PiS - konstytucja 2010.pdf

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Premier rezerwowy



Dymisja Beaty Szydło była szykowana od kilku miesięcy. Partia czekała na premiera Kaczyńskiego, a znienacka dostała Morawieckiego. Za zmianą ma pójść poprawa relacji z Brukselą. Tylko czy nowego szefa rządu zaakceptuje elektorat?

Michał Krzymowski

Czwartek wieczorem. W głównej siedzibie PiS na Nowogrodzkiej trwa posiedzenie władz ugrupowania. Jarosław Kaczyń­ski, przy milczącej aprobacie Beaty Szyd­ło, przedstawia projekt decyzji, która ma zostać przyjęta przez komitet polityczny partii. Z dokumentu wynika, że po dwóch latach rządów przyszedł czas na zmianę. Dlatego Szydło skła­da rezygnację z funkcji premiera, a partia zgłasza kandydaturę Mateusza Morawieckiego.
   W dyskusji po kolei zabierają głos wszyscy członkowie ko­mitetu, w sumie 33 osoby. Ich wystąpienia brzmią niemal jed­nakowo: najlepszym kandydatem na premiera jest Jarosław Kaczyński, ale jeśli zapadła decyzja o wysunięciu Morawie­ckiego, to należy ją uszanować. Wszyscy dziękują Szydło za dwa lata pracy i styl, w jakim odchodzi. W jej obronie stają tyl­ko dwie osoby: szef komitetu stałego rządu Henryk Kowalczyk i szefowa gabinetu pani premier Elżbieta Witek.
   Wynik głosowania jest niemal jednogłośny: 30 osób opo­wiedziało się za, dwie były przeciw, a jedna się wstrzymała. - Nie zawiodę za­ufania - obiecuje na koniec posiedzenia Morawiecki.
   Po komitecie Kaczyński przechodzi do sali konferencyjnej, w której za chwi­lę odbędzie się posiedzenie klubu par­lamentarnego PiS. Przedstawia treść uchwały: mimo przeciwdziałania wro­gich sił zewnętrznych i wewnętrznych osiągnięto wielkie sukcesy, pani premier wykazała się niezwykłym talentem me­dialnym i pracowitością. Potrzeba jednak korekty. Stąd rezygnacja Beaty Szydło i kandydatura Morawieckiego. Wystąpie­nie prezesa kilkakrotnie przerywa owacja na stojąco. Dokument zostaje przyjęty przez aklamację, gład­ko i bezboleśnie.
   Gdy los Szydło zostanie przypieczętowany, Kaczyński nie bę­dzie kryć zadowolenia. - Myślałem, że odbędzie się dyskusja, ale widzę, że nie ma takiej potrzeby. Dziękuję pani premier za jej postawę, za którą powinniśmy ją całować nie tylko po rę­kach, ale i po nogach - śmieje się. Szydło odpowie mu na to niespeszona: - Wierzymy w mądrość pana prezesa.
   Poseł PiS, już po wszystkim: - Poszło jak z płatka. Gdyby dwa miesiące temu ktoś mi powiedział, że przeprowadzenie kandy­datury Morawieckiego może pójść tak łatwo, nie uwierzyłbym. Doskonale to prezes rozegrał.

niedziela, 10 grudnia 2017

Jedność kontra jedynowładztwo,Delegalizacja,Pinokio w Wietnamie,Dwie teorie,Cudzysłowy, Historia w więzieniu i Goń go do dziury



Jedność kontra jedynowładztwo

Na pytanie, co się teraz dzieje z Polską, odpowiedź jest brutalnie prosta. Polska staje się PiS-em.
   Lider PiS najpierw sprywatyzował swoją par­tię, teraz prywatyzuje państwo. Zgodnie ze statutem PiS Ka­czyński jest praktycznie nieodwoływalny. Zgodnie z prawami już przyjętymi i właśnie forsowanymi w parlamencie władzę absolutną będzie miał także w Polsce. W PiS jego słowo jest prawem. Czasem zresztą nie musi nic mówić, czynownicy do­myślają się jego życzeń i spełniają je, zanim je wypowie. PiS podejmuje decyzje według jego zachcianek, PiS-owski chór śpiewa według jego partytury.
   I tak samo za chwilę będzie w całym kraju. Sądy będą są­dami tylko z nazwy, a ten najważniejszy będzie najwyższy też tylko z nazwy, bo najwyższym prawem w praktyce będzie wola wodza. W sprawach o politycznym zabarwieniu sądy będą miały mniej więcej taką niezależność jak sąd partyj­ny w PiS, który przyklepuje wszystko, czego chce Kaczyński. Partia jest na usługach prezesa, a teraz na usługach jego i par­tii będzie całe państwo. Zrepolonizowane banki będą spon­sorowały (już sponsorują) liczne przedsięwzięcia wskazane przez władzę. Z państwowych spółek właściwie uczyniono fi­nansowe zaplecze partii, opłacając z ich pieniędzy partyjną telewizję i partyjne kampanie.
   Pośpiech w przepychaniu ustaw demolujących resztki de­mokracji jest zrozumiały. Wódz, który zapewne już za mo­ment obejmie funkcję premiera, musi mieć oczyszczone pole. Żadnego podziału władz - ma być jedynowładztwo. Żadnego głosu sprzeciwu, który mógłby go powstrzymać. Trzeba też, rewanżując się przy okazji za weta i wymuszo­ne wizyty w Belwederze, do końca ośmieszyć i zadrianizować prezydenta. Intronizacji pana i władcy towarzyszy bowiem abdykacja Andrzeja Dudy. Ostateczna.

sobota, 9 grudnia 2017

Zabić leminga



Polska klasa średnia jest w kleszczach prawicowego i lewicowego populizmu. Oba zazdroszczą jej sukcesu, nienawidzą z pobudek ideologicznych i chcą wycisnąć z niej pieniądze potrzebne na kupno wyborczego poparcia

Każdy atak populistów na li­beralną demokrację zaczy­na się zawsze od ataku na klasę średnią - na liberal­ne mieszczaństwo, które tę demokrację zbudowało. Tak jest w Niem­czech, gdzie przeciwko głosującemu na chadecję i socjaldemokrację liberalnemu centrum wystąpiły AfD (skrajna populi­styczna prawica) i Die Linke (skrajna po­pulistyczna lewica). Tak jest we Francji, gdzie reprezentującego liberalne miesz­czaństwo Emmanuela Macrona próbują zniszczyć z jednej strony skrajnie pra­wicowy Front Narodowy Marine Le Pen, a z drugiej Jean-Luc Melenchon - zbie­rający resztki po stalinowskiej Francu­skiej Partii Komunistycznej i CGT. Nie inaczej jest w Polsce, gdzie polityczny środek znalazł się w kleszczach prawico­wego i lewicowego populizmu.

piątek, 8 grudnia 2017

Stalowa kula



Czy pisowscy notable ze Stalowej Woli poniosą odpowiedzialność za tragiczny wypadek ucznia na szkolnej strzelnicy?

Mataczenie, nakłanianie do fałszywych ze­znań, prywatne spotkania prowadzących śledztwo z podejrzanymi, tajemnicze za­wirowania wokół dowodu rzeczowego. Wszystko po to, by samorząd Stalowej Woli i dyrekcja szkoły uniknęły zarzutów.
   Stalową Wolą rządzi PiS. I to prawie na 100 proc. Z tej partii jest prezydent Lucjusz Nadbereżny, którego osobiście zachwalał Jarosław Kaczyński, bo dofinansowuje wyjazdy lokalnych patriotów na marsze niepodległości do Warszawy, starosta powiatowy Ja­nusz Zarzeczny i wszyscy radni miejscy z wyjątkiem dwóch. Nie przypadkiem to właśnie tu fetował przed dwoma tygodniami Święto Niepodległości prezydent RP Andrzej Duda, który pre­zydenta Stalowej Woli odznaczył za zasługi. Nic się w mieście
zdarzyć nie może bez zgody PiS: wszystkie stanowiska, także w oświacie, rozdzielane są z partyjnego klucza. Normalka. To tu dyrektorka szkoły, słynna ostatnio na całą Polskę, prywatnie przyjaciółka mamy prezydenta Stalowej Woli, na portalu społecznościowym zachęcała do wstępowania do ONR. To w Stalo­wej Woli nominacje na stanowisko dyrektora szkoły radnej PiS Agaty Krzek ogłosił portal STW24, jedyne opozycyjne medium w mieście, na dzień przed upływem terminu składania ofert konkursowych. Po tygodniu radna dostała stanowisko. - To, że się nie wycofali, świadczy o skali arogancji pisowskiej władzy w mieście - mówi redaktor naczelny Artur Szczęsny. Jego portal jako pierwszy poinformował również o tym, co dzieje się wokół tragicznego wypadku na szkolnej strzelnicy. Inne lokalne media jakby nie widziały, że partyjna sitwa działa poza prawem.
I sprawiedliwością.

czwartek, 7 grudnia 2017

Sterniczka bez sternika



Katarzyna Lubnauer to pierwsza kobieta, która bez męskiego nadania zdobyła wysokie stanowisko w polskiej polityce. Czy osobiste zwycięstwo uda jej się przekuć w sukces całej opozycji?

Marek Edelman ponoć zawsze zwra­cał się do niej per „matematyczko”. Z racji zawodu, ale może także z po­wodu jej skłonności do konkretu oraz skrupulatności. Szefowała wówczas śródmiejskiemu kołu Unii Wolności w Łodzi, którego Edelman był człon­kiem. To było dobre 20 lat temu. Bo choć na ogólnopolskiej scenie Katarzyna Lubnauer zaistniała dopiero w 2015 r., jej polityczne dossier jest całkiem spore - przeszła przez UD, UW i Partię Demokratyczną. Pod koniec lat 90. udało jej się zdobyć mandat łódzkiej radnej; później jednak było już trudniej. Nie powiodło jej się w wyborach do Sejmu (w 2001 r. z listy UW i w 2005 r. z listy PD), do Parlamentu Europejskiego (2004 r., UW), jak i w samorządowych, w których startowała kolejno w 2002, 2006 i w 2010 r. (z list: lokalnego komitetu „Łódź na fali”, LiD i PO). Drzwi do wielkiej polityki otworzył przed nią dopiero Ryszard Petru. Dziś sama wystawia go za drzwi, pozbawiając władzy nad partią, którą zbudował, i niwecząc szanse na re­alizację jego marzenia o fotelu premiera. - Brutus też dokonał zamachu na Cezara, żeby ocalić demokrację - tłumaczy Kata­rzyna Lubnauer.
   Długo była jego bliską współpracowniczką, lojalną, bardzo pracowitą, stojącą w cieniu popularnego lidera. Później jednak ambicje wzięły górę. Zaczęła coraz śmielej grać na siebie, krok po kroku budować swoją rozpoznawalność oraz pozycję w klu­bie i w partii. Być może i na to wpływ miała „Madera”. Lubnauer próbowała przecież kryć Petru, wmawiając dziennikarzom, że lider N wybrał się do Portugalii „w sprawach partyjnych”; ten jednak wystawił ją na śmieszność, ogłaszając następnego dnia, że chodziło wyłącznie o sprawy prywatne. Podczas konferencji cały czas stała u boku Petru, minę miała jednak nietęgą.
To musiał być cios: szef N poświęcił jej reputację, aby ratować własny wizerunek. Kompromitacji jednak nie uniknął. Sprawa sylwestrowego wypadu Petru zaciążyła na notowaniach jego  partii, a jemu samemu - jak zauważył ostatnio Marek Migalski - odebrała powagę: coś, co choć nieuchwytne, dla polityka jest niezwykle istotne.
   Na światło dzienne zaraz zaczęły wychodzić również inne problemy szefa N - jego klubowi koledzy skarżyli się, że nie potrafi zarządzać partią ani opracować długofalowej strate­gii, że otacza się klakierami i nie szanuje tych, którzy mają odmienne zdanie (POLITYKA 7). Czterech najbardziej kry­tycznych posłów przeszło w końcu z klubu N do Platformy. Równolegle swoją pozycję zaczęła umacniać Katarzyna Lub­nauer. Kilka tygodni po wybuchu skandalu została rzeczniczką partii - co zagwarantowało jej dostęp i uwagę mediów; a pod koniec kwietnia - szefową klubu Nowoczesnej (rozdzielenie funkcji przewodniczącego partii i szefa klubu parlamentar­nego miało pomóc uspokoić sytuację w N i pozwolić odbić się w sondażach).
Cały czas była też wiceszefową partii. Bilans roku zamyka zaś jako jej przewodnicząca. Wewnątrzpartyjne wybory wygrała jednak o włos, a właściwie o głos. - Niewiele brakowało, a Kata­rzyna nie miałaby większości bezwzględnej i byłaby druga tura. Ona dostała 149 głosów, Ryszard -140, ale było 5 głosów wstrzymujących się - zaznacza Jerzy Meysztowicz, dotychczasowy wi­ceprzewodniczący partii, który choć z Lubnauer zna się dłużej niż z Ryszardem Petru - bo jeszcze z czasów Unii - głosował na założyciela N. - Postawiłem na Ryszarda, bo z Kaśką byłem w UW, zaś z Ryszardem tworzyłem Nowoczesną. A to różnica.

środa, 6 grudnia 2017

Pozamiatane



PiS domyka przejmowanie instytucji demokratycznego państwa prawa. Powstaje fasadowy ustrój monopartyjny.

Na najbliższym posiedzeniu Sejmu posłowie przyjmą ustawy oddające partii rządzącej wła­dzę nad Krajową Radą Sądow­nictwa i Sądem Najwyższym. Domknie się przejmowanie systemu wy­miaru sprawiedliwości. Za chwilę dokona się też przejęcie procesu wyborczego. Po­dobno prezes Kaczyński ma ustawy sądo­we i Kodeks wyborczy dostać „na Gwiazd­kę”. Przed dwoma laty na Gwiazdkę dostał pierwszą pisowską nowelizację ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, która zapo­czątkowała, zakończone właśnie, przejmo­wanie tej instytucji.
   W sprawie KRS i SN opinię publiczną interesuje, kto wygrał: prezydent czy pre­zes? Zakłada się, że projekt prezydencki jest lepszy, bo „mniej niekonstytucyjny”. Z punktu widzenia konstytucyjnej zasady podziału władzy i niezależności sądów nie ma znaczenia, czy Sądem Najwyższym rządzi prezydent czy minister. Widocznie jednak nadeszły czasy, gdy zastanawiamy się, czy lepiej oberwać cegłą czy łopatą, za­miast upierać się, że bić nie wolno w ogóle.
   Prezydenckie projekty realizują wszyst­kie cele PiS, łącznie z faktyczną wymia­ną sędziów. W KRS wprost przerywa się ich kadencję. W SN różnymi trikami eliminuje się poszczególne kategorie sę­dziów (o czym niżej). Do tego prezydent wbudował w ustawę o Sądzie Najwyż­szym mechanizm, który zapewni partii rządzącej kontrolę nad wyborami - nie tylko przyszłymi, ale nawet tymi, które już się odbyły. Przy lekkiej modyfikacji - przy pomocy poprawek PiS - mecha­nizm ten może posłużyć do unieważ­nienia wyboru samego Andrzeja Dudy.

wtorek, 5 grudnia 2017

Rozjeżdżana niezawisłość



Zbigniew Ziobro przejmuje sądy. Czystka obejmuje cały kraj. W Krakowie minister sparaliżował sąd mający wydać wyrok w sprawie śmierci jego ojca.

Aleksandra Pawlicka

Ostatni czwartek, Sąd Okręgowy w Krakowie. Ponownie rusza proces w sprawie śmierci Jerze­go Ziobry, ojca obecnego ministra sprawiedliwości. Tłum dzien­nikarzy wypełnia jedną z największych sal. Sprawa jest precedensowa - wyzna­cza standardy pracy sędziów w Polsce w sytuacji, gdy władza chce przejąć peł­ną kontrolę nad sądami.
   Ojciec Ziobry zmarł w 2006 r. w wy­niku powikłań pooperacyjnych. Leka­rze zostali oskarżeni o przyczynienie się do jego śmierci. Po 11 latach procesu sąd ich uniewinnił, ale rodzina zmarłego nie godzi się z wyrokiem. Kilka dni przed wznowieniem procesu Zbigniew Ziobro robi czystkę w krakowskim sądzie.
   - Ta sprawa nie pozostawia złudzeń, w jakim kierunku zmierzamy. To, co dzieje się w sądach i czemu służyć ma re­forma sądownictwa, zamienia wymiar sprawiedliwości w bezmiar niespra­wiedliwości - mówi „Newsweekowi” Krystian Markiewicz, prezes Stowarzy­szenia Sędziów Iustitia.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Brutuski



Ryszard Petru stracił Nowoczesną przez sojusz Katarzyny Lubnauer z Kamilą Gasiuk-Pihowicz. Teraz w partii wszyscy się zastanawiają, kiedy Kamila wbije nóż w plecy Katarzynie


To jest opowieść o kipiących ambicjach, ry­walizacji, zemście i wielkim osobistym za­wodzie. Główne role odegrają kobiety, które do tej pory w polskiej polityce były obsadza­ne raczej w rolach drugoplanowych.
   Katarzyna Lubnauer jeszcze dzień przed ogłoszeniem, że będzie kandydować na szefową partii przeciwko Ryszardowi Petru, jakby nigdy nic zjadła z nim śniadanie w bistro na wprost Sejmu. Zamówili jaj­ka sadzone i sprzeczali się o wspólne listy zjednoczonej opo­zycji. Gdy w piątek zadzwoniła, że startuje, Petru był w szoku. Przekonywał, żeby tego nie robiła, bo trudno im będzie później współpracować. Ale Lubnauer nie chciała słuchać.
   - Ja Kaśce w stu procentach ufałem. Rozmawialiśmy codzien­nie po kilka razy. Obgadywaliśmy wszystko wspólnie - mówi mi były już lider Nowoczesnej. Czuje się zdradzony.
   Lubnauer była prawą ręką Petru. Żartowali, że tak świetnie się dogadują, bo oboje są dziećmi ścisłowców. Rodzice Petru są doktorami fizyki, matka Lubnauer - profesorem mikrobiolo­gii, ojciec był chemikiem. Dlatego - jak mówili - oni na politykę patrzą chłodnym analitycznym okiem. To Petru, który dwa lata temu od zera zbudował Nowoczesną, namówił Lubnauer, żeby wstąpiła do jego partii.
   Wcześniej była w Unii Wolności i Partii Demokratycznej. Bez powodzenia startowała do sejmiku łódzkiego z list PO.
   Prywatnie się zaprzyjaźnili. Lubnauer, obok Joanny Scheuring-Wielgus, była częstym gościem w mieszkaniu Petru i jego nowej partnerki - partyjnej koleżanki Joanny Schmidt. Pili białe wino i do późnego wieczora rozprawiali o życiu i polityce. Po feralnym wyjeździe Petru do Lizbony z Joanną Schmidt zimą 2016 rok Lubnauer mocno ich wspierała. Publicznie zapewniała, zresz­tą niezgodnie z prawdą, że wypad zakochanych nie był prywat­ny, lecz służbowy. Chciała w ten sposób ratować Petru, choć on uważał, że nie powinni kłamać.

niedziela, 3 grudnia 2017

Pani z telewizji



Ci, którzy znają Danutę Dunin-Holecką, mówią, że świeci odbitym światłem PiS i zawsze bardzo jej zależało, by błyszczeć w głównym wydaniu „Wiadomości".

PiS już oficjalnie włączył Danu­tę Dunin-Holecką do delegacji rządu i PiS, a było to podczas uroczystego koncertu z okazji jubileuszu urodzin Jana Pietrza­ka. Do tego tweetu na partyjnym profilu dołączono zdjęcie delegacji. W drugim rzędzie, tuż za prezesem Kaczyńskim, obok rzecznika rządu stała uśmiechnię­ta Dunin-Holecka, w stroju w kolorach polskiej flagi. Nie był to pierwszy raz, kiedy wystąpiła w barwach narodowych, wcześniej - już na premierze filmu „Smo­leńsk” - jej sukienkę zdobiła biało-czer­wona szachownica. Teraz w każdym tygodniu główna prowadząca „Wiadomości” potwierdza swoją przynależność do bia­ło-czerwonej drużyny Jarosława Kaczyń­skiego. Pobiera za to 40 tys. zł prezenterskiego wynagrodzenia.

sobota, 2 grudnia 2017

Geny i historia,Ja bym takich gnoi, Duda - koniec złudzeń, Mentalność służebna, Gest Belki, gest Kozakiewicza, Bez trybu,Przemówienie do narodu i Wędrujący ośrodek władzy



Geny i historia

Długi dystans pokonał Donald Tusk. Od „to tylko PiS” 16 miesięcy temu do „alarm!” i sugestii, że je­śli polityka PiS nie jest sterowana przez Kreml, to w swej istocie jest prokremlowska.
   Z drugiej strony to ten sam dystans, który przebyły mi­liony Polaków Najpierw poczucie, że ta władza to tylko epi­zod. Że to niemożliwe, by o naszym życiu długo decydowała ta grupa dziwacznych postaci. A potem poczucie bezsilno­ści i zimna konstatacja, że to jednak nie „Ucho prezesa”, że wszystko dzieje się naprawdę, że to nie żaden epizod, ale po­tencjalnie narodowe samobójstwo.
   Co o tym wszystkim będą czytać w podręcznikach historii nasze wnuki i prawnuki? Przecież nawet reforma Zalewskiej nie zafunduje całemu narodowi lobotomii, więc nie będą czytać o ludziach wybitnych i mężach stanu, którzy po dzie­sięcioleciach smuty wprowadzili Polskę na szerokie wody. Przeczytają raczej o jakiejś makabresce i o tym, jak grupa dziwaków, miernot i szaleńców, postaci mrocznych i kaba­retowych, odwróciła losy Polski i zaprzepaściła wielką naro­dową szansę.
   Co przeczytają o polityku, który roił sobie, że jest Piłsud­skim? Nawet ci z jego otoczenia wiedzieli, że nikim takim nie jest - wciąż jednak na każde jego skinienie robili rzeczy pod­łe i pozwolili mu całkowicie zawładnąć prawie 40-milionowym narodem, który potraktował jak króliki doświadczalne w klatce na własnym podwórku.
   A co o tym wszystkim powiedzą tym wnukom i prawnu­kom mama, tata i nauczyciel historii? Powiedzą, że straszne błędy mniej więcej w tym samym czasie popełniali Amery­kanie czy Brytyjczycy, bo coś takiego było w powietrzu - ja­kiś wirus krążył straszny, że odbijało całym narodom. Będą się jednak musieli zmierzyć z pytaniem - dlaczego my, Po­lacy? Przecież nie było okupantów, zaborców, Sowietów, nazistów, nic takiego, byliśmy sami ze sobą. I może w tym ostatnim odnajdą przyczynę.
   Metafory bywają ryzykowne. Porównania też. Szczególnie historyczne. A już zestawienia z latami 30. są niebezpiecz­ne wyjątkowo. Nie mamy pod ręką Stalina, Franco, Hitlera i Mussoliniego, w innym miejscu jest światowa gospodarka, inne są sieci zależności, kosmicznie inna jest technologia. Ale jedno podobieństwo jest uderzające. Wciąż nieposkro­miony, krążący po obu stronach Wielkiej Wody wirus, który potrafi zatrząsnąć życiem narodów i budzi uzasadniony nie­pokój setek milionów ludzi.
   Spójrzmy na Zachód. Oto Niemcy - jeszcze przed chwi­lą będące fundamentem stabilności w Europie - popadają w niespodziewany polityczny chaos. Coraz więcej partii, te - największe tracą poparcie, pozycja kanclerz kreowanej na liderkę wolnego świata szybko słabnie, na horyzoncie nowe wybory i niepewność. Nie, to oczywiście wciąż nie Weimar, ale to już nie Niemcy sprzed kilku miesięcy.

piątek, 1 grudnia 2017

Plan Kremla



Kaczyński tak bardzo podkręcił wewnętrzny konflikt polityczny, że jest on zagrożeniem dla polskiego państwa

Gdy Donald Tusk - faktycz­nie naruszając niepisaną zasadę powstrzymywa­nia się wysokich urzęd­ników UE od interwencji w życie polityczne krajów, z których po­chodzą - napisał na Twitterze, że działa­nia PiS niepokojąco przypominają plan Kremla, w polskiej polityce zawrzało. Media partii Kaczyńskiego rozpoczę­ły wobec niego kampanię nienawiści, a czołowi przedstawiciele rządu zaczę­li prześcigać się w antyrosyjskich de­klaracjach. Antoni Macierewicz na Międzynarodowym Forum Bezpieczeń­stwa w kanadyjskim Halifaksie mówił, że pomiędzy Zachodem i Rosją „to nie jest już zimna wojna, ale wojna gorąca”, po raz kolejny udowadniając zachodnim przywódcom, że ekipa rządząca Polską jest nieobliczalna.
   Opozycja prowadzi z kolei własną po­litykę tweetów, nawiązującą do wypo­wiedzi Tuska. Przy okazji kolejnej próby odwołania rządu Beaty Szydło Platfor­ma, Nowoczesna i PSL będą chciały pokazać w debacie sejmowej, że plan Kremla jest realizowany przez rządzą­cych Polską.
   Zanim diagnoza Tuska rozpłynie się w zgiełku polityki partyjnej, warto się zastanowić, o co właściwie chodzi z tym planem Kremla.

czwartek, 30 listopada 2017

Tasowanie przed rozdaniem



Rekonstrukcja jakoś nie może się dokonać. Opóźnił ją jeszcze wniosek PO o wotum nieufności. PiS najpierw rząd obroni, a potem - jeszcze w grudniu - przystąpi do jego przebudowy. Prawdopodobny kierunek: premier Jarosław Kaczyński. Ale wciąż niepewny.

Teoretycznie lepiej być nie może. Propaganda działa wzorowo, codziennie o 19.30 słychać, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej dzięki wspaniałemu rządowi i pod troskliwym okiem Jarosława Kaczyńskiego. I to po­mimo knucia totalnej, a zarazem nieudolnej opozycji.
   Polacy to najwyraźniej lubią. Po dwóch latach u wła­dzy PiS i rząd mają notowania lepsze niż na początku kadencji. Głosowania na ostatnim posiedzeniu Sejmu pokazały zaś korzystną dla prezesa zmianę układu sił w parlamencie. PiS po kilku niedawnych transferach zdobył tak pokaźną większość, że nie przeszkadzają mu już nie tylko nieobecności ministrów, ale nawet harce tzw. koalicjantów. Ani Jarosław Gowin, ani Zbigniew Ziobro nie mają tylu posłów, by storpedować jakąkolwiek ustawę. Gowinowcy nie poparli ude­rzającego w firmy i najlepiej zarabiających pracowników projektu znoszącego górny limit składek na ZUS, ale ustawa i tak przeszła bezpieczną większością głosów. Klub PiS liczy 235 posłów, regu­larnie wspiera go pięcioosobowe koło Wolni i Solidarni, a czasem pomagają niezrzeszeni bądź kukizowcy.
   Opozycja zajęta jest sobą. Nowoczesna przechodzi właśnie trudny okres sukcesji po klęsce Ryszarda Petru, a wypowiedzi nowej przewodniczącej Katarzyny Lubnauer zwiastują niełatwe negocja­cje jej ugrupowania z Platformą przed kampanią samorządową. A mimo to wygląda na to, że PiS zakopał się jak samochód w piasku. Silnik pracuje, ale koła buksują. Partia Kaczyńskiego ugrzęzła w sporze z prezydentem i w grach rekonstrukcyjnych. Wicepremierzy niemal otwarcie dążą do dymisji premier Szydło. Andrzej Duda oskarża wiceszefa PiS Antoniego Macierewicza o stosowanie „ubeckich metod” wobec współpracownika głowy państwa i ostro krytykuje szefową rządu. „Tu bez wątpienia był problem na linii prezydent-rząd, a linia ta to w pierwszej kolejno­ści linia prezydent-premier” - powiedział Duda w TVN24, pytany o weto do ustaw sądowniczych. Dodał, że byłoby „czymś natural­nym”, gdyby Kaczyński stanął na czele rządu. To jasna wskazówka, że Pałac Prezydencki przyjąłby dymisję Szydło z radością.
   Co więcej, nieciekawe dla PiS wieści przyniosły listopadowe sondaże. Przygnębiona posłanka PiS: - Nie będzie drugiej kadencji. Z atmosfery 2015 r. nic nie zostało. Konflikt z prezydentem już mamy, a teraz zaczyna się wojna domowa w rządzie i partii. Spróbujmy zatem wyliczyć problemy PiS, tak jak widzą je politycy tej partii.

środa, 29 listopada 2017

Na służbie



Tuż przed decyzją Trybunału Sprawiedliwości UE nakazującą natychmiastowe wstrzymanie wycin­ki Puszczy Białowieskiej, 9 listopada 2017 r. policja rozbiła kolejną demonstrację obrońców Puszczy. Tym razem w Warszawie, pod siedzibą Dyrekcji Lasów Państwowych. Około 40 osób przykuło się łańcucha­mi w holu, domagając się rozmowy z dyrektorem Lasów i wy­cofania z Puszczy ciężkich harvesterów, służących do wy­cinania drzew na przemysłową skalę. Przyjechało do nich 80 policjantów. Skuli im ręce kajdankami - z tyłu, tak jak nie­bezpiecznym przestępcom, zapakowali do więźniarek i prze­wieźli do pobliskiej komendy policji przy ul. Opaczewskiej.
- Wrzucili nas do świetlicy. Chaos był okropny, tłok - opowiada Marta z Obozu dla Puszczy. Zaczęto od zbadania alkomatem (było 0,0), potem kazano powyjmować wszystko z kieszeni, plecaków i zabrano pieniądze (jak powiedziano, na poczet przyszłych grzywien i kosztów postępowań). Wreszcie każdego z zatrzymanych osobno wyprowadzono ze świetlicy w celu przeprowadzenia rewizji osobistej.
   Nie bardzo było gdzie to zrobić, więc skorzystano ze zwykłych pokoi biurowych. Policjanci buntowali się, krzyczeli, że mają huk roboty, ale wychodzili. - W ogóle było bardzo nerwowo, do tego stopnia, że nawet pomiędzy policjantami wybuchały konflikty, ostre wymiany zdań. Padały słowa „ty debilu". Wszyscy byli zde­nerwowani, narzekali, że muszą siedzieć na komendzie po go­dzinach, a tu jutro 10 listopada, wiadomo miesięcznica, zaraz potem 11 listopada i marsz narodowców i znów siedzenie kamie­niem - opowiada Marta. Część rewizji, z braku innego miejsca, przeprowadzono w toalecie, a w jednym przypadku rewizję ko­biecie zrobiono w miejscu ogólnodostępnym, przez które często przechodzili policjanci (także w jej trakcie). Marcie policjantka kazała się rozebrać do naga, zdjąć bieliznę, wypinać się, pochylać. Powiedziała, że to na wypadek, gdyby w jakimś otworze ciała ukryła żyletki. Po rewizji zabrała bieliznę. Mówiła, że dlatego, że może Marta będzie chciała się na niej powiesić. - Wiem o kil­ku kobietach, które też zostały tak potraktowane - mówi Marta. Niektórzy policjanci wyraźnie widzieli nieadekwatność środków, mówili ekologom, że to nie ich decyzje, migali się od wykonywa­nia poleceń. Ale byli i tacy, którzy chętnie pokazywali, kto rządzi, rzucali wulgarne i obraźliwe komentarze.
   Jeszcze nie ucichły komentarze dotyczące zachowania poli­cjantów w komendzie przy Opaczewskiej, a już pojawiła się in­formacja, że policyjni związkowcy z Dolnego Śląska doprowa­dzili do ścigania dziennikarza Wojciecha Bojanowskiego z TVN za ujawnienie kompromitujących policję materiałów ze śledztwa dotyczących okoliczności śmierci Igora Stachowiaka na wrocław­skim komisariacie. Policjanci wielokrotnie razili chłopaka para­lizatorem w policyjnej toalecie, i to jeszcze zakutego w kajdanki.
Jak donosi Wirtualna Polska, z utajnionego przez MSWiA raportu o poziomie agresji w policji wynika, że prawie co drugi funkcjona­riusz brał udział w interwencji, podczas której nadużywał siły.

wtorek, 28 listopada 2017

Prezydent Biedroń z bliska



W Słupsku mówią, że zarządzanie miastem męczy Roberta Biedronia. Dlatego głównie jeździ po świecie. W delegacjach spędził w ciągu trzech lat aż siedem miesięcy.

Renata Grochal

Mimo późnej pory na Europejskim Forum Nowych Idei w So­pocie spore emocje. Na panel zaplanowa­ny między godziną 23 a 1 w nocy przyszło prawie sto osób. Młode pokolenie poli­tyków ma dyskutować o tym, co po PiS. Na sali są już Joanna Mucha i Borys Bud­ka z Platformy Obywatelskiej, Katarzy­na Lubnauer i Kamila Gasiuk-Pihowicz z Nowoczesnej oraz Barbara Nowacka z Inicjatywy Polska. Czekają na prezy­denta Słupska Roberta Biedronia.
   - Biedroń przyszedł spóźniony i od wejścia gwiazdorzył. Zachowywał się tak, jakby robił łaskę, że w ogóle się po­jawił. A gdy przyszła jego kolej, po­wiedział znudzony, że nie chce mówić o PiS, tylko o marzeniach, bo one są w po­lityce najważniejsze - opowiada uczest­niczka dyskusji.
   - Jakie są jego marzenia? - dopytuję.
   - No właśnie nie potrafił powiedzieć. Do tej pory oglądałam go tylko w telewizji i byłam bardzo ciekawa, jaki jest na żywo. Ale mnie rozczarował. To chyba najbar­dziej nadmuchany balon w polskiej poli­tyce - ocenia moja rozmówczyni.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Antoni niewygodny



Macierewicz osłabł. W PiS nie wierzą, że udowodni zamach smoleński. Wojskowi boją się, że jego rządy w MON zupełnie rozłożą polskie wojsko

Paweł Reszka, Michał Krzymowski

Polityk PiS: - Jasne, że najlepiej byłoby go od­wołać. Pytanie tylko, co z nim dalej zrobić?
   Najbardziej zalazł za skórę prezydento­wi. Andrzej Duda daje do zrozumienia, że z ministrem obrony nie ma ochoty współ­pracować. Zaś prezydenccy doradcy po cichu spotykają się z ekspertami ds. wojskowości. Zbierają argumenty potwierdzające tezę, że Macierewicz psuje armię. Wszystko po to, by Dudzie łatwiej było przekonać prezesa Jarosława Kaczyńskiego do pożegnania z szefem MON.

I
Sam Macierewicz zachowuje się, jakby kierował obroną oblężonej twierdzy.
   Polityk PiS: - Nikomu nie ufa. Uważa, że ktoś na niego czyha.
   Nasze źródła w MON mówią, że Macierewicz zarządził przebu­dowę bezpiecznego pomieszczenia - tak zwanego bunkra - w bu­dynku przy ulicy Klonowej, gdzie urzęduje.
Ma być wyposażone w dodatkową aparatu­rę eliminującą możliwość podsłuchu. - Po­mieszczenie było wyposażone dobrze, ale pan minister uważa, że budynek jest zbyt blisko rosyjskiej ambasady i nie jest bez­piecznie. Ma obsesję sprawdzania wszyst­kiego - opowiada nasz rozmówca.
   Szczegółowe i częste są kontrole pi­rotechniczne. Sprawdzane są nawet po­mieszczenia przy Klonowej, do których dostęp ma naprawdę ograniczona liczba osób. A także samochody i samolot trans­portowy Casa, z którego minister z upodo­baniem korzysta. Z ochroną osobistą jest podobnie. Podczas niektórych imprez jest większa niż ta, z której korzysta prezydent.
   Generał w stanie spoczynku: - To za­bawne, ale nawet młody wiceminister Bartosz Kownacki ma dwóch ochroniarzy.
Poprzednio zastępcy ministra mieli za­zwyczaj kierowcę i tyle.
   Osoba związana z jednostką GROM:
- Od razu dało się zauważyć, że pan mini­ster GROM nie ufa. Tak jakby się obawiał, że możemy być narzędziem jakiegoś puczu. To było dziwaczne, ale zauważyliśmy, że chce stworzyć jakąś przeciwwagę dla nas. Zaczął gwałtownie wspierać żandarmerię.
   Najważniejszy jest dla niego Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej - ten właśnie, który chroni ministra. Jak podawał Onet, żołnierze z tego oddziału mają wynajęty lokal naprzeciwko miesz­kania Macierewicza, by skuteczniej dbać o jego bezpieczeństwo.
   Polityk PiS: - Żeby pokazać im, że lojalność popłaca, żandar­mi dostali takie dodatki, że zarabiali tak jak GROM. Do tego niemal nieograniczony budżet na sprzęt. Mają teraz takie za­bawki, że nawet policji, która na co dzień zajmuje się śledztwami i pracą operacyjną, opadły szczęki.

niedziela, 26 listopada 2017

Chwyt dla opozycji



Opozycja, aby pokonać PiS, powinna uderzać w miejscach, gdzie obóz władzy czuje się najmocniejszy. Bo tam traci on czujność.

Niedawno na tych łamach poddano analizie wyniki sondaży (POLITYKA 44). Z interpretacji długofa­lowych trendów popar­cia partii politycznych, od wyborów w paździer­niku 2015 do października 2017 r., wynika, że jedynie cztery razy doszło do istotnych zmian preferencji wyborczych Polaków. Po raz pierwszy, zaraz po wyborach, gdy niesiona efektem świeżości Nowocze­sna błyskawicznie rosła w siłę, osiągając niewiarygodny z dzisiejszej perspektywy wynik 30 proc. poparcia w grudniu 2015 r. Po raz drugi Nowoczesna znów przekro­czyła wyraźnie 20 proc. poparcia dzięki realizacji akcji Misiewicze.
   Trzecie poważne wahnięcie nastrojów to kryzys parlamentarny z końca zeszłego roku: demonstracja siły władzy, upokorze­nie opozycji, spowodowały, że notowania partii rządzącej poszybowały w górę. Ostat­nim akordem była klęska rządu Beaty Szy­dło w Brukseli, której symbolem stało się przegrane głosowanie w sprawie kolejnej kadencji Donalda Tuska wynikiem 27 do 1. Na krótko notowania PO urosły do poziomu 30 proc., realnie zagrażając PiS na pozycji lidera. Od tego momentu poparcie dla PiS rośnie. Notowania PO w długookresowym trendzie od wiosny 2017 r. spadają, a No­woczesna utrzymuje się lekko nad progiem wyborczym.
   Co z tego wynika dla opozycji? Jakie wnioski można wysnuć z tych trendów? Innymi słowy - jak skutecznie wygrać z PiS? Oto garść uwag.

sobota, 25 listopada 2017

Uprzejmie donoszę,Nad Wisłą bez zmian, Piszmy do siebie,Królik z kapelusza, Nuda łamania demokracji,Prezes Gersdorf wychodzi naprzeciw,Telenowela i Co by tu jeszcze zburzyć?



Uprzejmie donoszę

Donoszenie na własny kraj jest oczywiście czymś strasznym. Specyfika epoki PiS polega na tym, że za donosicieli uznawani są obrońcy demokracji, a donosicielstwo piętnują donosiciele. Pardon - sygnaliści.
   Cała sprawa jest w zasadzie prosta. W państwie coraz bar­dziej autorytarnym i de facto pozbawionym polityki zagra­nicznej wszystko, co dzieje się poza granicami Polski i ma do niej jakiekolwiek odniesienie, staje się częścią polityki we­wnętrznej. Opozycja to nie oponenci, ale wrogowie, nie wła­dzy, lecz państwa, a ponieważ walczą z państwem, walczą też z Polską, bo Polski nie lubią i są zdrajcami, a ponieważ są zdrajcami, trzeba ich zniszczyć.
   I tu można by skończyć opowieść o napaści PiS na europosłów PO, szczególnie tych, którzy mieli czelność głosować za rezolucją, całkowicie słusznie piętnującą antydemokratycz­ne praktyki PiS-owskiej władzy. A jednak sprawa zasługuje na coś więcej, bo cała ta historia rozświetla istotę pewnych rzeczy i zjawisk.
   Otóż, po pierwsze, nie jest wykluczone, że zarzut zdrady Polski politycy PiS stawiają całkiem poważnie, a ich oburze­nie jest autentyczne. To z kolei jest możliwe ze względu na ich mentalność i horyzonty.
   Zacznijmy od Unii Europejskiej. Wszystko, co mówią o niej politycy PiS, wskazuje, że myślą o niej nie jak o „na­szej Unii”, ale jak o strukturze wrogiej i opresyjnej. Ponie­waż dialogu w żadnej formie i z nikim nie tolerują, a wrogów z założenia zwalczają, są skazani na konflikt z Unią. Zwłasz­cza gdy zajmuje się ona łamaniem zasad praworządności przez nich samych.
   Ponieważ Unia jest wrogiem i ciałem obcym, z założe­nia jest pozbawiona prawa zajmowania się Polską. W tym sensie władza PiS ma do Unii takie samo nastawienie jak Rosja Putina czy Turcja Erdogana. Oczywiście to podo­bieństwo wskazuje na aberracyjność stanowiska kraju, któ­ry jest członkiem wspólnoty i bierze z niej całkiem niezłe pieniądze. Aberracyjność nie jest jednak paradoksalna, bo władzy w Polsce obce jest pojęcie jakiejkolwiek wspólnoty. Może poza narodową, w której panuje jednak, tak jak w PRL, jedność moralno-polityczna.

piątek, 24 listopada 2017

Pokaż, co masz



Lustracja majątkowa zastąpi zwietrzałą już nieco lustrację za pomocą teczek bezpieki. Ustawa o jawności życia publicznego to sposób PiS na utrzymanie władzy: zwiększa kontrolę nad obywatelami i niszczy zaufanie społeczne.

Napisana w Kancelarii Premiera przez ludzi ministra-koordynatora służb specjalnych Mariusza Kamińskiego ustawa „o jawności życia publicznego” jest anonsowana - zgod­nie z pisowską metodą odwracania pojęć - jako poszerzenie obywatelskiej kontroli nad władzą. Wchłania dzisiejszą ustawę o dostępie do informacji publicznej, rozporządzenie Rady Ministrów o rządowym pro­cesie legislacyjnym, zmienia przepisy o jawności oświadczeń majątkowych i o lobbingu. Wprowadza też do prawa pojęcie „sygnalisty”, ale będzie ono dotyczyło tylko spraw o korupcję.
   Trzeba być pisowcem, by napisanie ustawy o jawności po­wierzyć służbom specjalnym. Ale lektura tego projektu poka­zuje, że ustawa jest po to właśnie, by służbom ułatwić życie. Utrudnia dostęp do informacji publicznej, w tym informacji o procesie stanowienia prawa. I de facto pogarsza sytuację sy­gnalistów, zawężając to pojęcie i uzależniając nadanie takiego statusu od widzimisię prokuratora. Cukierkiem dla opinii pu­blicznej jest natomiast możliwość zapoznania się z oświadcze­niami majątkowymi półtora miliona osób, które są mniej lub bardziej związane z pełnieniem służby publicznej.
   Mało komu chce się korzystać z przepisów o dostępie do in­formacji publicznej. Chętnych na sygnalistów brak, bo to jed­nak postawa heroiczna: narażać się na ostracyzm w pracy, by walczyć z nieprawidłowościami i łamaniem prawa w firmie. Za to zajrzeć bliźniemu do portfela - i owszem, każdy będzie chętny. Tym bardziej że zamożność w Polsce, jak w PRL, nie tylko budzi zazdrość (co naturalne), ale wciąż jest czymś podej­rzanym. Najczęściej uważamy, że porządne pieniądze zdobywa się nieuczciwie. Albo że po prostu nie wypada mieć więcej, gdy inni mają mniej (to argumentacja sprawiedliwościowa).

czwartek, 23 listopada 2017

Ja w tym pływałem



Prof. Karol Modzelewski, historyk, działacz opozycji w PRL, były senator, o najważniejszych chwilach w swoim życiu i receptach na Polskę.

JAN ORDYŃSKI: - Lada chwila będziemy obchodzili pańskie osiemdziesięciolecie. Zapewne spogląda pan wstecz. Które z wydarzeń minionych lat uważa pan za najważniejsze?
KAROL MODZELEWSKI: - Trudno odpowie­dzieć na takie pytanie, bo mnóstwo histo­rii determinuje życie człowieka i tak było w moim wypadku. Ale ja, z emocjonalnego punktu widzenia, za najważniejsze uwa­żam lata 1980-81, czas pierwszej Solidar­ności. To był okres, w którym uważałem, że mam najwięcej do zdziałania i sporo mi się wówczas udało, choć oczywiście bez przesady. To była rewolucja, choć ja przez rewolucję rozumiem nie przewrót polityczny, nie zmianę ustroju, tylko zbio­rowy stan ducha rzeszy ludzi. To widzia­łem raz w życiu, właśnie w czasie Wielkiej Solidarności. Polska Ludowa była krajem konformistów. Wszędzie. Na uniwersyte­tach, w fabrykach, w Kościele, w szkołach, w harcerstwie.
Nawet w sklepie spożywczym?
Ależ oczywiście. W sklepie spożywczym konformizm i taka mała korupcja spod lady. Bo wszyscy wówczas uważali, że tak trzeba, że inaczej nie da się przeżyć, nie ma innego sposobu. Nie było czegoś ta­kiego jak oblig moralny, by postawić się, buntować. Należy wykonywać wszystkie gesty uległości, bez względu na to, co się myśli. Trzeba iść na pochód pierwszo­majowy, bo majster powiedział: „musisz pójść, bo jak tego nie zrobisz, to obetną mi premię, a ja potem obetnę ją wam”. I szedł taki. Później zapisywał się do ZMP, ZMS, PZPR. Dobry lekarz, jeśli miał ambicje zo­stać ordynatorem, też musiał zapisać się do partii. Przynajmniej tak uważał.
Bywali też bezpartyjni ordynatorzy.
Oczywiście. Byli i bezpartyjni profeso­rowie.

środa, 22 listopada 2017

Siły niezbrojne



Wygląda na to, że w wojsku dzieje się bardzo źle. Minister Macierewicz zapewnia, że będzie jeszcze lepiej.

Na fali medialnego wzmożenia ministra Macierewicza można było dowiedzieć się, że polska armia ma się świetnie, proces zakupów idzie pełną parą, Francuzi nas kochają, WOT nas obroni, a współpraca z prezy­dentem się układa. Jeden z urzędników prezydenckie­go Biura Bezpieczeństwa Narodowego zapytany nieoficjalnie, ile jest w tym wszystkim prawdy, po chwili milczenia odpowiedział: - Sama prawda, jak z „Prawdy".

Minister ogniomistrz
Jak naprawdę wygląda współpraca z prezydentem, najlepiej wie­dzą ci oficerowie, którzy w tym roku już dwukrotnie znaleźli się na listach do nominacji generalskich. I drugi raz z rzędu gwiazdki spadły im z pagonów, bo prezydent konsekwentnie nie decyduje się na mianowania generalskie. W sierpniu minister Macierewicz grał va banque i próbował przepchnąć również kandydatów, którzy nie spełniali kryteriów, jak to miało miejsce podczas ze­szłorocznych nominacji. Wtedy prezydent poszedł na ustępstwa i nominował nawet tych oficerów, którzy nie pokończyli studiów generalskich. W tym roku się zaciął i 15 sierpnia nie było żad­nych nominacji.
   Przy drugim podejściu, z okazji Święta Niepodległości, minister­stwo zmieniło strategię. Lista była krótsza, a nazwiska mocniej­sze. Wśród wyznaczonych do awansu m.in. gen. Jarosław Mika, dowódca generalny, który od 10 miesięcy zajmuje stanowisko trzygwiazdkowego generała, mając dwie gwiazdki na pagonach. Z kolei drugą gwiazdkę miał dostać gen. Robert Głąb, dowódca Garnizonu Warszawa, strategicznego dla obronności państwa, bo odpowiedzialnego za ochronę struktur dowodzenia państwem w czasie wojny. Szerszej opinii publicznej znany z pisma, które rozesłał podwładnym, żeby wiedzę o świecie czerpali z TVP Info.
   Ale i ta strategia zawiodła. Nie pomogło nawet nasłanie na prezy­denta ojca Rydzyka, który przyjechał do głowy państwa na wywiad, a z przyzwyczajenia wyszło mu kazanie. Nominacji generalskich nie będzie. Dla odwrócenia uwagi będą za to historyczne stopnie wojskowe. Do wojska wrócić mają rotmistrzowie, ogniomistrzowie i wachmistrzowie. Egzotyczne i trudne do wymówienia z punktu widzenia kolegów z NATO stopnie wojskowe z pewnością dodadzą polskiej armii kolorytu. I chyba niczego więcej.
   Gra w generałów, jak nazywają ją wojskowi, nie jest zwykłą wy­mianą złośliwości pomiędzy prezydentem a ministrem. Po pierw­sze, Andrzej Duda przypomina, że istnieje i ma coś do powiedzenia jako zwierzchnik Sił Zbrojnych. Po drugie, daje sygnał, że wie, co się dzieje w wojsku, i się na to nie zgadza. - Sytuacja jest trudna, bo lu­dzi prezydenta z jednej strony wiąże tajemnica i lojalność wobec własnego obozu. Z drugiej strony widzą, w którą stronę to wszyst­ko idzie, i próbują jakoś powstrzymać tę katastrofę - mówi jeden z oficerów.
   Konflikt ma swoje podłoże w dokumentach, o których zwykły zjadacz chleba nie wie i do których nie ma szansy zajrzeć, a które wyznaczają przyszłość nie tylko armii, ale naszej suwerenności. Strategiczny Przegląd Obronny przygotowany w MON miał być podsumowaniem stanu armii i wyznaczyć nową strategię obronną. SPO został niemal rozjechany przez wojskowych związanych z prezydentem. - Proszę zajrzeć na strony MON. W zakładce z klu­czowymi dokumentami ciągle są te z podpisami prezydenta Komo­rowskiego, a nawet Donalda Tuska - mówi Romuald Szeremietiew, były minister obrony narodowej. - Ministerstwo nie ma pomysłu, jak zbudować obronę. Chyba że za jakiś pomysł uznamy koncepcję „więcej tego samego”, bo do tego sprowadzają się takie pomysły, jak rozbudowa Wojsk Obrony Terytorialnej. Kilka dni temu Szere­mietiew ostentacyjnie pożegnał się z Akademią Sztuki Wojennej, na znak protestu wobec błędnej polityki MON.