to zrobić - na przykład wpisując do tekstu inkryminowany zwrot: „polskie obozy zagłady". I jeśliby właśnie o to PiS chodziło, to z łatwością mogłoby osiągnąć swój cel i pies z kulawą nogą by na to nie zareagował. Wszyscy normalni ludzie na świecie wiedzą, że obozy zagłady podczas drugiej wojny świa­towej były niemieckie. Co najwyżej jakiś malkontent mógłby za­pytać, jaki jest sens dekretowania oczywistości.
   Ale że propaganda o powstawaniu Polski z kolan pod PiS-owskim przewodem nie wszystkich jeszcze otumaniła, nowe prawo odczytane zostało zgodnie z intencją jego inicjatorów - jako próba fałszowania historii.
   PiS postanowiło zakazać mówienia prawdy o zagładzie Żydów.
   Nowe prawo domaga się, pod groźbą kary, usunięcia z narra­cji historycznej wiedzy na temat współudziału polskiej ludności w prześladowaniu Żydów podczas okupacji.
A tymczasem taki współudział miał miejsce, i to - jak pisał Jan Karski, obserwując te zda­rzenia na bieżąco - ze strony „znacznej czę­ści Polaków”. Wielkim sukcesem polskich historyków jest dogłębne badanie tego za­gadnienia przez ostatnie 20 lat.
   Oprócz wiedzy dostępnej obecnie dla każ­dego, kto zechce wziąć do ręki publikacje Jana Grabowskiego, Aliny Skibińskiej, Bar­bary Engelking, Dariusza Libionki, Jacka Leociaka, Elżbiety Janickiej, Agnieszki Ha­skiej, Joanny Tokarskiej-Bakir i wielu in­nych uczonych, ich działalność naukowa przyniosła szacunek dla Polski jako kraju, którego społeczeństwo otwarcie konfrontu­je się z bardzo trudną przeszłością. Jednym bezmyślnym gestem panowie Ziobro i Jaki reputację Polski w tej materii przekreślili.

czwartek, 8 lutego 2018

Zapaść



Międzynarodowa pozycja Polski jest najsłabsza od 1989 roku. Jak PiS tego dokonało? Jak można to zmienić?

Sześć lat temu, 29 maja 2012 r., prezydent USA Ba­rack Obama, nadając pośmiertnie Janowi Kar­skiemu najwyższe amerykańskie odznaczenie Medal Wolności, powiedział „polski obóz śmier­ci”. Byłem wówczas rzecznikiem MSZ, pamiętam 48 godzin twardych wysiłków władz Polski, by jak najszybciej naprawić ten idiotyczny błąd. Spowo­dowany zresztą przypadkiem przez młodego speechwritera.
   Dyplomacja amerykańska przeprosiła i sprostowała już na­stępnego dnia. W wyniku naszych dalszych nacisków przeprosił na piśmie sam Obama, dodając, że „Polska od lat słusznie prowa­dziła kampanię, by wyeliminować tę frazę z dyskursu publicznego na całym świecie”. Media światowe mówiły nie tylko o gafie Oba- my, ale też o bezprecedensowych przeprosinach prezydenta USA. W sumie więc cała sprawa rozpowszechniła w świecie wiedzę, że żadnych „polskich obozów” nie było, a Polacy byli w II wojnie ofia­rami, a nie współsprawcami zbrodni niemieckich nazistów.
   I tym różni się tamta sytuacja sprawnej Polski, powiązanej in­stytucjonalnymi i osobistymi więzami z ważnymi sojusznikami, od sytuacji obecnej - Polski osamotnionej, pozbawionej sojusz­ników, z całkowicie zszarganą reputacją. Polski nikt nie broni.
Jak do tego doszło?

środa, 7 lutego 2018

Szydło w ruinie



Beata Szydło jest przybita i rozgoryczona. Nie pogodziła się z utratą fotela premiera. Ani z tym, że jej szefem został podwładny, z którym rywalizowała

Renata Grochal

Gdy zostajesz premierem, to jest tak, jakbyś zażył wielokrotnie wzmocnio­ny narkotyk - opowiada ważny polityk Zjednoczo­nej Prawicy. - Jesteś w centrum wyda­rzeń, masz dostęp do tajnych informacji, podejmujesz ważne decyzje. Nawet jeśli to było ograniczone przez Jarosława Ka­czyńskiego, to Beata i tak czuła, że wiele od niej zależy - dodaje.
   Szydło spadła z wysokiego konia. Ci, którzy przebywają z nią na co dzień, mó­wią, że jest załamana i rozgoryczona. Nie może się pogodzić z tym, że Mate­usz Morawiecki nie zasuwał w kampanii wyborczej, a został premierem. Ciągle się zastanawia, jak mu się udało podejść Kaczyńskiego i ją zdetronizować.

TAK JĄ PRZECZOŁGALI
W Przecieszynie koło Oświęcimia, rodzinnej miejscowości Beaty Szyd­ło, liczącej około 300 domów, trwa ko­lęda. Przed jasną willą stoi kościelny z ministrantami, ksiądz jest w środku na obiedzie. Kościelny opowiada mi, że kil­ka dni temu byli po kolędzie u Szydłów. Czekali z wizytą na piątkowy wieczór, aż była premier przyjedzie z Warsza­wy. - Pani Szydło była smutna, ale było widać, że poczuła ulgę, że jej to wszyst­ko już spadło z ramion. Ostatnio przy­chodziła bardzo przybita do kościoła, z mężem Edwardem pod rękę, w obsta­wie sześciu BOR-owców. Ciężko prze­żywała ten serial z rekonstrukcją rządu, to, że tak ją przeczołgali. Czy pogodzi się z dymisją? A jakie ma wyjście? Przecież tam o wszystkim jedna głowa decyduje - mówi mój rozmówca.
   Wieś w ocenie dymisji Szydło jest po­dzielona. Danuta Bułka-Morończyk, re­zolutna blondynka, właścicielka sklepu w Przecieszynie, zna Szydło od lat. Obie należą do Ochotniczej Straży Pożarnej. Według niej styl odwołania Szydło był fatalny.
   - Było mi przykro, że pani premier zo­stała tak potraktowana, bo to jest dobry człowiek - mówi.
   Z kolei pan Józef ceni Szydło za 500+ i obniżenie wieku emerytalnego, ale uważa, że Morawiecki jest lepszy: - Zna języki i będzie potrafił się w Unii doga­dać. Poza tym jest bardziej dostojny.

wtorek, 6 lutego 2018

Bóg, Honor, Brazylia






Rosjan i komunistów. Rok później wzięli puszkę z farbą i zniszczyli pomnik tych, których już raz posłali do piachu. Gdy złapała ich policja, powołali się na prezydenta Dudę

Wojciech Cieśla

Zrobili to wrześniową nocą 2017 r. we wsi Rząbiec w powiecie Włosz­czowa, w województwie święto­krzyskim. Szybko wpadli.
   W komisariacie wyrazili skru­chę i dobrowolnie chcieli płacić grzywnę. Przyznawali, że byli po piwku, mówili, że się wstydzą.
   Lubili partyzantkę i patriotyzm. Bawili się w rekonstrukcje: oficerki, mundury z czasów wojny, flagi z czarnym krzyżem Narodowych Sił Zbrojnych. A wtedy w porywie obywatelskich emocji oblali farbą pomnik ponad 70 ofiar NSZ.
   Prokurator chce, żeby trzej młodzi mężczyź­ni ponieśli za to karę. Bronią ich specjaliści od polityki historycznej: czy istnieje paragraf na szczerą miłość do Ojczyzny?

poniedziałek, 5 lutego 2018

Krajobraz po ministrze



Odwołanie Antoniego Macierewicza kończy pewien etap, ale nie kłopoty wojska. Stan, w jakim zostawił armię i przemysł zbrojeniowy, wskazuje, że najtrudniejsze chwile dopiero przed wojskowymi.

Juliusz Ćwieluch

Już trzy tygodnie po odwołaniu Antoniego Maciere­wicza trudno uwierzyć, że w ogóle kiedyś był szefem MON. Intensywne czyszczenie ministerstwa z ludzi Macierewicza zaczęło się już w dniu jego odwoływa­nia i trwa w najlepsze. W zaledwie tydzień wymie­ciono niemal wszystkich jego zastępców, szefa SKW i najbliższych nominatów byłego szefa. W przemyśle zbrojeniowym trwa tworzenie list osób do zwolnie­nia. A obronna akcja zaprzyjaźnionych z ministrem mediów wypaliła się po tygodniu, pozbawiona żaru reklam i ogło­szeń, które wcześniej obficie tam lokowano. Niestety, wcale nie oznacza to, że kłopoty wojska ze wszechpotężnym do niedawna ministrem można uznać za zamknięte.

niedziela, 4 lutego 2018

Czyn pomówienia,Awaria,Pudrowanie nihilizmu,Wafelek,Wszystko przez wafelki,Wiara w pieniądz i 27:1 bis



Czyn pomówienia

Trzeba mieć jakiś niebywały talent do nakręcania awantur, żeby ni stąd, ni zowąd wywołać między­narodowy skandal, bardzo dla reputacji Polski kosz­towny. Chodzi o tę nieszczęsną nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej wprowadzającą karę do trzech lat więzienia dla każdego, „kto publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi Polskiemu lub Państwu Polskiemu odpo­wiedzialność lub współudział” w zbrodniach nazistowskich „lub w inny sposób rażąco pomniejsza odpowiedzialność rzeczywi­stych sprawców”. Trudno powiedzieć, czy termin uchwalenia tej ustawy był przypadkowy czy świadomie wybrany, ale ogło­szono ją w przeddzień międzynarodowych obchodów rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, wywołując od razu gorące protesty przedstawicieli Izraela, którzy w ustawie odczy­tali groźbę represji wobec świadków, a także zapewne badaczy Holocaustu, jeśli ośmielą się zarzucać Polakom (Narodowi Pol­skiemu?) jakikolwiek współudział w zagładzie Żydów.
   Niby, jak potem zaczęli tłumaczyć rzecznicy polskich władz, nowe prawo miało przede wszystkim zapobiec używaniu określenia „polskie obozy koncentracyjne”, ale w ustawie nie ma do tego bezpośredniego odniesienia. Pojawiły się za to różne nieostre pojęcia, pozwalające na bardzo szeroką interpretację „czynu pomówienia Narodu Polskiego”. Zresztą, nawet ten najwęziej deklarowany cel nowelizacji wydaje się naciągany, bo poza jakimiś sporadycznymi i niesłychanie rzadkimi dziś przypadkami (raczej niechlujstwa niż intencji) nikt na świecie nie mówi i nie pisze, że to Polacy zakładali nazistowskie obozy koncentracyjne, a państwo polskie organizowało Zagładę.
Akurat Holocaust jest tak silnie obecny w światowej historii, kulturze i popkulturze, że naprawdę nie ma tu czego prostować. W ogóle walka z „polskimi obozami” jest jedną z obsesji założycielskich polskiej prawicy. Psychoanalityk nie miałby pewnie problemu, żeby doszukać się tu pod spodem jakiegoś dyskomfortu sumienia, nieprzepracowanego wstydu.